Oczami Japończyka

Waluta euro - zagrożenia.

środa, 02 października 2013

Przedstawię jeden z mechanizmów funkcjonujących w Unii Europejskiej, który odpowiedzialny jest za upadek gospodarki wielu krajów. Aby nie prowokować nikogo do pozamerytorycznych tyrad i bezproduktywnych rozważań czy to wina liberalizmu, czy socjalizmu, takiej czy innej ekipy politycznej – rozważania swoje skoncentruję na problemie Grecji. A uważny czytelnik na pewno dostrzeże analogie z Polską.

Zastanówmy się co jest pierwotną przyczyną zapaści finansowej Grecji? Proponuję odłożyć na bok emocjonalne argumenty o jakoby narodowym lenistwie i genetycznej skłonności do oszukiwania. Otóż u podstaw tej „greckiej tragedii” leży nic innego jak brak zdolności produkcyjnych krajowego przemysłu (niska potencjalna podaż). I już w teraz, niestety, podobieństwo z Polską staje się widoczne…

Rynek Grecji w olbrzymiej części zaopatrywany jest przez towary importowane. I trwa to od wielu lat, a szczególnie intensywnie od momentu przyjęcia wspólnej waluty euro. Grecja jest krajem deficytów handlowych. Oznacza to, że produkcja (podaż) krajowa nie zaspokaja potrzeb (popytu) mieszkających tam ludzi. Czyli jest ot stan, w którym krajowe zdolności produkcyjne (zdolności zasilania rynku) są niewystarczające. Mamy otwarty rynek, wobec tego łatwo uzupełnia niedobory poprzez import produktów z innych krajów.

Kiedy przedsiębiorstwa działające w kraju posiadającym własną walutę dokonują transakcji zagranicznych, to w celu ich opłacenia muszą zakupić walutę kraju, z którego importują. Czyli np. gdyby Polak chciał z Japonii kupić kimono, to aby za nie zapłacić, musi najpierw za złotówki kupić japońskie jeny. Oczywiście w opisywanym przypadku dzieje się to na olbrzymią skalę. Dlatego normalnym zjawiskiem jest, że waluta kraju, w którym nagminnie panuje deficyt handlowy ma więcej sprzedających niż kupujących. Przedsiębiorstwa chcą wymienić tę walutę na pieniądz innych krajów, aby dokonać potrzebnych zakupów. W normalnej sytuacji, wartość takiej waluty ciągle spada.

A gdy dochodzi do obniżenia wartości krajowej waluty, to automatycznie cena importowanych towarów rośnie. Wyższa cena – to mniej chętnych do zakupu. Dlatego import od pewnej granicy jest naturalnie tłumiony. Przyzwoity rząd, będzie w takiej sytuacji, starał się wzmocnić krajowe zdolności produkcyjne. Aby w przyszłości krajowy, tańszy przemysł był w stanie zaspokoić popyt społeczeństwa.

Niższa wartość własnej waluty oznacza także wzrost cenowej konkurencyjności produktów z tego kraju na rynku międzynarodowym. Gdy wzrośnie eksport, w kraju znowu pojawi się zapas dewiz, umożliwiający przywóz dóbr, jakich dany kraj nie jest w stanie wyprodukować, np. surowców energetycznych, itd.

Na zdrowym rynku walutowym tak właśnie działa funkcja regulacji. Deprecjacja (osłabienie wartości) danej waluty stymuluje eksport i tłumi import, co wzmacnia moce produkcyjne kraju i poprawia saldo na rachunku bieżącym. Natomiast  aprecjacja (wzrost wartości) odwrotnie – schładza eksport, itd. itd. Stąd możliwe jest zachowanie płynnej równowagi pomiędzy gospodarkami różnych państw. Tak właśnie działa normalny, wolny handel.

Przyjęcie przez kraj wspólnej waluty euro – uniemożliwia zadziałanie tych mechanizmów w celu zatrzymania deficytu handlowego.

Dlaczego? Ponieważ walutą tą rozlicza się wiele państw. Dlatego kurs euro na rynku walutowym jest wypadkową bilansu handlowego tych wszystkich krajów. Czyli jak w omawianej sytuacji: chociaż Grecja ma znaczny deficyt handlowy, to nadwyżka handlowa Niemiec równoważy wartość kursu wspólnej waluty. W związku z tym wartość euro pozostaje na stałym poziomie, czyli cena towarów importowanych do Grecji nie wzrasta.

Wtedy naturalna wydaje się decyzja przedsiębiorców: ponieważ towary importowane są tańsze od krajowych, to należy zlikwidować własną produkcję i kupować je za granicą. Czyli mechanizm wspólnej waluty ułatwia niczym nie skrępowany import, pomimo gigantycznego deficytu handlowego w danym kraju.

I co chcę pokreślić: wspólna waluta gwarantuje łatwe zasilanie rynku danego kraju. Przez co nie istnieją mechanizmy stymulujące rozwój przemysłu krajowego. To jest wielki problem!

Wielki jak rzesza 1,4 miliona bezrobotnych, bez środków do życia, w 11 milionowej populacji Grecji.

Euro witaj nam?

piątek, 06 września 2013

Począwszy od roku 2006, nieprzerwanie, miesiąc po miesiącu, ulegał obniżeniu poziom bezrobocia w Niemczech. A tymczasem, na przykład w takiej Grecji sytuacja na rynku pracy była gorsza i gorsza. Jeżeli spojrzymy na te wykresy, przedstawiające % poziom bezrobocia od stycznia 2006 do maja 2013r., to nasuwa się porównanie z… rozwartą paszczą krokodyla. Niebieskim kolorem zaznaczono sytuację w Grecji, a czerwonym – w Niemczech.

 

bezrobocie Niemcy Grecja 2005 2013

http://members3.jcom.home.ne.jp/takaaki.mitsuhashi/data_43.html#GGUnemp

 

Jak historycznie rozwijała się gospodarka tych krajów? Otóż w 2001r., w wyniku pęknięcia bańki „internetowej”, gospodarka Niemiec wpadła w recesję. Poziom bezrobocia w tym kraju szybko rósł, by w 2005r. przekroczyć 10%. Wtedy, na ratunek Niemcom pospieszył Europejski Bank Centralny, obniżając stopy procentowe. Co odbyło się ze zdecydowaną korzyścią dla ozdrowienia niemieckiej gospodarki. Ale z drugiej strony, tani pieniądz wygenerował bańkę na rynku nieruchomości poza Niemcami, w innych krajach, które nie przechodziły recesji. Bańka ta po raz pierwszy pękła w 2007 roku w Irlandii. Potem kryzys rozlał się na inne kraje Unii Europejskiej.

Zła kondycja  gospodarki spowodowała wzrost poziomu bezrobocia w większości krajów strefy euro. W większości, lecz nie we wszystkich, gdyż jednocześnie sytuacja na rynku pracy w Niemczech uległa znaczącej poprawie.

Co jest szczególnie istotne, gospodarka Niemiec uległa ozdrowieniu bynajmniej nie w wyniku rozwijającego się popytu krajowego. Warto zauważyć, że był to okres, w którym kraj ten znacząco zwiększył swój poziom eksportu. Przedsiębiorcy wykorzystali do maksimum korzyści, jakie niesie system euro: wspólną walutę, brak ceł oraz swobodny przepływ kapitału. Innymi słowy, system wspólnej unijnej gospodarki, stworzył mechanizm pozwalający wygrać Niemcom wojnę konkurencyjną z krajami o niskiej wydajności przemysłu.

Czego oczywiście naturalną konsekwencją był stopniowy wzrost bezrobocia w krajach „przegranych”. Natomiast w samych Niemczech obecnie bezrobocie wynosi około 5,4%, co sanowi najniższą wartość od czasu zjednoczenia kraju.

To, co stało się w Unii Europejskiej to typowe „zwycięstwo systemu”. Najpierw dokładnie wytypowano „obiecujące” łowiska, a potem rozpoczęto polowanie. Czy nikt nie ma wrażenia, że chodzi tu wręcz o dominację jednego państwa?

Przecież obszar, w którym panuje: wspólna waluta, totalny brak taryf, ujednolicony rynek usług, swobodny przepływ kapitału i ludzi, to jest niemal jedno państwo. A jeśli dołożymy do tego jeszcze ujednolicenie finansów (m. in. pakt fiskalny), to otrzymujemy dokładnie Republikę Federalną Euro!

Jednakże kraje członkowskie Unii Europejskiej różnią się pod względem języka, rasy, pochodzenia etnicznego, religii, historii, kultury, tradycji, stylu życia… Innymi słowy nie podzielają jednego, np. niemieckiego nacjonalizmu.

Jeżeli nawet początkowo koncepcja Unii Europejskiej zmierzała do stworzenia „państwa federalnego”, to kraje „bardziej rozwinięte” powinny wyasygnować środki na zniwelowanie różnicy między wydajnością każdego regionu. Czyli wypadałoby, aby teraz Niemcy mając tak niski poziom bezrobocia, finansowały „koszty tworzenia miejsc racy” w krajach o wysokim bezrobociu.  O tym oczywiście nie ma mowy, gdyż pomysł strefy euro oparty jest na teorii ekonomii neoklasycznej, nieliberalnej. A ta naucza, iż przecież: każdy kraj, każde przedsiębiorstwo powinno konkurować na rynku w myśl tych samych zasad, a przegrani są sami sobie winni. Więc w Komisji Europejskiej oraz Europejskim Banku Centralnym nikt nawet na poważnie nie zastanawiał się nad emisją „euro-dotacji”, które pomogłyby krajom przegranym. Zamiast tego przyjęto regulamin (pakt fiskalny), wymuszający na każdym kraju nieprzekraczanie swojego deficytu budżetowego powyżej wartości 3% PKB. To są zasady wręcz zabójcze dla gospodarek krajów zmagających się z pęknięciem bańki.

I obserwujemy jak kurczą się gospodarki: Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Włoch, czy nawet Holandii…

środa, 21 sierpnia 2013

Jak euro zaciska pętlę na szyi Portugalii?

Od czasu rozpoczęcia kryzysu, nie ma miesiąca bez wieści z Portugalii o kolejnych oszczędnościach rządowych, cięciach budżetowych i masie ludzi tracących pracę. Wydawałoby się, że dzięki takim posunięciom rządu, kraj ten wreszcie wychodzi na drogę konsolidacji fiskalnej budżetu. A tymczasem…

W lipcu agencja ratingowa Standard & Poor’s obniżyła perspektywę długoterminowej oceny dla Portugalii ze stabilnej do negatywnej. Jednocześnie potwierdziła rating obligacji rzędowych na poziomie BB, co oznacza, że są one dość niebezpieczne. Co więcej, wystosowano ostrzeżenie, o prawdopodobnym, rychłym obniżeniu ich ratingu.

Krótko mówiąc, pomimo tylu wyrzeczeń społecznych, perspektywy Portugalii są raczej złe. A jednocześnie rządy USA i Japonii masowo drukują swoje obligacje i śpią spokojnie. Dlaczego? Otóż w przeciwieństwie do tych krajów, portugalskie obligacje rządowe denominowane są w euro. Co powoduje, że „międzynarodowe rynku finansowe”, które szukają najbezpieczniejszych inwestycji dla posiadanych zasobów tej waluty, wcale nie muszą kupować obligacji portugalskich. Wolą np. tańsze, ale i znacznie bezpieczniejsze obligacje niemieckie. Dlatego anons agencji S & P o obniżeniu ratingu jest prawdziwym ciosem dla całej Portugalii.

