Oczami Japończyka

Globalizm - zagrożenia.

niedziela, 29 września 2013

Zwolennicy ekonomii neoliberalnej sugerują krajom przeprowadzenie reform strukturalnych, a konkretnie: „deregulacji”, „wolnego handlu”, „obniżki wydatków korporacyjnych CIT”, „obniżki podatków dla najbogatszych” i „zahamowania emisji obligacji rządowych”? Ma to być recepta na wyjście z kryzysu i wzrost gospodarczy. Czy na pewno ich efektem jest wzrost potencjału produkcyjnego kraju?

Według teorii neoliberalnej, np. obniżenie podatku przedsiębiorstwom (CIT), powinno skutkować wzrostem nakładów inwestycyjnych, realizowanych przez te przedsiębiorstwa. W świecie, w którym bezwzględnie działa Prawo Saya mówiące, że to podaż jest czynnikiem tworzącym popyt, innymi słowy, że sprzedamy wszystko, co zdołamy wyprodukować, teoria neoliberalna może zostać zrealizowana z sukcesem. Ale w rzeczywistości firmy teraz nie inwestują, ponieważ nie mogą sprzedać swojej produkcji. Pomimo zachęt podatkowych, firmy po prostu nie inwestują, bo nie mają zbytu. Dlatego zatrudnienie nie wzrasta, za to stopa bezrobocia się powiększa. I ustawy obniżające koszty pracy, nic tu nie zmienią.

Ale co ciekawe, w niektórych gałęziach przemysłu, prawo Saya się sprawdza. I to nawet w czasie recesji! Przykładem jest przemysł energetyczny: firmy produkujące energię zawsze ja mogą sprzedać.

Przemysł energetyczny jest dość specyficzny, gdyż podlega bardzo silnym naciskom lobbingowym. Na przykład w Japonii media strasząc opinię publiczną możliwością powtórzenia się katastrofy z Fukushimy doprowadziły do zamknięcia prawie wszystkich japońskich elektrowni atomowych. W Unii Europejskiej jest silne lobby promujące restrukturyzację przemysłu energetycznego na rzecz tzw. źródeł odnawialnych. Wspiera ono m. in. produkcję prądu z tzw. energii „słonecznej”. Poparcie to ma bardzo wymierne korzyści, gdyż np. parlament w Japonii, czy też Parlament Europejski tworzy prawo, w myśl którego istniejące w każdym kraju przedsiębiorstwa energetyczne muszą zakupić pewną ilość energii elektrycznej wytwarzanej właśnie z takich źródeł. Jednak jej cena jest około 10 razy droższa niż energia ze źródeł konwencjonalnych. I co wtedy? Kto zapłaci wyższe rachunki za prąd? Oczywiście my wszyscy. Ale tym już politycy się nie chwalą. Można również wzorem Polski dopłacać do produkcji. Wtedy różnicy w wielkości rachunków nikt nie zauważy. Jednak pamiętajmy, że za te dotacje nie płaci abstrakcyjne „państwo”, tylko ostatecznie płacą Państwo Kowalscy, Państwo Nowakowie…

Z drugiej strony, warto zauważyć, że firmy działające w branży wytwarzania prądu z energii słonecznej, są bardzo bezpieczne. Rząd gwarantuje ich istnienie w dobrobycie! Ponieważ zawsze i za każdą cenę mogą sprzedać swój produkt (energię). Opłaca się wiedzieć, kto jest właścicielem takich spółek. Otóż zwykle są to wielkie koncerny z kapitałem zagranicznym. Prześledźmy drogę pieniądza:

Istniejące w danym kraju zakłady energetyczne są ustawowo zmuszone do zakupu droższej „ekologicznej” energii. Co podwyższa ogólną cenę prądu.

Różnicę w cenie wliczają do rachunku, jaki płaci za prąd przeciętny pan „Kowalski”.

Przedsiębiorstwa „zagraniczne” dzięki sprzedaży drogiej energii osiągają wysokie zyski. Spółki uzyskane przychody transferują na konta zagranicznych akcjonariuszy w postaci dywidendy. I tak wypływają pieniądze z Polski, tak samo wypływają i z Japonii. To typowy system globalnej ekonomii, gdzie nieliczni bogaci się bogacą, a całe społeczeństwo staje się biedniejsze.

Warto zachować ostrożność i zdrowo-rozsądkowy krytycyzm podczas analizowania ustaw serwowanych Polsce przez polityków zarówno unijnych jak i krajowych. Reformy strukturalne mogą być prowadzone w celu zwiększenia zasilania rynku, ale na przykładzie energetyki widać, że także mogą tworzone w zupełnie innym celu.

poniedziałek, 09 września 2013

Unia Europejska i globalizm – skazani na sukces.

 

Podstawowy traktat akcesyjny Unii Europejskiej nie przewiduje możliwości przejmowania długów jednego kraju przez inny. W związku z tym, pomoc krajom pogrążonym w kryzysie za pomocą np. finansowanych przez Niemców euro dotacji jest niemożliwa. Analizując reguły funkcjonowania strefy euro, można dojść do zaskakującego wniosku: twórcy wspólnej waluty w ogóle nie przewidzieli możliwości „kryzysowego stanu wyjątkowego”, jaki następuje np. po pęknięciu bańki gospodarczej. Co więcej, dokładnie opisane są „warunki przystąpienia”, ale nie ma ani słowa o „warunkach wycofania” ze strefy euro. Oznacza to, że realizatorzy tego wielkiego projektu, od którego zależy życie setek milionów Europejczyków, nawet nie pomyśleli o zaistnieniu sytuacji, w której jakiś kraj chciałby opuścić system wspólnej waluty.

