Oczami Japończyka

Neoliberalizm - zagrożenia.

wtorek, 14 stycznia 2014

Od czasu wprowadzenia wspólnej waluty euro obserwuje się swoistą polaryzację „gospodarczą” państw unijnych. Na jednym biegunie jest Grecja z jej prawdziwie „grecką tragedią”, a na drugim biegunie gospodarczym leżą Niemcy. Kraj ten regularnie notuje nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących, nadwyżkę handlową i niską stopę inflacji. Sytuacja godna pozazdroszczenia,  wydawałoby się, że obywatele mogą spać (i pracować) spokojnie… a tymczasem to właśnie Niemcy najsilniej forsują przestrzeganie zasady zrównoważonego budżetu (ograniczenia wydatków publicznych) i utrzymują strategię gospodarczą prowadzącą do deflacji. Już obserwuje się pierwsze efekty takiej polityki: z pozytywów trzeba przyznać, że w tym kraju utrzymuje się niska stopa bezrobocia (5,2%). Czyli ludzie mają pracę, jednak po dokładniejszej analizie obraz Niemiec wcale nie jest taki radosny: wraz z wprowadzeniem polityki „zrównoważonego budżetu” doszło do zahamowania wzrostu płac społeczeństwa.

http://jp.wsj.com/article/SB10001424052702303941704579122950886446312.html

Ta niekorzystna tendencja ma stały charakter, gdyż oznaki spadku tempa wzrostu płac w Niemczech obserwuje się już od trzech lat. Niemiecki federalny urząd statystyczny podał, iż w okresie kwiecień-czerwiec 2013 roku, płace nominalne wzrosły o 1,5%, ale to nie wystarczyło aby zrekompensować wzrost cen konsumpcyjnych. Realne tempo wzrostu płac w Niemczech z ostatnich trzech lat wynosiło kolejno: 1,5% w 2010 r., 1,2% w 2011, 0,5% w 2012. Niska stopa bezrobocia oznacza, że Niemcy mają pracę. Jednakże z punktu widzenia ich wynagrodzeń, ci pracownicy wcale nie stają się coraz bardziej zamożni…

Oczywiście sam już sam fakt niskiego poziomu bezrobocia jest dużym sukcesem gospodarki niemieckiej. Niemniej, pozwolę sobie przypomnieć, że neoliberałowie obiecują, iż w przypadku gdy w kraju jest stan „pełnego zatrudnienia”, to wtedy płace realne pracowników powinny wzrosnąć. A dzieje się wręcz przeciwnie… Oczywiście, w tym momencie wyznawcy teorii ekonomii neoklasycznej, mogą zakrzyknąć, że 5% poziom bezrobocia, chociaż jest bardzo niski, to jednak nie oznacza pełnego zatrudnienia i dlatego nie wzrastają płace. No cóż, 0,01% bezrobocie, także nie oznacza pełnego zatrudnienia, czyli praktycznie taki stan jest realnie nieosiągalny…

Wracając do Niemiec, gdyby obecnie kraj ten obrał drogę bodźca fiskalnego i w wielkim stylu rozpoczął realizację inwestycji infrastrukturalnych, to można by wtedy z prawdziwym spokojem oczekiwać dalszej poprawy na rynku pracy, a kto wie, może nawet zbliżenia się do poziomu „pełnego zatrudnienia”. Wtedy na pewno wzrósłby poziom płac w Niemczech. Jednak zmiana ta nie ucieszyłaby wszystkich! Jednocześnie pojawiliby się ludzie, którzy mieliby kłopoty. Ta grupa to „globalni inwestorzy” (w tym również kapitał niemiecki), którzy zrealizowali swoje inwestycje właśnie w Niemczech.

Dla globalnego kapitału zainwestowanego w Niemczech, im niższy poziom płac narodu niemieckiego, tym lepiej – gdyż wtedy wyższy jest zysk firmy. Sytuacja, w której dla przedsiębiorstwa pracują nisko opłacani pracownicy jest bardzo korzystna, bo daje pole do wzrostu dywidendy akcjonariuszy. Z tego samego powodu korzystne jest także obniżanie podatku korporacyjnego (CIT). Przy silnym lobby neoliberalnym, mało prawdopodobny jest wzrost  poziomu dochodów pracowników. Warto wreszcie zdać sobie sprawę, że poziom płac pracowników, który bezpośrednio przekłada się na poziom dochodu narodowego, jest dla kapitału globalnego wyłącznie kosztem, niczym więcej!