Warto zwrócić uwagę na zachowanie inwestycyjne banków operujących na terenie Portugalii. Banki te obracają depozytami społeczeństwa portugalskiego. Jednak ponieważ są one także częściami „międzynarodowych rynków finansowych”, to wcale nie muszą tych depozytów inwestować z korzyścią dla Portugalii. Bez problemu mogą je ulokować w dowolnym, innym kraju strefy euro. Dlatego banki portugalskie nie kupują portugalskich obligacji rządowych.

Zupełnie inaczej jest w przypadku Japonii, gdzie 100% obligacji rządowych drukowanych jest w japońskich jenach. Ponadto depozyty bankowe Japończyków również składane są w jenach. I jeszcze fakt oczywisty: japoński jen jest walutą obowiązująca tylko w Japonii, a wszyscy kredytobiorcy jena także zlokalizowani są na terenie tego kraju.

I co z tego? Ano to, że dla banków operujących na terenie Japonii „ostatecznym kredytobiorcą jena japońskiego” jest wyłącznie rząd japoński. I czegokolwiek nie sugerowałyby agencje ratingowe wraz z „międzynarodowymi rynkami finansowymi”, to banki w Japonii chcąc zagospodarować posiadane depozyty, nie mają innego wyboru jak zakup obligacji państwowych. Przez co ich oprocentowanie nie jest tak drastycznie zależne od „widzimisię” agencji ratingowych i jest w miarę odporne na spekulacje „międzynarodowych rynków finansowych”.

Owszem, jest możliwość, że banki komercyjne zamiast japońskich obligacji zaczną kupować papiery zagraniczne.  Jednak, aby to zrealizować, najpierw muszą dokonać wymiany posiadanej waluty, np. z jena na euro. Dopiero potem będą miały za co dokonać tego zakupu. Efektem takiej wymiany waluty, jest zwiększenie się zasobów jena w posiadaniu np. zagranicznych bądź krajowych instytucji finansowych. I cóż te instytucje mogą teraz zrobić z tak zdobytym jenem? Japoński jen obowiązuje tylko w Japonii. Czyli mogą albo udzielić pożyczek komercyjnych (gospodarstwom domowym i przedsiębiorstwom) albo kupić… japońskie obligacje rządowe.

Myślę, że teraz już nikogo nie dziwi stale utrzymujący się, najniższy na świecie, koszt obsługi tych obligacji. Na dzień dzisiejszy rentowność japońskich obligacji wynosi: 2-letnich: 0,12%, 5-letnich: 0,28%, 10-letnich: 0,74%.

Tymczasem koszty długów Grecji czy Portugalii biją rekordy. W lipcu rentowność 10-letnich obligacji Portugalii zbliżyła się do 8%, nie wspominając już o Grekach, którzy cieszą się, jak rentowność ich obligacji spadnie poniżej 10%.

Czy warto przyjąć euro?

środa, 24 lipca 2013

Patrząc z boku, sytuacja finansowa Japonii wydaje się zmierzać ku katastrofie: całkowite zadłużenie rządu japońskiego już przekroczyło 200% w stosunku do PKB, co przewyższa dług Grecji i Hiszpanii. Jakby tego było mało, japoński rząd planuje jeszcze wzrost tego zadłużenia, gdyż chce zrealizować szeroko zakrojoną akcję inwestycji publicznych. Jego strategia ma na celu pobudzenie krajowej gospodarki. Te nieracjonalne, wręcz samobójcze na pierwszy rzut oka decyzje, są w rzeczywistości jak najbardziej właściwymi środkami ekonomicznymi, których ostatecznym efektem ma być właśnie konsolidacja fiskalna budżetu.

W ramach strategii noszącej nazwę Abenomics, od nazwiska premiera Japonii Shinzo Abe, bank centralny nieprzerwanie kupuje obligacje rządowe i w ten sposób „zaopatruje” rynek w pieniądze. Wskutek tych działań spada oprocentowanie kredytów, co ma zachęcać przedsiębiorstwa do inwestycji. Jednak w praktyce, sam tani kredyt wcale nie podnosi „gotowości inwestycyjnej” firm.

A kredyt w Japonii jest bardzo tani: oprocentowanie długoterminowych obligacji japońskich cały czas wynosi mniej niż 1%. A firmy nie pożyczają pieniędzy. Dlaczego? Ponieważ Japonia jest w stanie deflacji, przez co inwestycje są nieopłacalne. I dlatego rząd, poza zapewnieniem taniego pieniądza, musiał wykonać kolejny ruch: wprowadzić w życie szereg budżetowych środków stymulacyjnych. W praktyce chodzi o strategię inwestycji publicznych, których realizacja powierzona krajowym wykonawcom, znajdzie odzwierciedlenie we wzroście PKB.

Strategia ta ma wielu przeciwników. Niektórzy nawet wydają całe książki, strasząc bankructwem Japonii. Czy Japonia może zbankrutować? Raczej nie, gdyż nawet gdyby doszło do masowej sprzedaży japońskich obligacji w celach spekulacyjnych, to obligacje te wykupi Bank Centralny. Jemu nigdy nie zabraknie pieniędzy, gdyż ma prawo do ich emisji.

Rząd, który wyemitował swoje obligacje jest dłużnikiem wobec podmiotów, które te obligacje kupiły. Czyli wierzycielami są prywatne banki. Skąd te banki mają pieniądze na wykup obligacji? Banki wykorzystują w tym celu oszczędności powierzone im przez Japończyków. Czyli ostatecznie, to naród japoński jest wierzycielem japońskiego rządu. Można zatem zrozumieć niepokój niektórych Japończyków i ich protesty przeciwko planom zwiększenia tego już i tak gigantycznego długu.

Jednak, jak pisałem wcześniej, w razie potrzeby, obligacje te od banków prywatnych, może wykupić Centralny Bank Japonii. Wówczas rząd zamiast długu do spłacenia wobec narodu, miałby dług wobec swojego Banku Centralnego. W praktyce obligacje rządowe mogą pozostać tylko po stronie aktywów w bilansie Banku Centralnego.

Wyjaśnię to na przykładzie: załóżmy, że mąż (rząd) pożyczył 1 milion zł od innej osoby. Spłata tego zadłużenia jest bardzo dokuczliwa, bo nagle wierzyciel zaczął szantażować: albo otrzyma całość spłaty albo chce zwiększyć poziom odsetek. I wtedy na pomoc mężowi rusza jego żona (bank centralny), która w imieniu męża spłaca cały dług. Skąd żona ma pieniądze? Otóż ta żona ma niezwykły przywilej – wolno jej wydawać walutę. Czyli wierzycielem męża zostaje jego żona. Jednakże, jak to w rodzinie, ich portfel jest wspólny…

W przypadku Japonii, Bank Centralny jest podmiotem zależnym od rządu. Dlatego przy tworzeniu skonsolidowanych sprawozdań finansowych wzajemne należności i zobowiązania są odpisywane (znoszą się). Analogicznie jak przy wspólnym portfelu żony i męża: mąż ma dług, żona należność, mąż ma 1 milion „na minusie”, a żona „na plusie”. I mogą dalej funkcjonować jako szczęśliwa rodzina… Ale taki scenariusz jest możliwy wyłącznie, gdy Bank Centralny (żona) ma prawo drukowania waluty. Czyli wtedy, gdy suwerenny kraj posiada swoją walutę narodową i w tej walucie dokonuje zadłużenia.

Ciekawe w jakiej walucie rząd Polski zaciągnie nowy dług?

środa, 17 lipca 2013

Polska zwiększy swój deficyt budżetowy o 1% PKB w stosunku do wcześniejszych zapisów. Czyli dług publiczny wzrośnie. Czy będzie to faktycznie impulsem stymulującym gospodarkę, jak spodziewa się minister Rostowski? Czyjś wydatek, to dla drugiej strony dochód. Dlatego bez wątpienia dodatkowe pieniądze zasilą gospodarkę, mam tylko wątpliwości – czy aby na pewno gospodarkę Polski? Jeżeli pieniądze Polaków posłużą do finansowania działalności firm zagranicznych, jak to dzieje się obecnie, przy realizacji inwestycji publicznych i zamówień rządowych, to źle to widzę…

A wracając do kwestii wzrostu zadłużenia krajowego, jakie wiążą się z tym niebezpieczeństwa? Otóż jeżeli już trzeba się zadłużać to tylko we własnej walucie!

Obecnie w dobie globalizacji, może wydawać się niebezpiecznym fakt wykupu obligacji przez zagranicznych inwestorów. Z dużym prawdopodobieństwem zostają one nabywane z zamiarem spekulacji, więc nie można wykluczyć, że nagle będą je chcieli sprzedać wszystkie jednocześnie. Wracając do Japonii, taka właśnie możliwość przeraża niektórych Japończyków (i moich niektórych komentatorów), którzy wieszczą rychły upadek japońskich obligacji rządowych, skok stóp procentowych i zapaść finansową swojego kraju. Coś na kształt Grecji czy Cypru.

Jednak Japonię przed powtórzeniem losów Grecji chroni jeden szczegół: japońskie obligacje rządowe są emitowane w naszej krajowej walucie. Dlatego nawet jeśli zagraniczni inwestorzy, dokonają w celach spekulacyjnych zmasowanej akcji sprzedaży japońskich obligacji, to ostatecznie w celu ratowania sytuacji finansowej, ich zakupu może dokonać Japoński Bank Centralny. Ciekawe, co potem zrobiliby ci inwestorzy z nabytymi japońskimi jenami?

Japońską walutą można płacić tylko na terenie Japonii. Więc mieliby dwie możliwości: albo inwestować i dokonywać zakupów w tym kraju, albo wymienić japońską walutę na inne, np. dolary amerykańskie, czy euro. Innych możliwości po prostu nie ma. Jeżeli ci inwestorzy zdecydowaliby się na zakupy w Japonii, to znalazłoby to pozytywne odzwierciedlenie w PKB Japonii. Czyli dla nas dobrze. A gdyby chcieli wymienić pieniądze na inna walutę, to spowodowałoby osłabienie jena. Słaby jen jest korzystny dla japońskiego eksportu. Czyli też nie byłoby źle. A jeśli rośnie eksport, jednocześnie rosną rezerwy walutowe danego kraju. Firmy działające w Japonii w odpowiedzi na rosnący eksport tworzą nowe miejsca pracy, dzięki czemu jeszcze bardziej rośnie dochód narodowy.

Oczywiście istnieje również mniej korzystna opcja, że firmy owe będą otwierać swoje fabryki za granicą, z czego Japonia skorzysta w bardzo małym stopniu. Niestety jest to jeden z negatywnych skutków globalizacji.

Reasumując: wbrew pozorom, gigantyczne zadłużenie Japonii nie jest takie groźne dla mojego kraju, jakby się to mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Analogicznie: wzrastające zadłużenie Polski nie musiałoby być w przyszłości dewastujące dla gospodarki, gdyby było ono zaciągane wyłącznie w złotówkach.

Dlaczego więc Grecja zbankrutowała? Bo zupełnie inaczej wygląda sytuacja krajów używających wspólnej waluty. Inwestorzy zagraniczni, sprzedając greckie obligacje, otrzymują za nie euro, którym od razu można posługiwać się w wielu innych krajach. Czyli nie są w żaden sposób związani z greckim rynkiem, nie muszą tam niczego kupić ani wymienić waluty. Co więcej, ponieważ w obszarze wspólnej waluty oczywiście nie istnieje zjawisko wahań kursowych, to nagła sprzedaż obligacji nie wywoła deprecjacji lokalnej waluty, co mogłoby pomóc greckiemu przemysłowi. W Grecji brakuje dominujących, rozwiniętych gałęzi przemysłu. Niestety brak wahań kursu walutowego, to jednocześnie brak impulsów dla wzrostu konkurencyjności lokalnej wytwórczości. Swoją drogą… abstrahując już od przykładu Grecji, jest to jeden z głównych problemów wspólnej waluty euro.