Cóż za porażająca nieodpowiedzialność! Konstruując jakąkolwiek umowę: o pracę, wynajmu, sprzedaży, nie mówiąc już o kontraktach biznesowych, zawsze określa się warunki zarówno przystąpienia, jak i rezygnacji z niej. A tymczasem traktat, mający kluczowy wpływ na warunki życia i rozwoju całych krajów, społeczeństw, po  prostu nie przewidział możliwości zaistnienia kryzysu!

Wszyscy wiemy, że w życiu, niestety czasami zdarza się wyjątkowo zła sytuacja. Taka sytuacja, jak np. obecnie w Grecji, gdzie stopa bezrobocia przekracza już 27% i rośnie. Rząd takiego kraju powinien walczyć z tym bezrobociem, rozwijać gospodarkę krajową. A tymczasem ma związane ręce poprzez zobowiązania wynikające z posiadania waluty euro oraz z jednolitego rynku Unii Europejskiej. Postępując zgodnie z instrukcjami Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i mówiąc wprost – zgodnie z zaleceniami państw wierzycieli (głównie Niemiec), rząd Grecji wdrożył politykę oszczędności. I było to niestety jedyne, co mógł zrobić. Gospodarki to nie naprawiło, ale za to doprowadziło do masowych bankructw i skokowego wzrostu bezrobocia. Przy takiej tendencji gospodarczej w Grecji, prędzej czy później, rząd upadnie. A może nawet i „demokracja” w tym kraju upadnie…

Zwolennicy „reform strukturalnych” widzą w tym momencie proste rozwiązanie: jeśli nie ma pracy w jednym kraju, to należy jej szukać gdzie indziej. Jednak życie nie jest takie proste… Wystarczy przyjrzeć się temu, co dzieje się np. w takiej Francji. Bezrobocie w tym kraju, w czerwcu osiągnęło poziom 11%. Jest ono ponad dwukrotnie wyższe niż w sąsiadujących Niemczech. A więc zgodnie z postulatami neoliberałów, Francuzi zamieszkujący przygraniczne regiony północno-wschodniej Alzacji, poszukują pracy na terenie Niemiec. Bezrobocie w Alzacji wynosi około 10%, natomiast w sąsiedniej Badenii-Wirtembergii – około 4%. Co więcej, regionalny rząd Alzacji wspiera rodaków szukających pracy w Niemczech. Ale pojawia się oczywista trudność – dla mieszkańców Alzacji największą przeszkodą w znalezieniu pracy na terenie Niemiec jest – język. Dlatego miejscowi politycy, w celu wspierania zatrudnienia Francuzów w Niemczech, opracowują plan „kompleksowego wsparcia w celu usunięcia barier językowych”.  Czy będzie to oznaczało, że od najmłodszych lat, Francuzi będą uczyli się języka niemieckiego na równi z francuskim, aby w przyszłości łatwo znaleźć pracę w Niemczech?

http://www.sankeibiz.jp/macro/news/130809/mcb1308090601016-n1.htm

Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia…

Chociaż rozwiązanie to jest na pewno zgodne z nurtem globalizmu. Zróżnicowanie językowe jest główna przeszkodą w totalnej globalizacji. Państwo tworzy wspólnota grup etnicznych dzieląca tę samą kulturę, obyczaje, tradycje i przede wszystkim – język. Kim będziemy, gdy zapomnimy języka ojczystego?

Jest też jeszcze inne oblicze globalizacji. W krajach o dużej liczbie imigrantów, narastają ich konflikty z „rdzennymi” mieszkańcami. Tak zwane „społeczeństwo wielokulturowe” jest niebezpieczną mrzonką, niczym innym. Wraz ze wzrostem ilości imigrantów, spada poziom bezpieczeństwa i rośnie chaos w społeczeństwie. Dobrym (niestety dobrym!) przykładem jest tutaj choćby Szwecja. Niestety, piewcy globalizmu, analogicznie jak twórcy Unii Europejskiej, nie przewidzieli zaistnienia „stanu wyjątkowego” i zbagatelizowali nacjonalizm. A problem ten dotyczy, i samej Unii Europejskiej, i całego świata.

Globalne przedsiębiorstwa nie maja państwowości. Na swój rozwój nie patrzą z perspektywy interesu kraju. Nie tworzą strategii rozwoju spójnej z potrzebami narodu. Dlaczego firmy globalne otworzyły swoje fabryki w Polsce? Bo było to korzystne dla ich „akcjonariuszy”. Kiedy tylko znajdą kraj bardziej „optymalny” dla swojej działalności, to nie zawahają się Polski opuścić. I na tym właśnie polega istota globalizacji. Korporacje dowolnie zmieniają kraje, optymalizując koszty i maksymalizując zyski. A społeczeństwa w walce o miejsca pracy podejmują swoisty „wyścig w dół”. Rządy prześcigają się w żałosnej licytacji: „jak tani są nasi ludzie”, komu mniej można zapłacić.

Czy w ten sposób politycy powinni walczyć o interes narodowy?

Kiedy wreszcie w Polsce pojawią się politycy, którzy za zadanie będą mieli, nie globalizację, czy walkę o władzę, ale naprawę gospodarki narodowej?

Aby społeczeństwo przestało emocjonować się teoriami spiskowymi, czy rozgrywkami personalnymi, potrzeba mu większej, wiedzy na temat funkcjonowania gospodarki. Kiedy media zamiast sensacji,  będą rzetelnie podejmowały tematy istotne dla przyszłości Polski?