Prawda też jest taka, iż problem niskich wynagrodzeń w Niemczech nie musi być aż tak przygniatający dla społeczeństwa, gdyż Niemcy i tak są dość bogatym narodem. Opłaca się jednak mieć świadomość, że „globalny kapitał” tak samo zachowuje się i w innych krajach. Dla inwestorów poziom dochodów społeczeństwa nie jest niczym innym niż kosztem produkcji. Im jest on niższy, tym lepiej. Dlatego korporacje prowadzą agresywny lobbing wśród polityków, starając się wprowadzić w danym kraju rozwiązania prawne pozwalające im na „optymalizację kosztów”. Warto mieć świadomość, ze jednocześnie są to regulacje które ograniczają poziom dochodów społeczeństwa.

Istotnym wyznacznikiem charakterystycznym dla ekonomii neoliberalnej jest sposób w jaki postrzega się społeczeństwo. Czy ludzie to „siła nabywcza”, czy tylko „koszt” i nic więcej. Jeśli w pracowniku widzimy wyłącznie koszty, to naturalną strategią jest dążenie do ich minimalizacji. Wtedy w skali makroekonomicznej prowadzi się politykę redukcji wydatków socjalnych, redukcji inwestycji publicznych, strategię prowadzącą do deflacji. Taki kraj wpada w spiralę degradacji cywilizacyjnej i na końcu może obudzić się w mało prestiżowym towarzystwie krajów „rozwijających się”.

Wszystkim, czego potrzeba do odwrócenia tego trendu jest zmiana sposobu postrzegania ludzi jako „siły nabywczej”. Powinniśmy zrozumieć, że nie istniejemy w próżni ale, że jesteśmy częścią społeczeństwa danego kraju, dlatego opłaca się budować gospodarkę narodową „Oikos Nomos”. Dla naszego własnego dobra warto, aby w parlamencie zasiedli politycy rozumiejący znaczenie gospodarki narodowej i tacy, którym nieobce jest myślenie „logiczne”.

Reasumując: w gospodarce globalnej poziom dochodów ludzi jest traktowane wyłącznie jako koszt. Dlatego globalni inwestorzy bezwzględnie podejmują działania zmierzające do redukcji tych kosztów. To, co dzieje się ze społeczeństwem jest zupełnie poza zasięgiem ich zainteresowania. W gospodarce narodowej poziom dochodów ludności wyznacza ich siłę nabywczą. Dlatego, z tego punktu widzenia, opłacalne są wszelkie strategie gospodarcze, które prowadzą do zwiększenia bogactwa społeczeństwa. Niby szczegół, a efekty diametralnie różne… Dlatego ponawiam swoje pytanie: jakie społeczeństwo chcemy zbudować?



czwartek, 09 stycznia 2014

Aktualnie obowiązująca teoria ekonomiczna przekonuje o korzyściach płynących ze zmniejszania roli „rządu” w funkcjonowaniu państwa. Nic dziwnego, że pogląd ten dominuje wśród polityków państwa europejskich, czego wynikiem jest m. in. Dążenie za wszelką cenę do zrównoważenia budżetu.  Także japońska gospodarka od lat odnosiła szkody wywołane koniecznością równoważenia budżetu podczas deflacji. Na szczęście, coraz więcej ludzi zauważa przepaść  pomiędzy teorią, a rzeczywistymi skutkami takiego podejścia. Szczególnie cieszy ruch, jaki narodził się wśród młodych ludzi – studentów czołowych światowych uczelni ekonomicznych (London School of Economics, Cambridge, Essex, Mnchester, itd.), którzy w obliczu postępującej dewaluacji idei neoliberalnych, coraz mocniej domagają się wiedzy o innych, do tej pory pomijanych przez akademickie programy nauczania, teoriach ekonomicznych. Całą nadzieja w młodym pokoleniu!

http://www.theguardian.com/commentisfree/2013/nov/20/orthodox-economists-failed-market-test?commentpage=1

Niestety, zanim nastąpią zmiany, rząd i ekonomiści z pierwszych stron gazet, skupiają się na realizacji zasady zrównoważonego budżetu forsowanej przez ekonomię neoklasyczną. Konsekwentnie, postępując w myśl oszczędnościowych zaleceń neoliberałów, dochodzimy do sytuacji, gdy w kraju nie możemy nawet utrzymać istniejącej infrastruktury, poziomu edukacji, ochrony zdrowia - z obawy o wzrost długu. Społeczeństwo bezkrytycznie wspierające ten pomysł prowadzi do degradacji cywilizacyjnej swojego kraju i w końcu obudzi się w gronie państw „rozwijających się”. Nie można przejechać drogą – bo jest zbyt dziurawa, nie można przejść po moście – bo grozi zawaleniem… Czy w takim kraju chcemy żyć? Czy to jest kraj „rozwinięty”? Czy warto zmniejszać poziom zadłużenia publicznego kosztem bezpieczeństwa i komfortu życia społeczeństwa? Wreszcie dochodzimy do pytania: ważniejszy jest dług państwa czy obywatel? Człowiek, czy pieniądze?