Swoją drogą… w jakiej walucie minister Rostowski planuje sprzedaż dodatkowej transzy obligacji? I tu uważam, że jest ważne zadanie dla partii opozycyjnych: patrzcie na ręce rządowi, aby nie dopuścić do decyzji niekorzystnych dla swojego kraju. Dług w obcej walucie jest jak niewypał, który nie wiadomo kiedy wybuchnie!

poniedziałek, 15 lipca 2013

 

Rząd japoński jest obecnie zadłużony na ponad 200% PKB. Czy to dużo? To ogromny poziom zadłużenia, większy niż w Grecji czy Hiszpanii. Tamte kraje są w stanie zapaści finansowej, a rząd Japonii w celu pobudzenia gospodarki krajowej, planuje się jeszcze bardziej zadłużyć poprzez emisję kolejnych obligacji. Na pierwszy rzut oka przypomina to krok samobójczy. Czyżby Japonia planowała seppuku? Po analizie ekonomicznej, staje się jednak jasne, że te kroki są właściwe i właśnie one doprowadzą budżet do konsolidacji fiskalnej.

Otóż kluczowe są trzy kwestie:

1.      Od kogo rząd japoński pożycza te pieniądze. Od własnego narodu, czy od zagranicznych funduszy inwestycyjnych?

2.      W jakiej walucie dokonuje tej pożyczki? W jenach, dolarach czy np. euro?

3.      I kolejna niezwykle ważna sprawa dla bezpieczeństwa finansowego kraju, to kwestia jego uprawnień. A więc czy rząd ma prawo do prowadzenia samodzielnej polityki finansowej i pieniężnej we własnym kraju?

Właścicielami 90% japońskich obligacji rządowych są japońskie instytucje finansowe. Co ważne, wszystkie obligacje emitowane są w walucie narodowej – jenach. I już te dwa czynniki czynią niemal niemożliwym załamanie finansowe kraju. Oczywiście zauważalna jest tendencja zwiększonego wykupywania japońskich obligacji rządowych przez cudzoziemców. Teoretycznie istnieje niebezpieczeństwo, że w przypadku nagłej decyzji inwestorów o sprzedaży japońskich obligacji rządowych, może nastąpić gwałtowny wzrost stóp procentowych i w efekcie kryzys finansowy na podobieństwo Grecji. Jednak w praktyce nie jest to możliwe. Istnieje ogromna różnica pomiędzy obligacjami emitowanymi przez rząd grecki a japoński. Grecja posługuje się walutą euro, tworem który ma jednocześnie cechy waluty narodowej, a jednak jest waluta obcą. Natomiast japońskie obligacje rządowe są w 100% denominowane w jenach.

I załóżmy, że nagle wierzyciele próbują sprzedać wszystkie posiadane przez siebie obligacje. Oczywiście, jeżeli bez trudności znajdują na nie kupca, to nie ma żadnego problemu. Wtedy ani nie spadają ceny tych obligacji, ani nie rosną stopy procentowe. A to jest możliwe w przypadku Japonii. Ponieważ obligacje emitowane są w japońskiej walucie, to zawsze może je zakupić japoński Bank Centralny. A skąd ten bank może zdobyć potrzebną kwotę pieniędzy? Ano stąd, że ostatecznie to on ma prawo drukowania tych pieniędzy. Oczywiście mówię o sytuacji ekstremalnej, awaryjnej, a nie o zaplanowanej strategii.

A czy Grecja może się podobnie chronić przed bankructwem? Otóż Grecja posługuje się wspólną walutą euro. W przypadku wzmożonego trendu sprzedaży greckich obligacji rządowych, bank grecki, w celu ich odkupienia musi przede wszystkim mieć te pieniądze. A ponieważ Centralny Bank Grecji nie posiada prawa drukowania tej waluty, to musi ją zdobyć z innych źródeł. Już wiemy jak chętne do pomocy są te źródła…

Czyli w sytuacji awaryjnej, gdy nagle posiadacze greckich obligacji rządowych chcieliby sprzedać posiadane papiery, to mogą nie znaleźć na nie kupca, bo bank grecki ma bardzo graniczone zasoby gotówki. Taka sytuacja powoduje oczywiście gwałtowny wzrost stóp procentowych, wzrost kosztów obsługi zadłużenia i destabilizację finansową kraju. Co więcej, jeśli chodzi o politykę pieniężną i fiskalną, to rząd Grecji nie ma zbyt wiele do powiedzenia, poza wykonywaniem instrukcji Niemiec i Europejskiego Banku Centralnego. Rząd Grecji faktycznie nie ma najbardziej podstawowych narzędzi, za pomocą których mógłby ratować swoich obywateli, nawet w przypadku katastroficznego wzrostu bezrobocia. Co właśnie obserwujemy w Europie…

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Dlaczego jestem przeciwnikiem funkcjonowania wspólnej waluty – euro? Odpowiedź jest prosta: ponieważ euro w obecnej formule szkodzi gospodarkom krajowym. Tworzy mechanizm, który stymuluje wzrost bezrobocia, tworzenie „baniek” gospodarczych, zadłużanie społeczeństw. A co gorsza, uniemożliwia naprawę krajowej gospodarki, polegającą na racjonalnie wprowadzonym pakiecie polityki fiskalnej i pieniężnej, na wzór japońskiej strategii – Abenomics. Wpływ silnych Niemiec, które nieprzerwanie nawołują rządy innych krajów do oszczędności, jest tak przytłaczający, że pogrążone w kryzysie państwa europejskie są po prostu bezradne.

 

http://www3.nhk.or.jp/news/html/20130402/k10013628171000.html

A Europa pogrąża się w biedzie: stopa bezrobocia na kontynencie bije coraz to nowe rekordy. Według urzędu Statystycznego Unii Europejskiej bezrobocie w strefie euro przekroczyło już 12%. To najwyższy wynik jaki kiedykolwiek zanotowano w tych statystykach, czyli od momentu wprowadzenia euro w 1999 roku. Kraje o najwyższym poziomie bezrobocia to tradycyjnie już: Grecja – 27,0% (dane z lutego), Hiszpania - 26,8% i Portugalia -17,8%. Na Cyprze, od kiedy zaakceptował pomoc z Unii Europejskiej, bezrobocie w ciągu jednego tylko roku skoczyło z 11,2% na 15,6%. Jeszcze nie mówi się głośno o Francji, ale nawet tam widoczna jest już stała tendencja utraty miejsc pracy, obecnie  ilość bezrobotnych aktualnie szacuje się na 11%.

Sytuacja młodych ludzi w krajach unijnych jest szczególnie ciężka. Na tyle zaniepokoiło to mocodawców unijnych, że już w marcu na szczycie UE postawiono jako priorytet zapewnienie bezpieczeństwa pracy zwłaszcza młodym ludziom. Zgodzono się na przyspieszenie działań stymulujących powstawanie miejsc pracy, w tym na szereg inwestycji krótkoterminowych. Mimo to przewiduje się w ciągu dwóch kolejnych lat kontynuację trendu spadkowego gospodarki w całej strefie euro. A za tym idzie pogorszenie sytuacji na rynku pracy, co jest już istotnym powodem do niepokoju.

Zamieściłem wykres przedstawiający najnowszy poziom bezrobocia w krajach Unii Europejskiej wg danych Eurostat.

Poziom bezrobocia w krajach UE - kwiecień 2013.

Krótko mówiąc obecny stan strefy euro nie wygląda dobrze. Biorąc pod uwagę liczące się gospodarki, to praktycznie poza Niemcami, w każdym z pozostałych krajów rośnie stopa bezrobocia i nie ma żadnych zwiastunów poprawy.

I niczego innego nie można oczekiwać, gdyż stan ten jest naturalną konsekwencją pewnych zdarzeń, jakie miały miejsce w gospodarce. We wszystkich tych krajach (poza Niemcami) wystąpiły „bańki” gospodarcze. A jakie działania naprawcze serwuje Komisja Europejska po pęknięciu bańki? Oczywiście oszczędności. A do czego to prowadzi? Prześledźmy ciąg wydarzeń:

Pęknięcie bańki gospodarczej → spadek inwestycji przedsiębiorstw i prywatnej konsumpcji → stagnacja lub spadek nominalnego Produktu Krajowego Brutto → zmniejszenie się dochodów podatkowych rządu → pogorszenie się sytuacji finansowej budżetu (wzrost długu) → wprowadzenie oszczędności budżetowych → spadek inwestycji i konsumpcji → stagnacja nominalnego PKB → redukcja dochodów podatkowych rządu → pogorszenie się sytuacji finansowej budżetu → oszczędności budżetowe ….

Dokładnie tę samą drogę wybrała Japonia 20 lat temu! I stoczyła się w kierunku postępującej deflacji. Uwaga: deflacja to nie jest spadek cen wywołany konkurencją! W Europie obserwuje się tendencję w kierunku deflacji. Co gorsza, deflacja już wystąpiła w kilku krajach. Czy Europa musi powtarzać błędy Japonii? Dlatego jestem przeciwnikiem powszechnie forsowanej polityki oszczędności. Już wiadomo, że to nie jest droga wyjścia z obecnego kryzysu. Na zakończenie zamieszczam jeszcze jeden wykres: jak zmieniał się poziom bezrobocia w Europie, USA i Japonii. Europa poszła droga oszczędności, a USA i Japonia stymulują gospodarkę. To są twarde dane. Pozostawiam do przemyślenia…

Poziom bezrobocia w krajach UE, USA i Japonii.

piątek, 14 czerwca 2013

Poprzednio zwróciłem uwagę na bardzo wysoki, wynoszący 250%, poziom zadłużenia gospodarstw domowych w Holandii. Wskaźnik ten w Stanach Zjednoczonych, nawet w czasie wstrząsu wywołanego upadkiem Lehman Brothers, wynosił 160%. W jednym z komentarzy pojawiło się ciekawe pytanie: Czy problem ten dotyczy wyłącznie gospodarstw domowych? Co z gospodarką krajową?

Otóż, pomimo pęknięcia bańki na rynku nieruchomości, nadwyżka na rachunku bieżącym Holandii się zwiększa, w porównaniu z latami 2008 i 2009. Czyli mamy dwie, jakby przeciwstawne tendencje. Czy jest ot możliwe? Owszem, z taką sytuacją zmierzyła się kiedyś Japonia. A wytłumaczyć to można bardzo prosto: nadmiernie zadłużone, holenderskie gospodarstwa domowe zmniejszają swoją konsumpcję. W efekcie tego podaż, czyli „moc zasilania rynku” przez holenderskie firmy jest zbyt wielka, w stosunku do zapotrzebowania kraju. Dlatego holenderskie firmy koncentrują swoją aktywność na zwiększeniu popytu zewnętrznego, czyli na eksporcie. Jak się można domyślać, to pozwoliło na utrzymanie nadwyżki na rachunku bieżącym. Nawiasem mówiąc, Japonia swego czasu, poszła dokładnie tą samą drogą.