 

środa, 17 kwietnia 2013

Już na początku tego roku, znany ekonomista i laureat nagrody Nobla prof. Joseph Stiglitz opublikował bardzo znaczący komentarz w gazecie New York Times.

http://opinionator.blogs.nytimes.com/2013/01/19/inequality-is-holding-back-the-recovery/

Zauważył, że głównym czynnikiem, który uniemożliwia odbudowę amerykańskiej gospodarki jest dysproporcja ekonomiczna jej obywateli.

Spowolnienie gospodarki USA stało się już stałym trendem. Obecna recesja uważana jest za największą od czasu Wielkiego Kryzysu. Kolejnym stałą tendencją w tym kraju jest trwające nieprzerwanie od 40 lat, pogłębiające się zróżnicowanie ekonomiczne społeczeństwa. Obecnie nie obserwuje się tylko tzw. „zróżnicowania wyników”, ale ludzie mają nierówne szanse już na starcie swojego życia. Mit Ameryki równych szans, mit sukcesu „od pucybuta do milionera” już dawno przestał być realny. Gwałtownie wzrasta różnica pomiędzy 1% najbogatszych, a 99% „pozostałych” ludzi. Ta nierówność hamuje, ogranicza i uniemożliwia wzrost gospodarczy. Historycznie, to nie wąskie elity, ale właśnie klasa średnia była siłą napędową rozwoju każdego kraju. To właśnie członkowie tej warstwy, w największym stopniu, swój przychód przeznaczają na konsumpcję, napędzając popyt i w ten sposób przyczyniając się do tworzenia nowych miejsc pracy. Prawdziwym źródłem nowych miejsc pracy jest klasa średnia – bo tworzy popyt!

A tymczasem jej dochody systematycznie maleją… Wielkość i struktura tej nierówności stanowi już poważne zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych. A mimo to przez 40 lat rząd USA nie znalazł żadnego sposobu jak jej przeciwdziałać.

Szacuje się, że w Stanach Zjednoczonych aż 1/5 dzieci żyje w stanie ubóstwa. A zaledwie 1% najbogatszych zanotował wręcz kosmiczny, bo aż 93% wzrost dynamiki swoich przychodów w roku podatkowych 2010.

Cóż na chichot historii: Stany Zjednoczone konsekwentnie i mocno, przez całe dekady promowały globalizm, upatrując w nim szansę na powszechny dobrobyt społeczeństwa. A w efekcie stały się krajem o wyjątkowo dużych nierównościach społecznych. Proces narastającego zróżnicowania rozpoczął się od polityki neoliberalnej wprowadzonej przez Ronalda Reagana w 1981 r. Potem, tym samym torem wyznaczonym przez postulaty ekonomii neoklasycznej, poszła administracja Billa Clintona. USA działo nie tylko jako strażnik świata, ale także jak „dobry wujek” uczący innych i dający przykład jak rozwijać gospodarkę. A co więcej nawet wymuszający te zmiany… Przez dekady naczelnym hasłem niesionym na sztandarach przedsiębiorców, mediów i polityków był – globalizm. I czego dorobiły się na tym globalizmie Stany Zjednoczone? Dostatniego, szczęśliwego społeczeństwa? Wymiernym efektem realizacji polityki neoliberalnej w gospodarce jest rosnące bezrobocie. Niestety ten poważny problem rozlał się obecnie na cały „zglobalizowany” świat.

Profesor Stiglitz powiedział wprost: „Globalizacja zlikwidowała jakąkolwiek siłę negocjacyjną pracowników, gdyż obecnie to firmy mogą grozić związkom zawodowym, a nawet rządowi sugerując, że w razie niekorzystnych dla siebie decyzji, przeniosą fabryki do innych krajów.”

W warunkach pełnej liberalizacji przepływu kapitału, spółki absolutnie nie interesuje miejsce produkcji, więc można przenieść fabryki do dowolnego kraju. Konsekwencją takiej sytuacji jest rozpaczliwa walka organizacji pracowniczych oraz rządu danego kraju o utrzymanie już istniejących miejsc pracy. Zaczyna się swoista odwrócona licytacja - „wyścig na dno”. Aby firmom nie opłacało się przenieść fabryki, utrzymuje się pensje pracowników na jak najniższym poziomie. Spada realny dochód zatrudnionych, to  rodziny ubożeją. A rząd ze swojej strony podejmuje działania nadające ulgi podatkowe globalnym korporacjom i w ten sposób przyczynia się do spadku własnych dochodów budżetowych. Traci społeczeństwo i to traci podwójnie.

Wzrost gospodarczy Polski w olbrzymiej części opiera się właśnie na zagranicznych inwestycjach. Jeżeli płace polskich pracowników zaczną dynamicznie rosnąć (co byłoby sytuacją korzystną dla Polaków i całego kraju), to wtedy ci zagraniczni inwestorzy bez wahania przeniosą swoją produkcję do krajów tańszych. Można nie zgodzić się na niskie pensje i podatki, ale wtedy logicznym posunięciem przedsiębiorstwa jest jedynie zamknięcie fabryki. I koniec. Aby temu zapobiec obniża się koszty pracy, utrzymuje niski poziom dochodu narodowego. Wyścig „na dno” trwa w najlepsze. Niestety w gospodarce globalnej, w sytuacji gdy rynek danego kraju jest w pełni otwarty, alternatywą byłaby jedynie postępująca deindustrializacja kraju.

Czyli nie tędy droga…

Niestety „globalni inwestorzy”, nie wykazują absolutnie żadnej chęci poskromienia swojej chciwości.