Ale ludzi zafascynowanych przez chochlika o nazwie „polityka zrównoważonego budżetu” nie obchodzi, że drogi są dziurawe, a mosty zepsute… A tymczasem, wraz z degradacją infrastruktury, spada wzrost gospodarczy kraju! W państwie, w którym są problemy z przepływem ludzi i z logistyką, błyskawicznie obniża się tempo wzrostu gospodarczego.

Ponadto, gdy wydatki rządowe ograniczane są przez zasadę zrównoważonego budżetu, to powoduje spadek (lub brak wzrostu) przychodów krajowych, których źródłem były właśnie inwestycje publiczne. Więc jednocześnie dochód narodowy zmniejsza się o teoretycznie „zaoszczędzoną” w budżecie kwotę. Czy to są prawdziwe oszczędności?

Oczywiście są sytuacje, gdzie polityka zrównoważonego budżetu jest jak najbardziej pożądana. Dwa sztandarowe przykłady to:

- kraje borykających się z wysoką stopą inflacji,

- kraje o niskiej zdolności zasilania.

Dobrze znamy sytuację Grecji, która zwiększała swój poziom zadłużenia, a za pozyskane pieniądze kupowała towary importowane. W ten sposób, w sytuacji niskiej zdolności zasilania rodzimego przemysłu, stymulowała rozwój gospodarek zagranicznych.

Reasumując: są sytuacje, gdzie umiar rządu w wydawaniu pieniędzy jest jak najbardziej pożądany: w sytuacji wysokiej inflacji oraz gdy pieniądze te zasilają gospodarki zagraniczne. Jednakże z drugiej strony, rygorystyczne i bezwzględne trzymanie się zasady zrównoważonego budżetu może zepchnąć kraj w rozwoju cywilizacyjnym i znacząco pogorszyć warunki życia społeczeństwa.

 



czwartek, 19 grudnia 2013

Co stanowi główną ideę, wokół której narodziła się i rozwinęła teoria ekonomii neoklasycznej, która dalej stała się zaczynem do rozwoju myśli neoliberalnej i globalizmu? Otóż, upraszczając sprawę jest to – „efektywność”. Rozpatrując z punktu widzenia właśnie tej „efektywności”, opisywaną w moim poprzednim wpisie alternatywę „wielki” czy „mały” rząd, dochodzimy do wyboru: „efektywność” czy „bezpieczeństwo”. W tym kontekście przez bezpieczeństwo rozumiem wzmacnianie wytrzymałości kraju, czyli działania jakimi rząd próbuje przygotować kraj do przetrwania stanu wyjątkowego.

Ekonomia neoklasyczna i neoliberalizm koncentrują się na tym co jest tu i teraz, a więc po pierwsze – efektywność.  Dlatego zgodnie z założeniami ekonomii neoklasycznej, finanse rządowe muszą być zbilansowane. I jest to wymóg bezwzględny! Czyli nawet w przypadku katastrofalnego stanu infrastruktury publicznej, nie wolno jej naprawiać, jeżeli wiązałoby się to z odstąpieniem od zasady zrównoważonego budżetu. Jeżeli brakuje pieniędzy na leczenie, to trudno, budżet musi się zgadzać, a rząd najlepiej niech się do niczego nie wtrąca. Hmmm… czy naprawdę chcemy żyć w takim kraju?

Dlaczego dla zwolenników ekonomii neoklasycznej tak ważne jest wprowadzenie „małego rządu” i zachowanie równowagi budżetowej?

Ponieważ dla tej myśli ekonomicznej najważniejszy jest zysk – stąd tak popularne stało się hasło „bogaćmy się”. Celem działań ekonomii neoklasycznej jest „maksymalizacja efektywności”. Zgodnie z tym punktem widzenia, służby publiczne nie tworzą żadnego dobra. Dlatego neoliberałowie są ślepo przekonani, że służby publiczne są zawsze nieefektywne i nieużyteczne. Stąd, nawet ich działania służące przygotowaniu kraju na wypadek sytuacji wyjątkowej, są oceniane jako nieefektywne, po prostu jako strata pieniędzy.