Wypracowana przez Holandię nadwyżka na rachunku bieżącym powinna teraz zostać wykorzystana do stymulowania rynku krajowego, co „ulżyłoby” gospodarstwom domowym. Ruchy rządu wprowadzającego pakiet polityki fiskalnej oraz monetarnej, na podobieństwo japońskiej strategii „Abenomics”, mogłyby w znaczący sposób zniwelować drastyczny problem pęknięcia bańki nieruchomości.

Jednak Holandia, będąc członkiem strefy Euro, nie posiada swobody prowadzenia polityki pieniężnej. I dlatego pomóc swoim obywatelom nie może. Co więcej, to właśnie ten brak możliwości prowadzenia suwerennej polityki pieniężnej, spowodował powstanie bańki nieruchomości, w wyniku obniżania stóp procentowych przez Europejki Bank Centralny, o czym pisałem poprzednio.

Gdyby teraz Holandia konsekwentnie zaczęła realizować strategię oszczędności budżetowych w stylu niemieckim, a nie mogła nic „poluzować” w polityce pieniężnej, to poparcie Holendrów dla euro zostałoby stracone bezpowrotnie.

Co więcej, obserwowane obecnie osłabienie jena japońskiego ma wpływ na każdy kraj, którego dobrobyt opiera się na eksporcie. A więc i na Niemcy, i na Holandię właśnie. Łatwo sobie przecież wyobrazić, jak ciężka musi być sytuacja kraju zmagającego się z olbrzymim długiem prywatnym i jednoczesnym spadkiem eksportu. Z podobną sytuacją przez wiele lat zmagała się Japonia.

Wieloletnia stagnacja gospodarki japońskiej była wynikiem działań polityków, którzy mając kraj w stanie deflacji, wdrażali działania przeznaczone na czas inflacji. I dopiero teraz, po zmarnowaniu 20 lat, Japonia ma szansę na realne wyjście z deflacji.

Czy Holandia powtórzy błędy Japonii?

Niestety, dopóty Holandia jest członkiem strefy euro, dopóty nie ma innej możliwości jak błądzenie na wzór Japonii. Po prostu prowadzenie innej polityki, realizacja korzystnej dla siebie, strategii stymulacji krajowego rynku, nie jest możliwa dla członków eurozony. I to jest rzeczywiście problem.

A może dlatego właśnie racjonalna Holandia, będzie pierwszym krajem, który odejdzie ze strefy euro?

czwartek, 13 czerwca 2013

Holandia zwykle ukazywana była tuż obok Niemiec jako kraj osiągający wymierne korzyści z przystąpienia do strefy euro. Faktycznie gospodarka narodowa Holandii, rok po roku, wykazuje nadwyżki handlowe na rachunku bieżącym. Więcej eksportuje niż importuje. Dodatkowo, w kraju tym stopniowo wprowadzane były strukturalne reformy neoliberalne. Słuchając wypowiedzi polityków holenderskich, można także odnieść wrażenie, że państwo to wspierało i wspiera strategię oszczędności budżetowych forsowanych przez Niemcy. Przynajmniej tak być powinno…

 

A tymczasem…

… tymczasem Holandia jest w kryzysie!

 

http://jp.wsj.com/article/SB10001424127887323605404578472214120164122.html

Sprawdźmy, który kraj należący do strefy euro, ma największe zadłużenie? Otóż nie jest to Grecja, która rozrzutnie wypłacała hojne emerytury. Również nie jest to Cypr, którego ekonomia opierała się na, wątpliwego pochodzenia, kapitale z Rosji. Nie jest to Irlandia, która wpadła w recesję po pęknięciu bańki nieruchomości, ani nawet dogorywająca Hiszpania z kosmicznym bezrobociem.

W rzeczywistości krajem strefy euro o najwyższym zadłużeniu jest… Holandia, której obywatele znani są ze swojego poczucia odpowiedzialności i umiaru. Zadłużenie gospodarstw domowych w Holandii sięga 250% ich dochodów! To najwyższy poziom na świecie. Dla porównania: w Hiszpanii nie przekracza on 125%.

Co takiego stało się w strefie euro, że zabiło Holenderską ekonomię?

Przypomnijmy sobie rok 2001. Wtedy to po pięciu latach euforii i zachwytu spółkami z branży informatycznej, na światowych rynkach nastąpiło pęknięcie „bańki internetowej”. Był to duży cios dla gospodarki Niemiec. Dlatego natychmiast z pomocą pospieszył Europejski bank Centralny obniżając stopy procentowe. Otóż funkcjonujące w tej strefie nisko oprocentowane fundusze pożyczkowe oraz niskie stopy pożyczkowe ustawiono tak, aby było to korzystne dla niemieckiej gospodarki.

Łatwy i tani pieniądz, to łatwo osiągalny kredyt. A to doprowadziło do rozprzestrzenienia się długu i do boomu na rynku nieruchomości w niemal całej euro-zonie. Od momentu wprowadzenia waluty euro ceny domów w Holandii podwoiły się.  Holenderski rynek nieruchomości stał się jednym z najbardziej „gorących” rynków na świecie. A w efekcie zadłużenie gospodarstw domowych osiągnęło kolosalne rozmiary.

A teraz bańka pękła. Na rynku jest wielka katastrofa. Ceny domów w Holandii spadają w takim samym tempie, jak na Florydzie po katastrofalnym załamaniu bańki mieszkaniowej w Stanach Zjednoczonych. W chwili obecnej, ceny nieruchomości w Holandii są już niższe o 16,6%, w porównaniu ze szczytowym rokiem 2008. Agenci nieruchomości zrzeszeni w NAEA przewidują w bieżącym roku spadek aż o kolejne 7%. Czyli w praktyce, wartość każdej nieruchomości kupionej po roku 2000 jest obecnie niższa niż w momencie zakupu. A w najgorszym wypadku może być nawet niższa od salda kredytu hipotecznego zaciągniętego na jej zakup.

Holandia niepostrzeżenie stała się najbardziej zadłużonym krajem na świecie. I wpadła w recesję, z której nikt nie jest w stanie znaleźć drogi wyjścia. Kryzys strefy euro trwa już ponad trzy lata i przez ten czas stopniowo rozszerzył się na nowe kraje. Jednak Holandia była do tej pory gospodarczym rdzeniem Unii Europejskiej i wspólnej waluty. Jeżeli nawet taki kraj nie jest w stanie przetrwać ekonomicznie w gospodarce strefy euro, to naprawdę kończy się ta gra…

środa, 12 czerwca 2013

Warto spojrzeć na kwietniowe wydanie World Economic Outlook opracowane przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, aby sprawdzić najnowszy bilans na rachunkach bieżących wszystkich krajów posługujących się wspólną walutą - euro. (http://www.imf.org/external/pubs/ft/weo/2013/01/pdf/text.pdf)

Załączam również wykres bilansu na rachunku bieżącym w ujęciu wieloletnim:

http://members3.jcom.home.ne.jp/takaaki.mitsuhashi/data_42.html#CurrentEuro

 

Kolory:

 

Czarny – Niemcy, niebieski – Holandia, brązowy – Hiszpania, czerwony – Grecja, beżowy – Portugalia, zielony – Francja, jasno-zielony – Włochy, itd.

Od 2003 roku obserwowano znaczny  wzrost tzw. „Euro-nierównowagi”. Czym jest Euro-nierównowaga? Otóż są to pogłębiające się różnice na rachunku bieżącym, czyli sytuacja gdy: nadwyżki rosną coraz szybciej w krajach o dodatnim bilansie, a kraje w stanie deficytu swój deficyt coraz szybciej powiększają.  

Co dalej? Otóż pogłębianie się Euro-nierównowagi zakończyło się około roku 2008.

Przypomnijmy sobie, jakie zdarzenia miały wtedy miejsce:

- pęknięcie bańki nieruchomości w Irlandii (2007);

- upadek Lehmann Brothers (wrzesień 2008);

- ujawnienie kryzysu finansowego w Grecji;

Od 2008 roku poziom deficytu w takich krajach jak Francja, Hiszpania, Włochy, Portugalia i Grecja ustabilizował się na jednej wysokości. Aż nagle w ubiegłym roku wartość deficytu tych krajów nagle zmalała!

To niesamowite, że deficyt w strefie euro jest mniejszy, a tymczasem Niemcy są w stanie stale powiększać swoją nadwyżkę budżetową! Oczywiście w pewnym stopniu, do niedawna, była to zasługa słabego euro. Dzięki temu niemiecki eksport wzrósł do krajów poza zasięgiem wspólnej waluty, w tym do Polski. Jednakże wydaje się, że stan ten nie potrwa długo… Co wtedy zrobią Niemcy?

wtorek, 04 czerwca 2013

Czy istnieją na świecie obszary, gdzie wspólna waluta funkcjonuje bardzo dobrze? Oczywiście! - Na terenie danego kraju, posiadającego walutę narodową. Przyjrzyjmy się jak wygląda system jednolitego pieniądza w Polsce:

1. W każdym polskim województwie ludzie posługują się tą samą walutą – Polskim Złotym. Co oznacza, że na terenie całej Polski, w każdym województwie został wdrożony jednolity, stały system kursowy. 1 PLN w Warszawie ma taką samą wartość jak w Krakowie i Poznaniu.

2. Ponadto w całej Polsce możliwy jest swobodny przepływ kapitału. Pieniądze wpłacone do banku w Gdańsku można swobodnie wypłacić w Rzeszowie.

3. Żadne z województw nie ma możliwości prowadzenia niezależnej polityki pieniężnej, czyli np. Urząd Wojewódzki w Łodzi, ani żadna inna jednostka samorządowa nie ma prawa drukować pieniędzy. Jedynie Bank Centralny ma prawo emisji złotego.

4. Oczywiście produkty przekraczające granice województw nie są obłożone cłem.

W ten sposób cały obszar Polski stanowi „wolny rynek”.

Podobne zasady eurokraci próbowali zrealizować na terenie państw strefy euro, tworząc w ten sposób „kraj zjednoczonej Europy”. Do tej strefy włączyli państwa o różnej wydajności przemysłu.

Analogicznie Polska również składa się z województw silniej i słabiej rozwiniętych. Podobnie zresztą jest w przypadku Japonii, gdzie silnie zurbanizowany rejon Tokio ma wydajność zdecydowanie wyższą w porównaniu z innymi prefekturami. Jednak w ramach jednego kraju nie stanowi to żadnego problemu, gdyż część podatków zebranych w Tokio przeznaczanych jest na pomoc dla innych regionów. Za te pieniądze rozwijana jest infrastruktura i przemysł na biedniejszych terenach, dzięki czemu Japonia rozwija się równomiernie. Jest to normalny system funkcjonujący w każdym, zdrowym kraju. Również w Polsce podatki zbierane przez budżet są dystrybuowane na terenie całego kraju i często wspierają rejony słabsze.

A tymczasem w strefie euro… mamy wprowadzoną wspólna walutę, otwarty rynek, ale nie ma mechanizmu niwelowania, pochłaniania różnicy wydajności, co pozwoliłoby na równomierny rozwój wszystkich krajów. W rezultacie każde państwo członkowskie jest zmuszone do silnej konkurencji w ramach wolnego rynku. Nieuniknioną konsekwencją takiego stanu było pogłębiające się zróżnicowanie ekonomiczne krajów członkowskich. Kraje o słabiej rozwiniętym przemyśle, wskutek rosnącego deficytu handlowego i deficytu obrotów bieżących, nieustannie zwiększały swój poziom zadłużenia zagranicznego netto, co w końcu doprowadziło je do bankructwa.