środa, 27 marca 2013

W fizyce punkt krytyczny oznacza stan, po przekroczeniu którego, układ drastycznie zmienia swoje właściwości.

 

Społeczeństwo Unii Europejskiej nawykłe do dobrobytu i nieograniczonej konsumpcji wrze. Doniesienia o protestach przelewających się przez całą Europę od południa po północ i od zachodu po wschód są tak częste, że już spowszedniały. Czyżby wygodny świat globalistów i akcjonariuszy, poruszający się wokół dwóch haseł: optymalizacji kosztów i maksymalizacji zysków zaczynał się chwiać w posadach? Czyżby ta część społeczeństwa, która chce uważać się za „klasę średnią” poczuła się oszukana?

Wymuszana przez Brukselę polityka podwyżek podatków i cięcia wydatków społecznych w celu zmniejszenia deficytu budżetowego, jak do tej pory przyniosła dwa spektakularne efekty:

- gospodarczą zapaść krajów Unii Europejskiej;

- polityczne „samobójstwo” dotychczasowych elit politycznych;

Na początku tego roku w wyborach powszechnych, czwarta gospodarka Unii Europejskiej (Włosi), zdecydowanie zaprotestowała przeciwko strategii „nacjonalizacji strat”, czyli obciążaniu społeczeństwa kosztami błędów zarządzających gospodarką i finansami. Oczywiście, natychmiast ze strony beneficjenta obecnego kryzysu (Niemiec) pojawiły się głosy, że wygrał populizm i kłamstwa. Kanclerz Angela Merkel jako warunek udzielenia pomocy, domagając się od Włoch dalszych cięć budżetowych i podwyżek podatków uzyskała od społeczeństwa jasną odpowiedź: „mamy dość”. Wielu Włochów już wtedy pomyślało, że lepiej wycofać się ze strefy euro niż akceptować politykę reżimu finansowego. A jeżeli Włochy faktycznie zrezygnują ze wspólnej waluty, to całkiem możliwy stanie się scenariusz rozpadu całej strefy euro. Włochy to był zaledwie początek. Wynik obecnych zawirowań na Cyprze jest jeszcze większą niewiadomą.

Ekonomia neoklasyczna, neoliberalizm, fundamentalizm rynkowy, Reganomix, Konsensus Waszyngtoński, globalizm – te pojęcia sterowały dotychczasową światową gospodarką. W rzeczywistości za tak różnymi nazwami kryło się w zasadzie to samo, jeden konsensus: dotykając sytuacji finansowej państwa, strategie te wymagały osiągnięcia nadwyżki salda pierwotnego lub chociażby zrównoważenia budżetu. Przekonywały, że rząd prowadząc do zrównoważenia budżetu osiąga mityczne „zaufanie rynku”, dzięki czemu spada stopa procentowa obligacji rządowych, rosną inwestycje przedsiębiorstw i rozwija się gospodarka.

Czymże więc jest to bezcenne „zaufanie rynku”?

Jeżeli o poziomie tego magicznego wskaźnika świadczy wysokość stóp procentowych obligacji rządowych, to nieskromnie muszę przyznać, że Japonia cieszy się największym zaufaniem na świecie. Bo długoterminowe stopy procentowe w Japonii nawet są niższe niż w Szwajcarii. A jakoś gospodarka nam się nie rozwija. I to już od 20 lat…

A może należałoby to zinterpretować jeszcze inaczej: dzięki „zaufaniu rynku” rząd może swobodnie pożyczyć pieniądze z międzynarodowego rynku finansowego. I tu dochodzimy do sedna – czyli chodzi o globalizm. A koszt tych pożyczek w sposób niezwykle istotny zależny jest od bardzo dwuznacznych indeksów, przyjmowanych gdzieś w zaciszach gabinetów – od tzw. „ratingów”, czy choćby jak do niedawna, wskaźnika CDS (Credit Default Swap) - nazywanego już otwarcie „bronią masowego rażenia”. I owszem, był czas, że niektóre państwa eurozony korzystały z dawanych lekką ręką kredytów i do czego to doprowadziło…?

I znowu wróćmy do Japonii: Japonia ma najwięcej na świecie aktywów zagranicznych, ma także nadmiar krajowych oszczędności. Dzięki temu rząd japoński może potrzebne środki uzyskać niskim kosztem we własnym kraju. I do tego celu zupełnie nie jest mu potrzebny żaden rating rynków międzynarodowych.

W krajach cieszących się dużym „zaufaniem rynku” takich jak Niemcy, mających nadwyżki handlowe – czyli dodatnie saldo obrotów z zagranicą, stosunkowo łatwo można realizować zasady zrównoważonego budżetu. I nie wymaga to żadnych wielkich wyrzeczeń ze strony społeczeństwa. Może dlatego Angela Merkel nie widzi nic złego w takiej polityce?

Jednakże sytuacja finansowa krajów południa Europy jest zupełnie inna. Są to kraje o znacznym deficycie na rachunku bieżących (więcej importują niż eksportują). Dlatego ich rządy niezbędne pieniądze są w stanie zebrać tylko na rynkach międzynarodowych. A niestety kraje te nie mają prawa do prowadzenia korzystnej dla siebie polityki pieniężnej. Zaufanie rynków wobec tych krajów maleje, koszty pożyczek rosną, przedsiębiorstwa bankrutują, deficyt na rachunku bieżącym rośnie… Pogłębia się kryzys socjalny, a co gorsza nie widać żadnych realnych szans na szybką poprawę sytuacji. Eurogroza…

 

środa, 06 marca 2013

 Idea globalizmu dąży do całkowitego zlikwidowania barier przepływu przez granice państwowe trzech elementów gospodarki: towarów (łącznie z usługami), pieniędzy (hasło „kapitał nie ma narodowości”) i ludzi (w rozumieniu – pracownicy). W efekcie globalizm w „pełnym rozkwicie” likwiduje jakąkolwiek ochronę narodu (wspólnoty) przez Państwo. Liczą się tylko firmy i jednostki.