Dlatego też wymagają, aby wydatki budżetowe mieściły się w obszarze wpływów podatkowych rządu. Uważa się, że dopóki finanse publiczne są w równowadze, dopóty rząd nie narusza zasobów prywatnych i nie przeszkadza w działalności przedsiębiorstwom prywatnym. Jest w Europie kraj, który właśnie próbuje wprowadzić tę zasadę zrównoważonego budżetu – to Niemcy.

http://www.asahi.com/shimen/articles/TKY201308060698.html

Niemcy wymagają także od innych europejskich krajów oszczędności, redukcji poziomów deficytu budżetowego. Robią to skutecznie za pośrednictwem struktur unijnych. W samych Niemczech już także widać pierwsze efekty tej polityki oszczędności. Drogi i mosty, kiedyś najlepsze w Europie, starzeją się, a rząd nie ma pieniędzy na ich naprawę. W porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej, Niemcy maja bardzo zdrowe finanse. To dlaczego tak uparcie trzymają się oszczędności?

W czerwcu tego roku, Niemiecki Instytut Badań Gospodarczych wydał niesamowity raport. Podsumowując: wielkość inwestycji krajowych nie wystarcza nawet do utrzymania krajowej infrastruktury na dotychczasowym poziomie. Ten brak środków silnie ogranicza wzrost gospodarczy kraju i powoduje stopniowy spadek jakości infrastruktury Niemiec. Przytoczę tylko kilka przykładów.

Sieć niemieckich autostrad słynęła z nieograniczonej jazdy. A obecnie… najpopularniejszy „autobahn” A1, ma na jednym z mostów wprowadzone ograniczenie prędkości do 60 km/h. Dlaczego? Ponieważ pojawiła się szczelina w moście, która wymaga naprawy, a nie ma na to pieniędzy.

Jedna „nitka” części linii autostrady A52 została zamknięta „na czas nieograniczony”. W Berlinie drogi publiczne są w tak złym stanie, że miejscami wprowadzono ograniczenie prędkości do 10 km/h. Z powodu złej jakości nawierzchni nawet zmieniono trasę niektórych autobusów. Przykłady można mnożyć i mnożyć: http://mobil.wochenblatt.de/nachrichten/kelheim/regionales/art1176,184392 Mimo to, niemiecki rząd, pomimo wcześniejszych planów, nie realizuje szeroko zakrojonych działań zmierzających do naprawy infrastruktury, gdyż byłoby to sprzeczne z zasadą zrównoważonego budżetu.

A dlaczego dla rządu Niemiec kwestia utrzymania bilansu budżetowego stała się priorytetem ponad wszystko? Odpowiedź jest prosta – ponieważ zasadę tę wpisano do niemieckiej Konstytucji. Stało się to w 2009 r., po szoku związanym z bankructwem Lehman Brothers. Niemiecki parlament na fali ogromnych emocji i strachu, do własnej ustawy zasadniczej, wpisał zasadę hamującą poziom zadłużenia.

Od tej pory, zarówno rządy poszczególnych landów, jak i rząd federalny mają obowiązek zrównoważenia swoich dochodów i wydatków. Śruba wydatków jest coraz mocniej przykręcana, a od 2016 roku, rząd federalny Niemiec będzie mógł emitować obligacje o wartości nie większej niż 0,35% PKB.

Jakich efektów można się spodziewać? Oczywiście dalszej, pogłębiającej się ruiny infrastruktury krajowej. Jednak to dla rządu Niemiec nie ma większego znaczenia. Najlepiej spuentował to niemiecki minister infrastruktury, mówiąc iż: skoro jest to nakazane w ustawie zasadniczej, to tak ma być, a przestrzeganie prawa (do czegokolwiek by to nie prowadziło) jest cechą narodowego charakteru Niemców.

Warto zauważyć, że priorytetem działania rządu stały się inne wartości niż „gospodarka narodowa” – Oikos Nomos, czy nawet bezpieczeństwo publiczne we własnym kraju. Ta sytuacja jest po prostu… nienormalna.

Mogłoby się wydawać nam: „co mnie Niemcy obchodzą, niech u siebie robią co im się żywnie podoba”. „Wolnoć Tomku w swoim domku.” Niestety Niemcy zasadę zrównoważonego budżetu z powodzeniem narzucają innym krajom Unii Europejskiej. Do tej pory skutecznie oparła się im jedynie Wielka Brytania i Czechy. Zgodnie w ratyfikowaną przez rząd (również Polski) umową finansową (pakt fiskalny), w najbliższej przyszłości kraje muszą wpisać zasadę zrównoważonego budżetu do własnych Konstytucji.

Wracając do przykładu niemieckich autostrad – było świetnie, będzie gorzej. A w Polsce…?