Kraje o niskiej produktywności pogrążyły się w kryzysie finansowym, a ich obywatele stają się coraz biedniejsi. A tymczasem kraje „wygrane” mają czyste sumienie i tłumaczą, że każde państwo ponosi samo za siebie odpowiedzialność. I tak właśnie funkcjonuje system zwany „wspólna walutą euro”. A szerzej: tak kończy się realizacja myśli nowej, klasycznej ekonomii, której jednym z pomysłów była właśnie wspólna waluta.

środa, 29 maja 2013

Pod koniec marca tego roku przez portale ekonomiczne przetoczyła się burzliwa dyskusja wywołana frapującym wnioskiem, jaki zawarty został w najnowszym raporcie IMF (Międzynarodowy Fundusz Walutowy). Otóż dla uratowania gospodarek krajów strefy euro zmagających się z kryzysem, potęgi gospodarcze północnej Europy (Niemcy) powinny zaakceptować wzrost inflacji w swoim kraju.

http://www.bloomberg.co.jp/news/123-MKFTRM6S972B01.html
W raporcie napisane jest wprost:

Jeżeli od krajów południowych wymaga się zmian budżetowych (oszczędności), to od krajów północnych powinno się oczekiwać akceptacji wzrostu inflacji.

Aby osiągnąć cel inflacyjny w wysokości 2% rocznie w całej strefie euro, poziom inflacji na południu Europy powinien oscylować wokół wartości niższych, natomiast na północy powinien zdecydowanie przekraczać 2%.
Ponadto raport podkreślił oczywiste prawidłowości:

Aby spadło bezrobocie w kraju takim jak Grecja, musi wzrosnąć konkurencyjność jej gospodarki. W tej sytuacji najlepsza strategią jest stymulowanie wzrostu wydajności jej przemysłu. Niemniej jest to plan długoterminowy i na jego efekty będzie trzeba poczekać. Dlatego kraj ten, dla uzyskania natychmiastowej poprawy swojej konkurencyjności, nie ma innego wyjścia jak zmniejszenie cen i wynagrodzeń pracowników. I byłoby to racjonalne wyjście, gdyby… Grecja nie należała do strefy euro.

Na czym polega problem ze wspólna walutą?

Problem zaczął się już w momencie, gdy kraje północy Europy (np. Niemcy) o silnie rozwiniętym, wysokowydajnym przemyśle zbudowały „wolny rynek” wspólnie z krajami o niskiej wydajności (np. Grecja). Wspólnie dokonano unii celnej, zezwolono na swobodny przepływ pieniędzy, usług, towarów i ludzi. Ponadto każdy z tych krajów zrzekł się możliwości prowadzenia niezależnej, korzystnej dla siebie, polityki pieniężnej i prawo to przekazał władzom Europejskiego Banku Centralnego. Było to równoznaczne z przyjęciem sztywnego kursu walutowego – wspólnej waluty euro.

A tymczasem istnieje paradoks, tzw. „trylemat finansów międzynarodowych”: otóż niemożliwa jest jednoczesna koegzystencja wszystkich trzech zjawisk:

- stały kurs wymiany,

- swobodny przepływ kapitału,

- niezależność polityki pieniężnej;

W praktyce przyjęcie wspólnej waluty spowodowało rezygnację każdego kraju z możliwości prowadzenia niezależnej polityki pieniężnej.

Wydawało się, że fakt ten nie niesie za sobą wielkiego zagrożenia, to tylko straszenie „nacjonalistów” i konserwatystów. I faktycznie początkowo, gdy we wszystkich krajach odnotowywano wzrost gospodarczy system działał dobrze. Ale od kilku lat, kiedy w gospodarce zapanował kryzys, okazało się, że brak możliwości prowadzenia niezależnej polityki pieniężnej, to jednocześnie brak narzędzi do walki z kryzysem w swoim kraju. Aby szybko poprawić konkurencyjność swojego przemysłu Grecja powinna obniżyć wartość swojej waluty. Ponieważ Grecja posługuje się euro, to aby osiągnąć ten efekt, to w Niemczech ceny powinny wzrosnąć.

Czy ktokolwiek spodziewa się, że Niemcy, w imię ratowania „bratnich” unijnych krajów, zaakceptują niekorzystną dla siebie politykę pieniężną?

Gdybym sam był Niemcem, też bym się na to nie zgodził. To jest naturalne, bo Niemcy to Niemcy, Grecy to Grecy, a Polacy to Polacy. Dlatego, najbardziej sztuczny i nienaturalny był sam pomysł ujednolicenia Europy. W ramach polityki wolnego rynku, jednolitej polityki fiskalnej, pieniężnej i wspólnej waluty – dobrze może funkcjonować tylko wspólnota narodowa – jedno „państwo”.

Waluta euro jest eksperymentem społecznym, próbą skonstruowania sztucznego państwa na bardzo zróżnicowanych fundamentach. Myślę, że wynik tego eksperymentu jest już dobrze widoczny…

 

poniedziałek, 06 maja 2013

Rozpad strefy euro i Unii Europejskiej jest skuteczną receptą na obecny kryzys.

Obecny kryzys spowodowany jest powiększająca się luką popytową, z tendencją do deflacji. Niestety rozlał się on prawie na całą Europę, również Polskę. Ponieważ przedsiębiorcy nie znajdują popytu na swoje towary, to zmniejszają produkcję – zwalniają pracowników, a ci z kolei ograniczają swoją konsumpcję i… popyt jeszcze bardziej maleje. Wydawałoby się, że to jest sytuacja bez wyjścia, ale w mechanizmie funkcjonowania normalnego, suwerennego Państwa jest wbudowana funkcja umożliwiająca stymulowanie gospodarki. Narzędzie służące do skutecznego przeciwdziałania kryzysowi. Tą funkcją jest pakiet stymulacyjny polityki pieniężnej i fiskalnej. Jeszcze jest nadzieja na realną możliwość poprawy sytuacji gospodarczej swoich obywateli. Tak właśnie dzieje się teraz w Japonii.

A teraz zastanówmy się, co stałoby się w krajach, które pozbawiły się tego narzędzia: wzrost bezrobocia, ubożenie społeczeństwa, upadek cywilizacyjny… Czy istnieją tak głupie i bezmyślne kraje, których rządy pozbawiłyby się możliwości jakiegokolwiek wpływu na sytuację ekonomiczną swoich obywateli? Oczywiście, że tak – to są właśnie kraje należące do strefy euro!

Członkowie strefy euro powierzyli funkcję prowadzenia polityki pieniężnej na w swoim kraju stronie trzeciej – Europejskiemu Bankowi Centralnemu. Dlatego nie mają już żadnej możliwości przeciwdziałania deflacji na własnym podwórku! A do czego prowadzi takie „ubezwłasnowolnienie” kraju, w którym doszło do kryzysu? Otóż fakty są takie:

„Bezrobocie w Grecji w styczniu wyniosło 27,2 procent i pobiło tym samym „rekord” z grudnia, kiedy to ten wskaźnik wynosił 25,7 procent.”

„Bezrobocie wśród młodzieży w tym roku w styczniu – wśród osób w wieku od 15 do 24 – wyniosło 59,3 proc., w porównaniu do 51 proc. w tym samym miesiącu rok wcześniej.”

„Stopa bezrobocia prawie potroiła się od czasu rozpoczęcia kryzysu ekonomicznego w 2009 r.”

„Cała grecka gospodarka w tym roku ponownie ma się skurczyć. Tym razem o 4,6 procent.”

Oznacza to, że wraz z realizacją pakietu oszczędnościowego, który miał uzdrowić gospodarkę, sytuacja „zwykłych” ludzi jest tylko gorsza i gorsza.

Niestety dopiero od niedawna, po tak bolesnym dla Greków doświadczeniu, nieśmiało pojawia się wśród ekonomistów opinia, że w kryzysie z tendencją do deflacji, wymagana do tej pory przez Wielką Trójkę (EBC, MFW, Komisja Europejska) „surowość finansowa”, czyli oszczędności wydatków publicznych - są po prostu szkodliwe.

Jednakże Grecja faktycznie znajduje się w sytuacji niewypłacalności. Nie jest w stanie realnie spłacić swojego zadłużenia zewnętrznego. A fakt, że jest członkiem strefy euro, niestety uniemożliwia jej samodzielne kształtowanie polityki pieniężnej, tak by najlepiej służyła ona własnej gospodarce. Więc Grecja nie dysponuje żadnymi środkami zaradczymi do walki z pogłębiającym się bezrobociem. Stopa bezrobocia wśród młodych ludzi rośnie do poziomu ponad 60%. Wtedy ich życie zależy od pomocy rodziców, a co jeśli również ci rodzice tracą pracę? Wtedy cała rodzina uzależniona jest od pomocy dziadków. A wtedy rząd zmniejsza wysokość ich emerytur… Tak właśnie realizuje się polityka oszczędności finansowych, której prowadzenia  żądają Niemcy i EBC od krajów w deflacji.

W takim stanie państwa rząd grecki prędzej czy później upadnie. Ale co gorsza, w kraju ogarniętym bezrobociem, coraz silniejsze są wszelkie ruchy ekstremistyczne. Przypomina to sytuację Niemiec w latach 1931 -1932. Czyżby historia miała się powtórzyć?

Tymczasem rozwiązanie problemów Grecji mogłoby być stosunkowo proste i szybkie: powiem śmiało, wystarczyłoby aby kraj ten opuścił strefę euro i wszedł z Unii Europejskiej oraz oficjalnie zadeklarował niewypłacalność.  A potem rząd mógłby przeprowadzić deprecjację własnej waluty, wprowadzić cła, taryfy – co stymulowałoby własny przemysł i w ten sposób dać ludziom pracę i zwalczyć deflację. Oczywiście, w tym okresie w Grecji pojawiłaby się wysoka inflacja, a życie ludzi nadał byłoby ciężkie. Niemniej taki scenariusz dawałby realną szansę na poprawę krajowej gospodarki. Na to, że następne pokolenie będzie żyło lepiej, a tymczasem… Tymczasem planiści wieszczą tylko kolejne spadki.

Oczywiście opisane przeze mnie ruchy są niezwykle trudne do realizacji z punktu widzenia bezpieczeństwa Grecji. Jednak zdecydowanie uważam, że lepiej wycofać się ze strefy euro oraz z Unii Europejskiej, niż żyć w społeczeństwie z 60% bezrobociem wśród młodych ludzi! Tym bardziej, że bezrobocie to nie tylko tymczasowy problem braku dochodów tych ludzi. Ale obecne bezrobocie przekłada się na przyszłość – jako utrata zdolności wytwórczych kraju i do zasilania budżetu. Oznacza to po prostu zmniejszenie lub wręcz zniszczenie bogactwa narodowego! Z punktu widzenia gospodarki narodowej (Oikos Nomos), bezrobocie jest nie problemem samych bezrobotnych, ale jest przede wszystkim poważnym problemem dla całego społeczeństwa! Co więcej kwestia ta dotyczy nie tylko Grecji. Bezrobocie szaleje w całej południowej Europie. Myślę, że jest to palący problem również dla Polski.

Nawiasem mówiąc, powodem mojej krytyki zasad ekonomii neoklasycznej oraz neoliberalizmu, jest właśnie reprezentowane przez nie lekceważące podejście do bezrobotnych. To, że wmawiają społeczeństwu, iż bezrobotni są sami sobie winni, bo się nie starają, lub nie są „przystosowani” do rynku pracy. Kiedy słyszę takie słowa z ust prominentnych polityków, „ustosunkowanych” biznesmenów uciekających z podatkami za granicę swojego kraju, czy wreszcie z ust profesorów, którzy nigdy w życiu nie mieli okazji zetknąć się z prawdziwym rynkiem pracy, to uważam, że tacy ludzie są po prostu ohydni!