Idea wspólnej waluty euro, jest właśnie takim sztandarowym pomysłem myśli globalistów. Cóż za wspaniałe i przede wszystkim – skuteczne narzędzie do wprowadzenia Realnego Globalizmu. Wspólna waluta, a więc doskonała wolność i dowolność przepływu pieniędzy.

Miał być raj na ziemi, a mamy… W rezultacie posługiwania się wspólna walutą rynek unijny przypomina mi dżunglę, gdzie silniejszy bezwzględnie egzekwuje swoje prawa. To miejsce ostrej walki konkurencyjnej. Ta walka rozgrywa się na poziomie handlu zagranicznego, a o jej wynikach świadczy bilans obrotów handlowych, saldo dochodów. Od momentu wprowadzenia wspólnej waluty nastąpił dramatyczny podział państw strefy euro na dwie „drużyny”. (Wykresy w załączeniu.) 

bilans płatniczy krajów strefy euro

W mniejszości są państwa „wygrane” (Niemcy, Holandia), których bilans handlowy rok po roku jest dodatni kosztem krajów „przegranych” (Grecja, Hiszpania). A teraz, widząc tak dramatyczny rezultat, zwycięzcy wmawiają przegranym i całej opinii publicznej, że to jest wyłącznie ich własna wina, ich odpowiedzialność. Bo przecież „wolny rynek” to szansa rozwoju dla każdej gospodarki.

 bilans płatniczy krajów strefy euro

Czy aby na pewno? Przypomnijmy sobie okres burzliwego rozwoju przemysłowego Niemiec w XIX wieku. Co takiego uczynił ten kraj? Ano przede wszystkim ustalił wysokie cła na produkty z silniejszej wówczas pod względem gospodarczym Wielkiej Brytanii. W ten sposób uniknął ofensywy tańszych i lepszych produktów brytyjskich, a to zmobilizowało przemysł niemiecki do rozwoju. Przecież było zapotrzebowanie na rynku wewnętrznym. Jest popyt, to warto produkować. Właśnie wtedy, dzięki strategii protekcji przemysłu krajowego, niemiecka gospodarka uzyskała niezbędny impuls rozwojowy. To było w XIX wieku, ale nawet współcześnie, tylko naiwni lub niedoinformowani sadzą, że Niemcy całkowicie otworzyły swój rynek dla obcych towarów. Co prawda nie ma formalnych barier o charakterze administracyjnym, ale w praktyce istotnym ograniczeniem jest maksymalnie rygorystyczne i dosłowne stosowanie przez urzędników obowiązujących przepisów, celem zmniejszenia konkurencyjności obcych firm. Co nawet zauważa polskie ministerstwo gospodarki.

http://www.kig.pl/files/Znajdz%20zagranicznego%20partnera/niemcy.pdf

Importerzy na przykład, bardzo często w praktyce, mimo iż nie wymagają tego procedury unijne, są zmuszeni płacić za certyfikaty wystawianych przez jednostki badawcze w Niemczech. Koszty przeprowadzanych badań są ponad 10-krotnie wyższe od kosztów analogicznych ekspertyz przeprowadzanych w Polsce. Niemieckie izby przemysłowo-branżowe, do których importer musi należeć, niemal dyktują jakie produkty i za jaką cenę mogą być sprowadzane do ich kraju, itd., itd.

I chcę podkreślić, że pomimo tego, iż rząd Polski ma inne zdanie, to uważam, że jest to zdrowa polityka. Warto uczyć się od najlepszych, a nie powielać błędów krajów „przegranych”Niemcy stały się krajem silnym gospodarczo, dzięki temu, że w przeszłości chronili swój rynek i robią to nadal. Niemniej nie dziwię się, że  jednocześnie promują w Unii Europejskiej zasady „wolnego handlu”. Przećwiczyli już na krajach południa Europy, że tylko mogą zyskać na otwarciu słabszych rynków. I nikt im nie powie złego słowa, przecież panuje „sprawiedliwa konkurencja”, warunki są jednakowe dla wszystkich. Przecież globalizm to taka piękna idea…

poniedziałek, 04 marca 2013

Niemcy powszechnie uważane są za lidera europejskiej gospodarki, ekonomiczny fundament całej Unii Europejskiej. W rzeczywistości natomiast prawdą jest, że to Niemcy są zależne od Europy. Na dowód załączam wykres obrazujący procentową zależność PKB danego kraju od importu i eksportu. Niebieski kolor to eksport, czerwony – import. Od lewej strony po kolei Japonia, USA, Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Chiny, Korea Południowa, Rosja, Brazylia. 

 import eksport największych krajów

http://members3.jcom.home.ne.jp/takaaki.mitsuhashi/data_40.html#GExpo

Sam eksport towarów z Niemiec stanowi aż ponad 40% nominalnej wartości PKB tego kraju! To lekko licząc trzy razy więcej niż np. w Japonii. Zaskakujące jest, że w kraju o tak wysokim poziomie dochodu narodowego i tak licznej populacji jak Niemcy – poziom uzależnienia gospodarki krajowej od eksportu porównywalny jest z Koreą Południową, czyli krajem będącym typowym przykładem kolonii (analizę tego fenomenu zamieściłem w poprzednich wpisach).