 



wtorek, 17 grudnia 2013

Naczelnym postulatem szkoły neoliberalnej, jest dążenie do maksymalnego zmniejszenia zakresu władzy i kompetencji rządu. O ironio, mam wrażenie, że Parlament Europejski – wydawałoby się z haseł, że liberalny, wręcz przeciwnie – dąży do kontroli i zunifikowania życia Europejczyków pod każdym względem. Ale to tylko taka dygresja…

Istotne jest co innego: otóż ta cała dyskusja nad tym, czy lepszy jest „wielki” i „mały” rząd jest w większości przypadków jałowa i bezsensowna. Ujmując to w dosadnych słowach – rząd powinien być taki, jaki jest w danym momencie potrzebny! Czyli na przykład, kiedy państwo ma zdrową, dynamicznie rozwijającą się gospodarkę, to nic lepszego nie można zrobić, jak ograniczyć poziom interwencji rządu na rynku i pozwolić sektorowi prywatnemu rozwijać się samodzielnie.  Ponieważ, jak przekonuje szkoła neoliberalna: wydatki rządowe, w porównaniu z prywatnymi są zwykle mniej efektywne.

Ale nie zawsze życie to bajka. Zdarzają się sytuacje wyjątkowe: wojna, katastrofa naturalna, terroryzm, upadek gospodarki, masowe ubóstwo, itp. A wtedy panowie politycy powinni obudzić się z letargu i tak organizować kraj, aby wyprowadzić go z zagrożenia. Ponieważ to jest zadaniem rządu!

Wcale nie dziwię się Niemcom, że popierają ekonomię neoklasyczną – im powodzi się dobrze, a drugiej strony również rozumiem bezrobotnych Greków, czy Hiszpanów, że oczekują pomocy od państwa.

Dlatego, ta zażarta dyskusja, co lepsze: wielki czy mały rząd jest po prostu śmieszna. Kiedy można, to rząd powinien się wycofywać z życia gospodarczego, społecznego, a kiedy potrzeba, to interweniować. To wszystko, nic więcej…

Niestety populistyczna retoryka przeważa: z punktu widzenia ekonomii neoklasycznej, wszelkie wydatki rządowe to strata. Nawet, jeżeli służą one zabezpieczeniu kraju na przyszłość. Jeżeli neoliberałowie nie widzą palącej potrzeby wydatków tu i teraz, to je krytykują. Po prostu są zaprzysięgłymi zwolennikami „małego rządu” i żadne argumenty nie są w stanie ich przekonać.

Osobiście, nie jestem ani zwolennikiem „wielkiego rządu”, ani „małego rządu”. Zauważyłem, że w krajach o powszechnym dostatku, dla ludzi żyjących bezpiecznie i szczęśliwie, nie ma żadnego znaczenia, czy ich rząd jest „wielki” czy „mały”.

 



piątek, 25 października 2013

Japonia jest krajem o ogromnym potencjale zasilania. Jej potencjał produkcyjny zdecydowanie przewyższa popyt krajowy. Dlatego też aktywnie eksportuje swoje wyroby do innych krajów. Jednak popyt światowy od kilku lat maleje. Dlatego ani w kraju, ani za granicą, przedsiębiorstwa japońskie nie mogą znaleźć zbytu w takiej skali, jaka pozwoliłaby na pełne wykorzystanie potencjalnej zdolności zasilania japońskiego przemysłu. Dlatego japoński rząd koncentruje się obecnie na rynku wewnętrznym i stara się tworzyć popyt krajowy. Po prostu realizuje strategię tworzenia efektywnego popytu poprzez falę inwestycji publicznych. Co ważne i odmienne od Polski – inwestycji, które mają wpływ na PKB Japonii.

 

W dużym kontraście pozostaje polityka Niemiec wobec Unii Europejskiej. Niemcy w stopniu nieporównywalnie większym niż Japonia uzależnieni są od eksportu swoich towarów. A kiedy popyt np. greckich konsumentów na towary niemieckie spada – to kanclerz Angela Merkel wymaga od rządu Grecji oszczędności w… sektorze publicznym. Kto wobec tego ma wygenerować impuls stymulujący grecką gospodarkę? Gospodarstwa domowe zagrożone bezrobociem? Emeryci dostający coraz niższe emerytury?