 

piątek, 12 kwietnia 2013

 

Dużo już pisałem o zagrożeniach wynikających z braku możliwości prowadzenia suwerennej polityki pieniężnej przez kraje należące do unii walutowej i wynikającej z tego postępującej ruinie gospodarek krajów o niskiej wydajności przemysłu (południe Europy vs Niemcy, Holandia). Tym razem chce zwrócić uwagę na kolejną pułapkę, jaką niesie za sobą taka integracja państw o różnym potencjale. Otóż w obrębie krajów strefy euro zniesione są taryfy oraz nie istnieją wahania kursowe (wyjątkiem może stać się Cypr). W pobieżnej ocenie taka sytuacja wydaje się sprawiedliwa: każdy ma jednakowe warunki, a więc niech wygra najlepszy. Ale spójrzmy głębiej: przecież sytuacja wyjściowa każdego kraju jest inna, warunki prowadzenia biznesu różne. Część krajów ma przemysł rozwinięty na najwyższym poziomie, o wysokiej innowacyjności i wydajności, a część dopiero się chce rozwijać… Chce się rozwijać! Czy w starciu z okrzepłymi przedsiębiorstwami, o potężnym zabezpieczeniu finansowym, ten rozwój jest w ogóle możliwy? Czy nowopowstająca firma jest w stanie nawiązać równorzędną walkę konkurencyjną z gigantem w swojej branży? Może próbować, niemniej mnie przypominałoby to raczej starcie boksera klasy ciężkiej z przedszkolakiem. Czy to jest sprawiedliwe? Część zwolenników gospodarki neoliberalnej, globalizmu zakrzykuje w tym momencie, że nie potrzeba słabeuszy. Sami są sobie winni - przegrali, to niech bankrutują. Niech zostaną tylko najlepsi! OK, chwytliwe hasło. I do czego prowadzi? Jak zostają tylko najlepsi… to w krajach słabszych bezrobocie rośnie i rośnie. Właśnie to poziom bezrobocia jest wskaźnikiem, który najlepiej pokazuje, kto należy do zwycięzców, a który kraj przegrywa i osuwa się w recesję.

Poziom bezrobocia w krajach strefy euro.

http://econographics.wordpress.com/2013/04/05/eurozone-country-unemployment-rates/

Na tym wykresie za „przegrane” można uznać wszystkie kraje, które zakończyły swój wyścig cywilizacyjny, na wyższym poziomie bezrobocia niż Francja…

Jak widać, wygranych mamy wyłącznie na północy Europy. Kraje te wstępowały do unii walutowej, mając już dobrze rozwinięte, okrzepłe struktury przemysłu. Mając wysoką produktywność mogły tylko zyskać na zniesieniu wszelkich barier handlowych z krajami słabszymi. A przegrani po kolei odpadają i proszą o pomoc mająca uchronić ich przed całkowitym bankructwem…

I owszem, „dobra” Unia nie zostawia ich samym sobie, przekazuje pożyczki, obwarowane jednak drakońskimi warunkami: wymaga wprowadzenia ostrych oszczędności budżetowych. Dlatego kraje „przegrane” nie mają wyboru, tną wydatki, a w rezultacie stopa bezrobocia jeszcze szybciej rośnie. Jest to wynik oczywisty, gdyż efektem takich ruchów jest kurczący się popyt. Mniejszy popyt, to mniejsza produkcja, a to prowadzi do wzrostu bezrobocia, spadku dochodów budżetowych. 1% wymuszonych w obecnych warunkach gospodarki, oszczędności przynosi 1,6% spadku PKB. Gdzie ten spodziewany wzrost zaufania rynku i idące za nim nowe inwestycje, których spodziewała się Wielka Trójka (Europejski Bank Centralny, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Komisja Europejska)???

Jest tylko jeden sposób na rozwiązanie problemu kurczącej się gospodarki. I tą właśnie drogą zaczyna teraz podążać Japonia – Abenomix, polityka bodźca fiskalnego. Ostatnio politycy we Włoszech optowali za podobnym rozwiązaniem. Jednak, czy mogą pójść tą drogą? To zależy już od Niemiec, które… nadal bezwzględnie wymagają realizacji strategii oszczędności finansowych.

Czyli mamy do czynienia z sytuacją bez precedensu w czasie pokoju: rząd podobno niepodległego kraju chce wprowadzić jak najbardziej korzystną dla swoich obywateli politykę gospodarczą. Ale realna możliwość wprowadzenia tej strategii zależy od innego państwa – od Niemiec. I to jest właśnie to niebezpieczeństwo, jakie niesie za sobą beztroskie pozbycie się suwerenności, jakie zafundowali swoim obywatelom politycy.

Z prawdziwą przykrością czytam nadal pojawiające się komentarze, obwiniające samych Greków, Hiszpanów, Irlandczyków za katastrofalny stan własnego państwa. Jak łatwo niektórzy wierzą w  ich „narodowe” lenistwo, skłonność do oszustw i niechęć do pracy. Niezależnie od indywidualnych, wakacyjnych obserwacji, to nie jest prawdziwe sedno problemu. Problemem jest stworzenie sytuacji, w której kraj będący w stanie zapaści finansowej, z gwałtownie wzrastającym bezrobociem i spadającymi dochodami budżetowymi, nie jest w stanie zrealizować strategii pozwalającej na rozwiązanie tych problemów. Ma związane ręce, gdyż wszelkie środki i narzędzia (polityka pieniężna, bodziec fiskalny) zostały wcześniej delegowane do innej organizacji. Taka jest rzeczywistość krajów wspólnej waluty i Unii Europejskiej…

Oby wykres powyżej był przestrogą dla Polaków. Stopa bezrobocia w Grecji, Hiszpanii i Portugalii jest nienormalna, tak również może stać się w Polsce! Przyjęcie przez Polskę wspólnej waluty już po kilku latach miałoby katastrofalne skutki. Zamiast myśleć o ściślejszej integracji, odpowiedzialni politycy powinni jeszcze raz zastanowić się, czy naprawdę warto być członkiem obecnej Unii Europejskiej? Czy bezkrytyczne popieranie idei globalizacji, oddanie się pod kuratelę „silniejszych” i liczenie na ich pomoc w razie potrzeby, nie spowoduje ponownego zniknięcia Polski z mapy Europy?

 

poniedziałek, 08 kwietnia 2013

 

Narodziny cypryjskiego euro.

Ponieważ część komentarzy pod moimi poprzednimi wpisami na temat „eksperymentu cypryjskiego” rozmijała się z sednem problemu, to ponownie wracam do tematu Cypru i tego, co stało się z walutą tego kraju. Dlaczego Cypr faktycznie już nie należy do strefy euro?

 

Jedną z fundamentalnych zasad funkcjonowania Unii Europejskiej, zapisaną w traktacie, jest zakaz regulacji przepływu kapitału i płatności pomiędzy krajami członkowskimi.

Oczywiście właściwe przepisy dopuszczają także wystąpienie sytuacji szczególnych, gdy w celu zachowania porządku publicznego oraz bezpieczeństwa kraju można wprowadzić kontrolę kapitału. Dlatego ograniczenia transferu pieniędzy wprowadzone na Cyprze tym razem nie naruszają Konwencji Europejskiej, gdyż wprowadzone były w trosce o zachowanie porządku publicznego.

 

http://www.bloomberg.co.jp/news/123-MKG3I16KLVR501.html


Pomimo deklaracji jaką 29 marca złożył prezydent Cypru Nikos Anastasiadis, wyrażając wolę utrzymania kraju w strefie euro, to z praktycznego punktu widzenia Cypr już jest faktycznie poza unia walutową! Bo wprowadzenie ograniczeń przepływu kapitału przez rząd Cypru automatycznie stworzyło nową jakość na rynku walutowym: „cypryjskie euro”.

Dla jasności wyobraźmy sobie następującą, hipotetyczną sytuację w Polsce:

Załóżmy, że z jakiegoś powodu Łódź wprowadza na terenie województwa kontrolę i ograniczenia przepływu kapitału. Złotówki, które są zdeponowane w bankach w Łodzi nie mogą służyć do rozliczeń poza granicami województwa. (Jest to analogiczna sytuacja jak na Cyprze – ta decyzja zapobiega wypływowi pieniędzy z województwa łódzkiego.)

Oczywiście realizowane są płatności w obszarze województwa, ale nie ma możliwości zapłaty firmie znajdującej się np. w Warszawie. Oznacza to również, że mieszkańcy Łodzi nie mogą zrealizować przelewów, robiąc zakupy w sklepach internetowych, mających siedzibę na pozostałej części Polski.

Ale co, w sytuacji, gdy dany produkt nie jest wytwarzany, ani aktualnie dostępny w Łodzi, a jest po prostu niezbędny? Wówczas, na pokrycie kosztów zakupu Łodzianin musi pożyczyć od mieszkańca innego regionu Polski niezbędną sumę pieniędzy, potrzebne mu są „niełódzkie” złotówki. Załóżmy, że ma bliskiego przyjaciela w Poznaniu, który sfinansuje potrzebny zakup. Jednak ten przyjaciel będzie miał problem ze zwrotem pieniędzy. Bo najwyżej może dostać „łódzkie” złotówki, których może używać wyłącznie na terenie Łodzi.

I teraz Poznaniak zaczyna kalkulować: owszem przyjaciel zwróci mu pieniądze, ale fakt, że można się nimi posługiwać wyłącznie na terenie Łodzi, niesie ze sobą duże utrudnienia. Pożyczkodawca zaczyna myśleć o ryzyku, o dodatkowych kosztach, kłopotach… Ostatecznie dojdzie do właściwej konkluzji, że Łodzianin powinien mu zwrócić większą kwotę niż otrzymał. Aby zrównoważyć niedogodności związane z obrotem pieniędzmi na terenie Łodzi, Poznaniak powinien otrzymać więcej tych „łódzkich” złotych, niż wydał swoich pieniędzy. Warto zauważyć, co to znaczy? Oznacza to narodzenie kursu wymiany.

Bo jeżeli złotówki o wysokiej płynności mogą być wymieniane na złotówki o niskiej płynności zgodnie z ustalonym przelicznikiem (odpowiednik kursu walutowego), to w rzeczywistości Łódź znajduje się w regionie o odmiennej walucie. I wspólna nazwa nic tu nie ma do rzeczy.

A dokładnie tak dzieje się właśnie w strefie euro. Narodziło się Cypryjskie euro!