Kolejny wykres przedstawia wartość „wywozu” towarów z Niemiec (w mln euro): niebieski – do krajów strefy euro, czerwony – kraje europejskie poza strefą euro, zielony – poza Europą.

Niemcy eksport

 http://members3.jcom.home.ne.jp/takaaki.mitsuhashi/data_40.html#GExpo

Już na pierwszy rzut oka widać, że aż 70% eksportu z Niemiec trafia do krajów Europy. Innymi słowy, gdyby załamał się rynek europejski, to Niemcy utraciłyby około 30% swojego PKB! Gdyby nie było eksportu z Niemiec do Europy, to wartość całego PKB tego kraju nagle spadłaby o około 30 procent. Czyżby zostanie liderem Unii Europejskiej polegało na uzależnieniu innych rynków wspólnotowych od konieczności zakupu produktów niemieckich? A drugiej strony, czy gospodarka tak mocno oparta na eksporcie, dlatego tak silnie zależna od kondycji w innych krajach, powinna być uważana za wzorzec rozwoju dla innych państw?

Niemiecki deputowany Michael Meister pozwolił sobie na krytykę Japonii w następujących słowach: „Rzeczywistym problemem japońskiej gospodarki jest jej struktura. Dlatego potrzebne są w tym kraju rozwiązania strukturalne, a nie zmiana polityki pieniężnej”.

Przyjrzyjmy się, kto ma problemy strukturalne… Czy Japonia, dla której eksport stanowi tylko 14% PKB, a dochód narodowy w przeważającej większości opiera się na rynku wewnętrznym? Czy też Niemcy, których gospodarka w znacznym stopniu (ponad 40%) jest zależna od eksportu do innych krajów?

No cóż, tylko zaślepieni globaliści, w fakcie niskiej zależności PKB Japonii od eksportu mogą widzieć problem strukturalny… Eksport owszem, jest jednym ze sposobów rozwoju gospodarki danego kraju. Ale nie powinien być celem samym w sobie!

Celem gospodarki narodowej (Oikos Nomos) jest stworzenie jak najlepszych warunków życia dla własnego narodu. Oczywiście nikt nie może zabronić Niemcom uzależnienia swojego dobrobytu od eksportu do innych krajów. Szczególnie, jeżeli te kraje same podają się na talerzu. Nie mogę wyjść ze zdziwienia, nadal słysząc euroentuzjastyczne wypowiedzi polskich polityków. Nie widzą? Nie słyszą? Nie myślą?...

Japonia natomiast nie zamierza pójść tą drogą. I Niemcy nie powinny promować w moim kraju swojego modelu gospodarki.

Obecny premier Japonii Shinzo Abe w celu uzdrowienia gospodarki narodowej złagodził dotychczasowe zasady prowadzenia polityki pieniężnej w Japonii oraz zapowiedział zrealizowanie bodźca fiskalnego. Zastanawiam się, dlaczego ta droga wyjścia z kryzysu obrana przez obecny rząd w Japonii („Abenomix”), a niemożliwa do realizacji w Unii Europejskiej, budzi tak zaciekłą krytykę Niemiec. Otóż, gdyby odniosła ona spektakularny sukces i wreszcie po 20 latach wyprowadziła mój kraj z zapaści ekonomicznej, to nasuwa mi się pewne podejrzenie, że mogłoby to być zarzewiem pewnego „fermentu intelektualnego” wśród krajów członkowskich strefy euro. Może wtedy politycy z krajów w kryzysie musieliby przyznać, że nie są w stanie skutecznie zwalczać bezrobocia dopóki są członkiem unii walutowej. A może wreszcie pojawiłyby się poważne głosy, że dla dobra własnego kraju lepiej jest wycofać się ze strefy euro bądź nawet ze struktur Unii Europejskiej? Sukces Japonii w walce z kryzysem na pewno dostarczyłby niepodważalnych argumentów zwolennikom odzyskania suwerenności polityki pieniężnej i możliwości wprowadzania taryf handlowych. A wtedy i strefa euro, i Unia Europejska, i dobrobyt Niemiec stanęłyby pod znakiem zapytania. Pierwsze głosy „eurozwątpienia” już odzywają się z Wielkiej Brytanii…

 

Chyba Niemcy zdają sobie sprawę, jakim niebezpieczeństwem dla nich może być sukces Abenomixu, dlatego uparcie, mocno krytykują tę strategię gospodarczą. Osobiście nie mam do nich o to pretensji, mają przecież prawo troszczyć się o swój kraj, mają prawo robić wszystko, co uważają za korzystne dla swojego społeczeństwa. Natomiast mocno krytykuję zasady funkcjonowania Unii Europejskiej i strefy euro. Ponieważ są to sztandarowe pomysły Realnego Globalizmu, który wyrósł z myśli neoliberalnej, a który ignoruje, a czasami wręcz niszczy gospodarkę narodową (Oikos Nomos). A rachunki płaci społeczeństwo…

Czy w sytuacji szalejącego bezrobocia zarówno Grecja jak i Hiszpania nie powinny raczej tworzyć nowych miejsc pracy, zamiast koncentrować się na redukcji wydatków budżetowych? Ale aby tworzyć te miejsca pracy, potrzebne są inwestycje publiczne, niezbędne są nakłady finansowe. W razie ich braku gospodarka narodowa po prostu się kurczy, dług budżetu rośnie, społeczeństwo upada… Uważam, że w celu naprawy gospodarki własnego kraju właśnie teraz rządy Grecji i Hiszpanii powinny zacząć realizować strategię łagodzenia polityki pieniężnej oraz prowadzić stymulującą politykę fiskalną.  Powinny, ale uuups! Przecież mają euro i wytyczne z Brukseli.