A co z Polską? Polska wśród państw Europy jest krajem stosunkowo dużym i posiadającym (jeszcze) dość liczną populację. A tam, gdzie mieszka dużo ludzi, jest zwykle duży popyt. Faktem jest, że Polska stanowi w Europie bardzo atrakcyjny rynek. Jednakże, jeśli zaspokojenie popytu krajowego opiera się w dużej części na towarach importowanych, to potencjalna zdolność zasilania Polski nie ulegnie poprawie. Innymi słowy, gdy będziemy nadal dużo importować, to bogactwo narodowe nie wzrośnie. A czy wyjściem jest tak polecana przez neoliberałów specjalizacja? (Liberałowie twierdzą, że każdy kraj powinien specjalizować się w produkcji, tego co potrafi najlepiej, a resztę importować.) No cóż, czy społeczeństwo polskie ma szansę na dobrobyt specjalizując się, jak to się do tej pory dzieje, w prostych, nisko płatnych pracach? W XIX wieku kolonie zamorskie też miały swoje specjalizacje (produkcja bananów, cukru, herbaty…) – czy taka polityka zapewniła im rozwój i dobrobyt społeczeństwa?

W czyim interesie działa „wolny rynek”? Dlaczego opinia publiczna tak usilnie przekonywana jest o wyższości gospodarki liberalnej i globalnej nad gospodarka narodową? Otóż we współczesnej rzeczywistości gospodarczej popyt światowy jest niższy od podaży. Wewnętrzne zapotrzebowanie na produkty w krajach wysokorozwiniętych jest niewystarczające, wobec istniejącego w tych krajach potencjału produkcyjnego. Dlatego próbują one „ukraść” część zapotrzebowania z rynków innych krajów. Dlatego tak bardzo promowana jest koncepcja wspólnego, wolnego rynku. Warto jednak nie być naiwnym i mieć świadomość, że ten „wolny rynek” tworzony jest w interesie krajów o wysokiej produktywności. Po prostu rozwiniętym korporacjom, globalnym przedsiębiorstwom, wygodniej i łatwiej jest zwiększać sprzedaż swoich produktów, jeżeli nie istnieją bariery handlowe.

Oczywiście, całkowite zamknięcie kraju na wzór na przykład Korei Północnej jest bezwzględnie szkodliwe. Dlatego warto także mieć świadomość, iż: wolny handel, globalizacja, rezygnacja z taryf, deregulacja, liberalizacja ruchu towarów, ludzi i pieniędzy są niezbędne dla prawidłowego rozwoju kraju, pod warunkiem, że stosuje się je „w pewnym stopniu”.

Jednak wciąż wściekle promuje się te pomysły szerokiej „opinii publicznej”. A przecież wystarczy odrobina rozsądku i logicznego myślenia: jeżeli firmy zagraniczne będą wygrywać przetargi na realizację zamówień publicznych, to w końcu spowoduje to bankructwo i likwidację przemysłu krajowego. Jeżeli pójdzie tak dalej, to niedługo w Polsce zniknie na przykład cała gałąź przemysłu specjalizująca się w budowaniu dróg i autostrad. Taki sam mechanizm wykorzystują firmy o bogatym, zagranicznym zapleczu finansowym, które próbują złamać krajowe przedsiębiorstwa rolnicze i przetwórstwa żywności, rybołówcze, ochrony zdrowia, energetyczne, itd. Czyli wszystkie te gałęzie, które są podstawą przemysłu państwa. Ta aktywność globalnych korporacji uzyskała już specyficzną nazwę: „rent seeking”, co w wolnym tłumaczeniu na polski oznacza „pogoń za zyskiem”.

Liberałowie na wszystko mają jedno wytłumaczenie: „instytucje lub przedsiębiorstwa państwowe są nieefektywne, dlatego wszystko powinno być powierzone sektorowi prywatnemu”. I większość ludzi, łatwo przyjmuje tę argumentację. Tym bardziej, że niestety działalność polskich, państwowych instytucji pozostawia wiele do życzenia. Jednak konsekwencją takiej logiki jest sytuacja, gdzie fundamenty państwa zależą do kapitału zagranicznego. A to już stanowi niebezpieczeństwo dla jego istnienia. Czy Polska przez bezmyślność, krótkowzroczność i egoizm neoliberalnych „elit” politycznych znowu ma zniknąć z mapy Europy? Co bardziej się opłaca: poprawić nieskuteczną działalność rządu, usprawnić polskie przedsiębiorstwa działające w obszarach strategicznych, czy też lekką ręką sprzedać je kupcom zagranicznym i chwalić się przed wyborcami sukcesami w prywatyzacji?

poniedziałek, 30 września 2013

Poprzednio zwróciłem uwagę na fakt, iż pewne neoliberalne „reformy strukturalne”, czy też rozwiązania legislacyjne, wcale nie są zalecane w celu „zwiększenia zasilania” rynku, do czego oryginalnie powinna dążyć ekonomia neoklasyczna. Ich przyjęcie może służyć bardzo konkretnym interesom, dlatego zawsze przy ich ocenie zalecana jest dalekowzroczność. Sztandarowym przykładem jest polityka deregulacji, która pozwoliła prywatnym firmom oraz inwestorom rozszerzenie swoich działań na obszar tzw. służby publicznej. Zjawisko to określa się mianem „rent seeking” – „pogoń za zyskiem”.