 

piątek, 05 kwietnia 2013

Wielka Trójka (EBC, MFW, Komisja Europejska) przeprowadza na Cyprze eksperyment bez precedensu. Jest to pierwsza próba regulacji transferu środków (pieniędzy) w ramach jednolitego obszaru walutowego. W przeszłości takie ograniczenia wprowadzały i inne kraje, np. Argentyna i Islandia, w celu zapobieżenia spadkowi wartości i ilości posiadanej waluty. Ale Cypr to przypadek zupełnie wyjątkowy, gdyż jest on członkiem obejmującej ponad pól Europy strefy euro. Łatwo można przewidzieć, że wprowadzeniu w życie tego rozporządzenia na pewno towarzyszą ogromne trudności. 26 marca Minister Finansów Cypru zapewniał, że postara się znieść te ograniczenia w ciągu „kilku tygodni”. Jednak sądzę, że realizacja tej obietnicy może być niezwykle trudna, gdyż w latach 80 i 90 ubiegłego wieku, analogiczne restrykcje w Ameryce Łacińskiej oraz Azji trwały przez okres od 6 miesięcy do 2 lat. A sama Islandia, którą do ruiny doprowadził rozdęty system bankowy w 2008 roku, nie jest w stanie całkowicie zrezygnować z takich ograniczeń nawet w 5 lat po upadku swoich banków. ( http://www.bloomberg.co.jp/news/123-MKAU6Y6S972H01.html  )

Na dzień dzisiejszy nikt nie jest w stanie podać nawet przybliżonej, realnej daty zakończenia restrykcji przepływu kapitału na Cyprze, gdyż zbyt wczesne uwolnienie cypryjskich pieniędzy wygeneruje silny strumień gotówki przelewający się z banków Cypru do banków Niemiec bądź tez innych krajów uznawanych za bezpieczne. A wtedy Cypr znowu pogrąży się w chaosie

Jednak jeżeli deponenci Cypru nie mogą bez ograniczeń podejmować własnej gotówki oraz nie mogą jej swobodnie przesyłać, to w tym momencie system wspólnej waluty euro już sam w sobie udowadnia, że euro cypryjskie różni się od waluty euro w innych krajach członkowskich strefy.

Oznacza to, że Cypr już nie jest członkiem jednolitego obszaru walutowego. Oczywiście, Niemcy za wszelką cenę chcą zapobiec formalnemu wycofaniu się tego kraju z eurozony, gdyż chyba słusznie spodziewają się, że w jego ślady poszłyby i inne kraje południa Europy. Jednakże dopóki na Cyprze istnieją ograniczenia przepływu kapitału, to ten fakt oznacza iż Cypr, niezależnie od stanu formalnego, w rzeczywistości już został odłączony od strefy wspólnej waluty.

Niestety zasady funkcjonowania jednolitego obszaru walutowego – euro, jakie wyrysowali na swoich biurkach ekonomiści neoklasyczni, nijak nie przystają do rzeczywistości. Ponieważ w realnej gospodarce co rusz, jedna po drugiej zachodzą sytuacje, jakich ci ekonomiści po prostu nie przewidywali. Nie mogę oprzeć się nasuwającej mi się w tym momencie zastanawiającej analogii – socjaliści również wyrysowali idealny plan, tylko życie jakoś go nie realizowało…

Komuniści, projektując system społeczny na podstawie słusznego skąd inąd ideału równości, zbudowali społeczeństwo o dramatycznym wręcz zróżnicowaniu. Podobnie neoliberałowie, zwolennicy teorii ekonomii neoklasycznej – pod hasłami wolnego rynku i konkurencji, deregulacji, wspólnej waluty – stworzyli system ekonomiczny w którym bogaci się bardziej bogacą, a klasa średnia szybko biednieje.

Uważam, że Państwo i gospodarka funkcjonują niemal jak żywy organizm. To nie jest sztuczny twór, mechanizm, który będzie rozwijał się dokładnie tak, jak zaprojektują go teoretycy.

Największą realnie istniejącą wspólnotą ludzi jest państwo narodowe. Dlatego jakiekolwiek systemy społeczno-gospodarcze ignorujące koncepcje gospodarki narodowej i narodu, po prostu nie powinny funkcjonować! To nie ma prawa się udać. Sam pomysł stworzenia jednolitej gospodarczo wspólnoty ponadnarodowej, który ekonomiści wymyślili w swoich głowach, jest przykładem niekompetencji i arogancji człowieka tak wielkiej jak symboliczna Wieża Babel!

Obecny problem finansowy Cypru to kolejna odsłona dramatu pod tytułem „upadek wspólnej waluty euro”. To także dobry moment, aby krytycznie przemyśleć zasady funkcjonowania obecnego systemu Unii Europejskiej, który ignoruje suwerenność słabszych krajów członkowskich.

                                       

środa, 03 kwietnia 2013

Istotą „eksperymentu cypryjskiego” jest próba wycofania pierwszego kraju ze wspólnej strefy euro. Czy Cypr jest jeszcze faktycznym członkiem unii walutowej?

Celem powstania wspólnego pieniądza – euro, było zapewnienie swobodnego ruchu kapitału pomiędzy krajami, dlatego moment, w którym na walutę cypryjską nałożono ograniczenia transferowe, faktycznie oznacza wyjście tego kraju z unii monetarnej.

Decyzje Brukseli podjęte w związku z kryzysem na Cyprze świadczą o podupadaniu wspólnej waluty euro. Gospodarka Cypru opierała się na modelu biznesowym, w którym banki krajowe przyjmowały masowe depozyty (głównie rosyjskie), by potem inwestować je w obligacje rządowe. W dużej ilości kupowano obligacje Grecji. Ponieważ te okazały się być niewypłacalne, doszło do typowej w takich wypadkach sytuacji: najpierw kryzys bankowy, co przelało się na kryzys budżetowy całego kraju. W rezultacie rząd Cypru musiał prosić Unię Europejska o nadzwyczajną, pilną pomoc finansową. A mocodawcy unijni, pomoc finansową uzależnili od pozyskania części funduszy przez rząd Cypru, ze zgromadzonych w cypryjskich bankach depozytów.

Do tej pory Cypr był popularnym europejskim „rajem podatkowym”, a co więcej uważa się, że był także miejsce, gdzie na dużą skalę występował proceder „prania brudnych pieniędzy” (money laundering). Nic dziwnego, że inne kraje europejskie, z których podatnicy uciekali właśnie na Cypr, raczej nie były w stanie mu współczuć. Dlatego też ich wsparcie było uwarunkowane redukcją dużych depozytów w cypryjskich bankach. To jakby forma podwójnej kary: z jednej strony przepadek pieniędzy dla oszustów podatkowych (uups – teraz nie mówi się oszuści, tylko przedsiębiorcy optymalizujący koszty), a z drugiej – dla bankierów – nieodwracalne zachwianie mitem raju podatkowego. Po dużych przepychankach politycznych, zgodnie z ostatnią decyzją: za 37,5% wartości depozytów powyżej 100 tys. euro zostaną obligatoryjnie zakupione akcje banku, a 22,5% zostanie zamrożone jako rezerwa finansowa. Pozwoliło to wreszcie na uzyskanie od Unii Europejskiej oczekiwanej, pilnej pomocy.

Jednak to nie wszystko. Przypadek „cypryjski” najwyraźniej jest pierwszym krokiem do upadku euro. Ponieważ Cypr do tej pory był członkiem strefy wspólnej waluty, której założeniem był swobodny przepływ kapitału. Był, a nie jest ponieważ wprowadził kontrolę i ograniczenia przepływu tego kapitału.

Na Cyprze już od ponad dwóch tygodni panuje „regulacja przepływu pieniędzy”. Najpierw w ogóle zamknięto banki, a więc zamrożono i ściśle kontrolowano ich kapitał. Po czym je otwarto wprowadzając swoistą reglamentację dostępu i transferu pieniędzy.

W praktyce oznacza to, że dla deponentów Cypru 1 euro zgromadzone na tamtejszym rachunku ma inną wartość niż 1 euro na rachunku jakiegokolwiek innego państwa członkowskiego strefy euro. Wynika to już z samej różnicy płynności. Waluta (1 euro), która ma niską płynność - na Cyprze - ma przez to mniejszą wartość niż waluta (1 euro) o wysokiej płynności, jaką oferuje na przykład bank w Niemczech.

Niezależnie od tego jak długo potrwają te ograniczenia (cztery dni, czy cztery miesiące), to depozytariusze na Cyprze nauczyli się jednego: nawet w obrębie teoretycznie tej samej waluty euro, istnieje różnica wartości pomiędzy euro zdeponowanym w banku cypryjskim, a ero przechowywanym na kontach w innych krajach.

 

piątek, 25 stycznia 2013

Co wspólnego niosą ze sobą: pakt TPP, Globalizm, Fundamentalizm Rynkowy lub waluta Euro. Są to narzędzia i idee, które służą do ujednolicenia taryf, przepisów prawa i systemu społecznego w różnych państwach. Narzędzia te ingerują w istotne obszary organizacji państwa, naruszając suwerenność danego kraju. Propaganda globalizmu naucza, że wszelkie towary, usługi, również kapitał (inwestycje), ludzie (pracownicy) powinni swobodnie, bez jakichkolwiek barier poruszać się pomiędzy krajami. Kapitał nie powinien być w żaden sposób dyskryminowany w zależności od miejsca pochodzenia, czyli na przykład należy umożliwić wykup strategicznych branż w danym kraju przez zagranicznych inwestorów. A wszystkie przedsiębiorstwa, łącznie z sektorem usług publicznych powinny być w prywatnych rękach. Obiecuje, że efektem niczym nie ograniczonej konkurencji będzie wzrost gospodarczy.

Tak mamią nas ekonomiści neoklasyczni. A razem z nimi politycy, oficjalne media… Dlatego nic dziwnego, że opinia publiczna chętnie akceptuje na taki wyidealizowany obraz globalizmu, nie myśląc krytycznie o przewidywanych skutkach, o przyszłości.Realizacja polityki globalizmu przyniesie podział świata na dwie grupy: „przegranych” i „zwycięzców”.  Zresztą już widoczne są pierwsze efekty Realnego Globalizmu w Europie. Spójrzmy na gospodarkę państw, które posługują się wspólna walutą Euro. Poniższa tabela przedstawia wartość salda obrotów bieżących wybranych krajów strefy euro w stosunku do PKB od roku 2005 do 2009 (dane na podst. Eurostat oraz obserwatorfinansowy.pl). Dlaczego saldo obrotów bieżących jest tak ważnym wskaźnikiem? Ponieważ krótko mówiąc, obrazuje on efekt walki, konkurencji o dochodu pomiędzy poszczególnymi krajami. Bilans handlowy ma charakter naczyń połączonych: jeżeli jeden kraj wygrywa, to drugi musi stracić. Wartości te właściwie mówią same za siebie. Takie są fakty:

 

2005

2006

2007

2008

2009

Strefa euro

0,1

-0,1

0,1

-1,7

-0,6

Niemcy

5,1

6,5

7,6

6,7

4,9

Holandia

7,3

9,3

8,7

4,8

5,4

Finlandia

3,6

4,6

4,3

3,1

1,3

Austria

2,0

2,8

3,6

Grecja

-7,5

-11,3

-14,4

-14,6

-11,2

Hiszpania

-7,4

-9,0

-10,0

-9,7

-5,4

Portugalia

-9,4

-9,9

-9,4

-12,0

-10,3

 

Jeszcze bardziej przemawia wykres salda obrotów bieżących krajów strefy euro rok po roku, od momentu przyjęcia wspólnej waluty:

bilans na rachunku bieżącym krajów Unii strefy euro    bilans na rachunku bieżącym strefy euro

Czy mamy do czynienia z równowagą? Praktycznie już po trzech latach od wprowadzenia waluty euro, rok po roku kraje takie jak Niemcy i Holandia nieprzerwanie uzyskują nadwyżki handlowe kosztem innych państw (Grecja, Hiszpania), które zanotowały straty w tej samej kwocie. Tak właśnie w praktyce działa euro i realny globalizm! Jeszcze raz powtarzam - takie są fakty.