Jest prawdziwą tragedią dla tych krajów, że  podstawowe narzędzia prowadzenia polityki gospodarczej, zostały przekazane trzeciej stronie – Europejskiemu Bankowi Centralnemu. Mamy Realny Globalizm, a gdzie ekonomia - Oikos Nomos?


piątek, 01 marca 2013

Problemem obecnej gospodarki światowej jest niski poziom zatrudnienia ludzi, bo ten wskaźnik najlepiej przekłada się na ich dochód. A od tego dochodu właśnie zależy konsumpcja ludzi, która z kolei decyduje o kondycji gospodarki narodwej (Oikos Nomos). I tak w uproszczeniu, koła się zamyka. Ludzie pracujący, uzyskują dochód, za który kupują produkty, których wytwarzanie to kolejne miejsca pracy, itd.

kryzys

Z punktu widzenia polityki gospodarczej „zatrudnienie” i „dochód” są niemal tożsame. Jeżeli zachodzi deflacja, to cena wytworzonego w procesie pracy produktu spada, w rezultacie zmniejsza się dochód. Potocznie, uważa się, że deflacja jest korzystnym zjawiskiem dla konsumenta, bo może kupić tańszy produkt. To jest wielkie nieporozumienie! Deflacja nie tylko powoduje spadek cen, ale również zmniejszenie pochodu narodowego. To znaczy, że wartość pracy ludzi spada. Jednocześnie rośnie bezrobocie. Oczywiste jest, że gdy podaż przewyższa popyt, spółki starają się zredukować koszty. Dlatego zwalnia się pracowników i ogranicza inwestycje. Niestety na koniec ubiegłego roku i początek obecnego w Polsce silnie zaznaczyły się te zjawiska. Rośnie bezrobocie, wtedy rząd obserwując mniejsze wpływy do budżetu, obniża na przykład poziom wydatków publicznych. Więc firmy, które do tej pory realizowały te inwestycje (np. branża budowlana w Polsce) zamykają kolejne zakłady, zwalniają pracowników. Znowu rośnie bezrobocie, gospodarka się zmniejsza, itd. Tym właśnie jest deflacja! To bardzo groźne zjawisko i tym można wytłumaczyć niepokój, z jakim przyjęto informację o gwałtownym spadku poziomu inflacji w Polsce. Gdyby doszło do deflacji – to już katastrofa!

Wracając do podstaw gospodarki – Produkt Krajowy Brutto, Otóż PKB ma trzy twarze:

- na jedną patrzymy z punktu widzenia produkcji, to suma wartości produkcji i wartości dodanej;

- z punktu widzenia wydatków, to suma konsumpcji oraz inwestycji;

- z punktu widzenia dystrybucji, to suma dochodów;

Zasadą jest trójstronna równowaga pomiędzy:

Produkt krajowy brutto = wydatki krajowe brutto = dochód krajowy brutto

Wniosek stąd jest jeden:

Nasze zakupy (wydatki), do dla innej osoby dochód.

Ekonomia jest prosta!

To na czym polega obecny problem? Dochód narodu nie powiększa się, ponieważ rośnie bezrobocie, a bezrobotni nie mają siły zakupu. A dlaczego powiększa się bezrobocie? Bo firmy nie mogą sprzedać produkcji. A dlaczego nie mogą sprzedać produkcji? … Ano właśnie! Tu przyczyn może być wiele. Niemniej przyjrzyjmy się sytuacji na krajowym rynku Polski. Pełne otwarcie rynku spowodowało zalew tańszych produktów, pochodzących albo z krajów o niskich kosztach produkcji (np. Chiny) lub krajów o wysokiej wydajności produkcji (np. Niemcy). Krajowi producenci nie mieli szans na dostosowanie się do nowych warunków, na wygranie walki konkurencyjnej z przysłowiowym Goliatem i po prostu zbankrutowali. Oczywiście nie wszyscy. Niestety nawet najlepsze polskie firmy nie mogą liczyć na jakiekolwiek wsparcie polskiego rządu. Przykładem są uznani krajowi producenci pociągów (Pesa i Newag) i decyzja rządu o zakupie włoskiego składu Pendolino. A powtarzam: czyjś zakup, to dla drugiej strony dochódTo jak ma rosnąć gospodarka Polski, jeżeli Polacy nie będą kupować polskich produktów? Na co liczą? Na eksport do Chin?kryzys

piątek, 22 lutego 2013

Odpowiem krótko: bo inaczej, ani politycy, ani żaden rząd nie będzie w Polsce potrzebny!

Istnieją dwie koncepcje prawa „Prawo (law) i Statut (statute)”. Mówi się, że „Prawo” jest oparte na zwyczaju lub tradycji danego kraju. Inaczej mówiąc, jest to system norm prawnych, powstałych w wyniku rozwoju struktur państwa. Upraszczając można stwierdzić, że jest to tzw. prawo zwyczajowe albo po prostu zdrowy rozsądek. A z drugiej strony, „Statut” również jest pojęciem języka prawnego, uznanym ideologicznie i racjonalnie. Statut określa cele istnienia i sposoby działania instytucji publicznych. Czyli również reguluje sposób funkcjonowania państwa.