Odnosząc się do powyższego zjawiska neoliberałowie tłumaczą, że: „usługi publiczne rządu są nieefektywne, słabej jakości i obarczone wysokimi kosztami. Dlatego działaniem jak najbardziej właściwym jest przeniesienie tych usług do sektora prywatnego, aby były bardziej efektywne”.

Owszem, wprowadźmy globalnych akcjonariuszy do szpitali, wówczas ich dyrektorzy będą zobowiązani do wypracowania zysku. Jak szpital może osiągnąć zysk? Jak każda inna firma: minimalizując koszty (w tym przypadku koszty leczenia) i maksymalizując dochody (leczyć tylko te choroby, które są dobrze wyceniane przez NFZ). A z drugiej strony, jakże komfortowa jest sytuacja inwestorów – państwo gwarantuje sprzedaż ich usług. Zysk jest gwarantowany! Dalej, całkowicie sprywatyzujmy straż pożarną, policję, szkoły… Inwestorzy zagraniczni tylko czekają  na taką gratkę. W obszarze usług publicznych zbyt jest pewny. Płatnik też pewny – budżet państwa. A wielkość wypracowanego zysku właściwie zależy głównie od skali wprowadzanych oszczędności. Owszem, można zaoszczędzić poprawiając organizację danej instytucji. Jednak tylko do pewnego stopnia, potem oszczędności odbijają się na poziomie świadczenia usług. A wypracowany zysk wypływa z kraju do globalnych akcjonariuszy… Czyli opieka zdrowotna coraz gorsza i kraj coraz biedniejszy.

Koronnym argumentem neoliberałów jest teoria „trickle down”. Według niej kiedy bogate i duże przedsiębiorstwa wypracowują coraz większy zysk, to inwestują go w tworzenie nowych fabryk, nowych miejsc pracy. Dzięki czemu ludzie dotychczas bezrobotni, mogą uzyskać dochód i w ten sposób każdy staje się bogatszy. Innymi słowy, w myśl teorii neoliberalnej: pieniądze mają „spływać” szerokim strumieniem od najbogatszych do biedniejszych, co generalnie powinno poprawić ogólny stan społecznego dobrobytu.

A jak dzieje się naprawdę? Wystarczy prześledzić zmiany w USA od momentu wprowadzenia polityki „Reganomics”, do czasów współczesnych…

Efekt „trickle down” po prostu nie zachodzi.

Oczywiście moja krytyka założeń neoliberalizmu, wcale nie oznacza, że jestem socjalistą. Chcę natomiast wyraźnie podkreślić, że rządy państw powinny realizować strategie gospodarcze, które wspierałyby rozwój całości krajowej gospodarki i prowadziły do zwiększania się dochodu narodowego. Nie istnieje jedna strategia, która zawsze jest właściwa. Ale niestety jest często spotykane manipulowanie społeczeństwem, kiedy pod hasłem wspierania reform i deregulacji, wystawia się je na ofiarę dla globalnego kapitału.

W Polsce „obowiązujący” i wpierany medialnie nurt ekonomiczny głosi piękne hasła, przekonujące, że: „wolny handel zawsze ma rację”, „interwencje rządowe na rynku sa zawsze złe”, „inwestycje publiczne – to strata pieniędzy”, „deregulacja jest zawsze właściwa”, itd. itd. Analogicznie, panuje powszechne przekonanie, że polityka oszczędności budżetowych (zmniejszenie wydatków rządowych + wzrost podatków) może doprowadzić do poprawy sytuacji fiskalnej kraju. I jedno i drugie przekonanie jest błędem! W gospodarce nie istnieją się dogmaty, nie ma prawd absolutnych. Tak jak w medycynie nie ma doskonałego lekarstwa na wszystkie choroby. Czy choremu z biegunką pomoże lek przeczyszczający? Analogicznie: dla gospodarki w stanie luki podażowej – właściwe są rozwiązania liberalizujące rynek, a dla gospodarki z luką popytową – polityka bardziej przypominająca rozwiązania keynesowskie. Współczesna Japonia zmaga się z groźnym zjawiskiem „szczeliny deflacyjnej”, czyli sytuacją nadmiernej podaży w stosunku do popytu (popyt < podaż). Stąd właściwym wydaje się zastosowanie strategii gospodarczej zmierzającej do stymulacji popytu. Czyli zbliżamy się do polityki keynesowskiej.