Samo wprowadzenie wspólnej waluty w Europie drastycznie podzieliło kraje Unii na „przegranych” i „zwycięzców” i przypieczętowało ich przyszłość. Niemcy oraz inne kraje o wysokiej wydajności produkcji, prawie od samego początku istnienia euro zaczęły zarabiać. I stan te trwa po dzień dzisiejszy. A jednocześnie państwa, które startowały z niższej pozycji (Grecja i Hiszpania), rok po roku zwiększały swój deficyt obrotów bieżących. A jak wiemy, deficyt obrotów bieżących jest niczym innym, jak nagromadzeniem zadłużenia zagranicznego netto (dług netto).

Główną przyczyną deficytu na rachunku bieżącym Grecji i Hiszpanii jest oczywiście deficyt handlowy, wygenerowany przez import produktów z krajów „zwycięskich” jak np. Niemcy. W normalnych warunkach, rząd danego kraju, obserwując te niekorzystne tendencje handlowe, aby zapobiec lub zmniejszyć deficyt handlu, powinien już we wczesnym etapie wprowadzić mechanizmu obronne, jak podwyżki taryf lub dewaluację kursu własnej waluty. Ale czy było to możliwe? Rządy państw „przegranych” już od początku miały związane ręce! Przecież w strefie euro zabronione jest stosowanie jakichkolwiek taryf pomiędzy krajami członkowskimi. Również nie można się ratować kursem waluty, bo ta jest wspólna z innymi krajami i wobec tego jej kurs jest jednakowy i stały we wszystkich krajach. Przejrzyjmy na oczy: od samego początku kraje te były skazane na porażkę. A czas tylko potwierdził tę tezę: zadłużenie wewnętrzne wzrastało, aż przekroczyło wszelkie bezpieczne limity. To doprowadziło do obecnego kryzysu finansowego. Tak właśnie kończy się Realny Globalizm!

szczęście

Hiszpania i Grecja, pozbawione jakiejkolwiek ochrony, jakiejkolwiek tarczy w postaci możliwości wprowadzania taryf lub wpływania na kurs waluty we własnym kraju, wystawiły swoje gospodarki na jednostronnie ofensywny eksport Niemiec. A to spowodowało rozszerzenie skali zadłużenia zagranicznego w sposób niezrównoważony. A teraz kraje te są pogrążone w kryzysie finansowym. Jednak Niemcy, jak powiedziała kanclerz Merkel nie czują się niczemu winne. Tłumaczą, że przecież: w efekcie konkurencji na wolnym rynku, opierając się na tych samych zasadach, my Niemcy wygraliśmy, a te kraje po prostu przegrały. Aby temu zapobiec, kraje te powinny po prostu zwiększać swoją wydajność i wytwarzać lepsze produkty niż Niemcy. Sytuacja, w której znalazły się obecnie Grecja i Hiszpania, to ich własna wina.

To brzmi jak opowieść o „przegranych” i „zwycięzcach” między państwami. Oby los Grecji i Hiszpanii stał się przestrogą dla Polski! Co zrobić, aby Polska nie podzieliła ich losu?

piątek, 18 stycznia 2013

Zaciekli zwolennicy gospodarki globalnej przekonywali (i nadal próbują), że wspólny rynek i jedna waluta mogą wszystkim państwom należącym do Unii Europejskiej zapewnić rozwój gospodarczy i wzrost zamożności obywateli. A kiedy po latach rzeczywistość negatywnie zweryfikowała te obietnice (upadek ekonomiczny państw słabszych), to twierdzą, że przyczyną są …zbyt słabe związki gospodarcze pomiędzy tymi krajami! Chcę zwrócić uwagę na to, że sam pomysł Unii, a szczególnie wspólnej waluty, jakkolwiek szczytny i idealistyczny, z góry podzielił należące do niej kraje europejskie na „wygrane” i „przegrane”.

Politycy nadal wmawiają, że w Unii Europejskiej jednakowo dba się o dobro jej wszystkich członków. Że wspólna ekonomia unijna (gr. „oikonomia” - Oikos Nomos) przyniesie rozwój wszystkim państwom, bo „Oikos”- dom rozciąga się na wszystkie kraje unijne. Cóż za hipokryzja! Jeśli tak jest, to wobec tego w imię solidarności społecznej Niemcy nie powinni wzdragać się przed dopłacaniem np. do greckich emerytów. Przecież wewnątrz każdego kraju działa opieka społeczna, która przeznacza część naszych podatków na wspomaganie ludzi chorych, na edukowanie dzieci, itd. Jeśli kraje Unii tworzą „Oikos” – wspólny dom (jak deklarują politycy), to mają obowiązek ratować tych, którym życie się zawaliło (Grecję, Portugalię, czy Hiszpanię). Oznacza to, że zamiast pożyczać im pieniądze, powinny dać im takie fundusze, które uzdrowiłyby ich sytuację finansową. Bo tak pomaga się w rodzinie.

pomoc

Czy tak się dzieje naprawdę? Czy bogate państwa członkowskie naprawdę chętnie współpracują i pomagają Grecji bez zastrzeżeń? Czy słyszymy, jak Niemcy czy Holendrzy chętnie chcą płacić większe podatki, aby je później przekazać Grekom?Czy faktycznie ekonomia, dbanie o wspólny dom – dotyczy wszystkich krajów Unii? Czy faktycznie dla Niemca „Oikos” to także grecka wyspa Rodos?

Oczywista bzdura! Jest to nieprawdopodobne. W rzeczywistości zarówno Niemcy jak i Europejski Bank Centralny wymuszają na krajach w kryzysie dalsze wyrzeczenia. Domagają się wprowadzenia daleko idących oszczędności. Dlatego rząd Grecji musi zmniejszyć wartość emerytur, pensji, ograniczać liczbę pracowników itd. Skutkiem tych działań jest skrajne ubożenie społeczeństwa, gwałtowny wzrost bezrobocia… W efekcie tego Grecy płacą mniejsze podatki do budżetu, a budżet musi płacić większe zasiłki. Aby dotrzymać warunków uzyskania pożyczki finansowej rząd grecki znowu musi robić oszczędności i znowu obniża wynagrodzenia, zwiększa podatki… W ten sposób zwykli ludzie, 99% społeczeństwa jest coraz biedniejsze. Tak właśnie nakręca się spirala deflacji. A Grecja jest zmuszona do takiego postępowania poprzez dyktat Europejskiego Banku Centralnego oraz Niemiec!

Unia Europejska

Te wymuszone działania „oszczędnościowe” prowadzą do szybkiego zmniejszania się gospodarki krajowej. Maleje dochód narodowy, spada siła nabywcza społeczeństwa, nasila się fala upadłości firm, wzrasta bezrobocie, itd. Pętla się zaciska. I niestety rząd Grecji, Hiszpanii, czy Portugalii nie ma sposobu na rozwiązanie własnego problemu finansowego. Nie może wiele zrobić gdyż jest pozbawiony podstawowego prawa każdego suwerennego kraju – prawa prowadzenia własnej polityki pieniężnej – prawa emisji pieniądza. Nie może nawet stymulować gospodarki poprzez inwestycje publiczne, gdyż ma ograniczone możliwości zwiększania limitu wydatków publicznych (emisji obligacji). A Unia Europejska mówi „trzeba walczyć” i jednocześnie pęta im ręce i nogi.

Podsumowując: pomysł wspólnego rynku i jednej waluty euro w Unii Europejskiej, wyrósł z idei globalizmu, która zakłada, że najwłaściwszym postępowaniem jest polityka neoliberalna. To stoi w podstawowej sprzeczności z koncepcją ekonomii – zarządzania domem „Oikos Nomos”. Globalizm na pozycji uprzywilejowanej stawia rynek, wolny rynek, a nie dany kraj. W globalnym świecie nie ma miejsca na opiekę nad społeczeństwem, na dbanie o dobro własnego narodu. W globalnej ekonomii liczy się dobro indywidualne, zysk anonimowego, bezpaństwowego akcjonariusza. Prawdziwa ekonomia „Oikos Nomos” stawia w centrum swoich zabiegów obywateli konkretnego państwa. Dla prawdziwej ekonomii bohaterem jest naród!

globalizm. Unia Europejska, politycy

środa, 16 stycznia 2013

Co jest ostateczną i główną przyczyną kryzysu w Grecji i Hiszpanii?  

Otóż kraje te wyraziły zgodę na straszliwe warunki – zgodę na przyjęcie razem z innymi państwami wspólnej waluty Euro. W efekcie planując działania dla własnej gospodarki, mają związane ręce, gdyż nawet nie są w stanie skorzystać z wahań kursowych, które mogłyby ich produkcje przemysłową uczynić bardziej konkurencyjną. Są prawdziwie bezradne!

bezradność

Polska na szczęście zachowała własną walutę, dzięki czemu rząd realizując własną politykę pieniężną może pobudzać gospodarkę narodową. Płynny kurs własnej waluty może działać jako rodzaj buforu wspierającego gospodarkę narodową. Na przykład słaby kurs złotego pobudza eksport, gdyż produkty z Polski są tanie, a jednocześnie utrudnia import, gdyż dobra importowane są stosunkowo drogie. A z drugiej strony mocny kurs waluty, chociaż utrudnia eksport, to obniża koszty obsługi długu na rynku międzynarodowym oraz powoduje spadek kosztów importu np. surowców przemysłowych, co także może korzystnie wpływać na rodzimą gospodarkę. Płynny kurs krajowej waluty to kluczowe narzędzie do walki z kryzysem, umożliwiające rozwój własnego przemysłu. 

A tymczasem w strefie euro… Grecja i Hiszpania są w kryzysie, chociaż są głosy, że jeszcze najgorsze przed nimi, że ten kryzys jeszcze nie dotarł do ostrej fazy. Jakie narzędzia mają rządy tych krajów do walki z kryzysem, do poprawy warunków życia swojego społeczeństwa, do rozwoju własnej gospodarki, przemysłu? Nie mają nawet podstawowego narzędzia suwerennych państw jakim jest możliwość prowadzenia własnej polityki pieniężnej! Ten przywilej, tę władzę ma Europejski Bank Centralny. Co więcej członkowie Unii Europejskiej przyjmują traktat narzucający limit zadłużenia wewnętrznego do 60% Produktu Krajowego Brutto (narastająco). Wniosek nasuwa się tylko jeden: rządy krajów Unii Europejskiej strefy euro utraciły środki kontroli gospodarki własnych krajów. A kto kontroluje te gospodarki? Ten, kto ma w ręce kompetencje i klucz do prowadzenia polityki pieniężnej – Europejski Bank Centralny! Oto rzeczywiste centrum władzy w Unii.

Co w sytuacji rosnącego bezrobocia, upadającej gospodarki, ubożejącego społeczeństwa może zrobić Grecja? Tańczyć, jak jej zagra Parlament Europejski i Europejski Bank Centralny…

Premier Donald Tusk straszy Polaków powstaniem Unii „dwóch prędkości” i dlatego jest zdeterminowany narzucić swojemu narodowi walutę euro. Panie premierze, którą prędkość wybiera Pan dla rodaków: Grecji czy Hiszpanii? Przecież szansy na równorzędną konkurencję z Niemcami na razie chyba nie ma?

premier Donald Tusk

Przyjmując walutę euro rząd danego kraju, który przypominam jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo i dobrobyt swojego narodu, automatycznie przenosi swoje uprawnienia, swoją władzę na trzecią stronę - Europejski Bank Centralny. I od tej pory nie ma żadnych podstaw aby twierdzić, że państwa używające euro są suwerenne! Nie stanowią o sobie, gdyż pozbyły się podstawowych narzędzi kształtowania własnej gospodarki. To już nie jest „Oikos Nomos” – ekonomia - nie zarządzają własnym domem! 

 
1 , 2