Najważniejszym prawem spośród wszystkich praw danego kraju jest „Konstytucja”. Chcąc opisać jednym zdaniem – Konstytucja tworzy „kształt kraju”, opisuje jego „cechy charakterystyczne”. To w Konstytucji odzwierciedla się osobowość – państwowość i „dusza” danego kraju. Tyle filozofii, a w praktyce, to każde prawo musi być sformułowane na podstawie Konstytucji i z nią zgodne.  Dlatego właśnie mówi się, że Konstytucja to „prawo prawa”. Co ciekawe, chcę również zwrócić uwagę na pewne pierwotne znaczenia tego słowa w języku polskim: konstytucja to także „struktura”, „budowa ciała”, „temperament”, „charakter”. Te pojęcia można również odnieść do państwa, po prostu Konstytucja opisuje kształt i charakter kraju. Dochodzę do sedna: z punktu widzenia wspomnianej perspektywy, Konstytucja jest to przede wszystkim prawo zwyczajowe.

I to jest bardzo ważny wniosek, gdyż wynikają z niego istotne przesłanki, pozwalające we właściwej perspektywie odnieść się do prób ukształtowania Polski w myśl prawa obcego (Unijnego).  Prawa, które powstało w oparciu o diametralnie inne doświadczenia historyczne i inną mentalność narodową. Czy takie prawo może dobrze służyć Polakom?


Konstytucja

Obowiązująca Konstytucja Polski jest ukształtowana przez wielowiekową, często tragiczną historię tego kraju, a w swym zamyśle szanuje oraz chroni kulturę i obyczaje Polaków. Przestrzeganie obowiązującej Konstytucji jest świadectwem suwerenności narodu. A „suwerenność”, to nic innego jak prawo i sytuacja geopolityczna, pozwalająca danemu narodowi decydować we wszystkich sprawach dotyczących swojego kraju. Utrata suwerenności oznacza „wyzbycie się” (dobrowolne lub wymuszone) możliwości kształtowania swojego kraju, tak aby był on jak najlepszym miejscem do życia dla nas i naszych dzieci. Prawo to przejmują „najeźdźcy”, przedstawiciele innego państwa bądź po prostu „trzecia strona”. Taki kraj już nie jest niezależny.

W realiach współczesnej Europy, każdy ruch zacieśniający integrację wewnątrz Unii Europejskiej oraz wewnątrz strefy euro, zmierza do osłabienia suwerenności każdego państwa. Bo czy możliwa jest ścisła integracja krajów wewnątrz Unii Europejskiej z pełnym poszanowaniem suwerenności każdego z nich? Nie. Dlatego działalność struktur unijnych zmierza do ujednolicenia prawa w regionie. W tym celu sięga do tworzenia „Statutów”. Ale uwaga: regulacje unijne, nie odnoszą się wyłącznie do ekonomii. Ich efektem ma być zarówno wzmocnienie współpracy gospodarczej jak i połączenie polityczne. Pełna spójność.

Ograniczając się do perspektywy krótkoterminowej, owszem, może wydawać się, że integracja europejska może być dla Polski korzystna i może przynieść wzrost gospodarczy. Jednak w perspektywie średnio- i długoterminowej, każdy podobny projekt kończył się dla zwykłych ludzi po prostu źle. Ścisła integracja oznacza rezygnację z suwerenności narodowej, zanika poczucie patriotyzmu, wartości istotne dla danego narodu są zastępowane przez idee społeczeństw „silniejszych”. Ostatecznie naród upadnie. Upadek narodu jest nieuchronny, bo nie ma już mechanizmów (Konstytucji narodowej), które by go chroniły. A co swoim członkom funduje Unia? Aby twór ten mógł sprawnie funkcjonować, zmusza się stowarzyszone państwa do ujednolicania statutów,  ignorując prawa każdego kraju, a wreszcie zmuszając do zmiany prawa najważniejszego - Konstytucji. Powstaje sztuczny, nienaturalny twór.  A jak to się może skończyć?

Przykładów nie trzeba szukać daleko. Proszę sobie przypomnieć, że kiedyś w Europie istniało państwo „Jugosławia”. Kraj ten również został sztucznie ujednolicony. Co więcej,  porównując ówczesne państwa „socjalistyczne”, Jugosławia pod względem gospodarczym była dość bogata. I jak to się skończyło?... Cóż ta daleko idąca „integracja” przyniosła to zwykłym ludziom? Niczego to Europejczyków nie nauczyło?  

Pełna integracja, do której dąży polski rząd, niesie za sobą także pewien skutek. Którego, chyba obecni politycy nie są świadomi. Otóż zadaniem rządu każdego kraju jest dbanie o bezpieczeństwo swoich obywateli i rozwój gospodarki narodowej (ekonomia to Oikos Nomos). A może to robić, tylko wtedy, gdy posiada odpowiednie uprawnienia. A co wtedy, gdy te środki i narzędzia zostaną przeniesione na „trzecią stronę”? Otóż wtedy już żaden rząd, ani politycy nie będą już Polsce potrzebni! Po co utrzymywać marionetki? Przecież niedługo wszystkie organy państwowe będą działać wyłącznie w myśl instrukcji Unii Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego. Po co utrzymywać parlament, który zajmuje się jedynie ratyfikowaniem ustaw Unijnych? Po co Polsce politycy, jak nic nie mogą dla Polski zrobić? Tak Szanowni Państwo "z prawa" i "z lewa": jak tak dalej będziecie rządzić, to już wkrótce nie będzie "następnej kadencji"!

suwerenność

Faktem jest, że Polska stopniowo i pokojowo traci suwerenność na rzecz instytucji ponadnarodowych. Swoista anatomia upadku kraju… Pozostaje dla mnie nierozstrzygnięte pytanie: Dlaczego Polacy tak ciężko i rozpaczliwie walczyli o wolność? Po co odzyskali niepodległość? Wreszcie, jak można przeprosić przodków?

 Polska