Polityka liberalna jest bardzo korzystna dla gospodarki w sytuacji luki inflacyjnej, gdy popyt < podaż, gdy brakuje towarów na rynku. Wtedy owszem, jest pora na osławione „reformy strukturalne”, a rolą rządu jest liberalizacja i deregulacja rynku.

Na jaką chorobę teraz cierpi Europa? Co dzieje się w Polsce? A tymczasem w Europie… mimo znacznego spadku popytu – nadal stymuluje się podaż! Bo przecież liberalizm jest zawsze właściwy, a keynesizm, to obrzydły socjalizm i w ogóle samo zło.

Zastanówmy się, jakie efekty, w obecnej sytuacji gospodarczej przynosi realizacja recept neoliberalnych. Jeśli teraz zrealizujemy postulaty obniżek podatkowych dla korporacji, dla najbogatszych oraz stłumimy emisję obligacji państwowych, co skutkuje obniżkami wydatków socjalnych, to do czego dojdziemy? Bogate firmy i ich akcjonariusze powiększą swój majątek, a dochód ubogich – zmaleje.

Nie wierzę, aby to było celem wszystkich zwolenników neoliberalizmu.

Czy ktoś przypadkiem nie daje się oszukiwać?

środa, 18 września 2013

Bardzo znamiennie zabrzmiał dzisiejszy komunikat wystosowany przez rząd Słowenii, w sprawie kryzysu finansowego w tym kraju. Otóż słoweński minister finansów - Uroš Eufer, pomimo znaczących problemów gospodarczych tego kraju, zdecydowanie odmawia wystąpienia o pomoc międzynarodową do Europejskiego Banku Centralnego (EBC) i Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). Śledząc sygnały, jakie wysyła słoweński rząd, odnosi się wrażenie, że za wszelką cenę broni swój kraj przed ingerencją tych dwóch instytucji. Dlaczego? Ponieważ oczywiście, „zaleciłyby” one daleko idące oszczędności, a te co widać na przykładzie choćby Grecji, prowadzą do katastroficznego wzrostu bezrobocia. Wskutek zmniejszenia wydatków rządowych, zmniejsza się PKB danego kraju, a dalej jeszcze bardziej pogarsza się sytuacja budżetowa rządu. Wtedy Wielka Trójka ogłasza, że dotychczasowe oszczędności były niewystarczające i nakazuje dalej zmniejszać wydatki budżetowe. Rząd znowu zmniejsza wysokość świadczeń społecznych (np. emerytur, rent) oraz podwyższa podatki. Mniej pieniędzy w kieszeni społeczeństwa – to mniejsza konsumpcja i mniejsze wpływy budżetowe z podatku VAT. Przedsiębiorstwa wskutek malejącego popytu i rosnących obciążeń podatkowych – bankrutują. Efekty te nakładają się na siebie, przez co gwałtownie maleją wpływy budżetu i dochodzi do dalszego pogorszenia się sytuacji finansowej kraju.

Niestety EBC, MFW i same Niemcy nadal wspierają prowadzenie takiej głupiej polityki i narzucają ją krajom, które zwróciły się do nich o międzynarodową pomoc finansową. Na szczęście coraz silniejsze są głosy rozsądku. Gorąco popieram Słowenię, w swoich rozpaczliwych próbach ominięcia tej ścieżki.

A tak przy okazji, pozwolę sobie zauważyć, że Słowenia teraz poważnie zagrożona niewypłacalnością, była swego czasu uważana za najbogatszy kraj tzw. państw „nowej Unii”. Przyjęła wspólną walutę w 2007 roku, a już w rok później zaczęły się jej problemy gospodarcze. Czy naprawdę owa „łatwość podróżowania”, jaka ma przekonać Polaków do przyjęcia euro, jest warta bankructwa całego kraju?

W najlepszym interesie społeczeństwa jest zrozumienie szkodliwości pewnych strategii ekonomicznych. I wcale nie są tu potrzebne dogłębne studia. Wystarczy po prostu spojrzeć na rzeczywistość. A jeśli chcemy nasz kraj uchronić przed teoriami ekonomicznymi dewastującymi gospodarkę, jak dawniej socjalizm, a obecnie neoliberalizm, to trzeba polityków, rozumiejących problem makroekonomii, wysłać do parlamentu. Najlepiej na kilka lat. Najlepiej jak najszybciej.

poniedziałek, 16 września 2013

Czytając posty, jakie pojawiają się pod moimi komentarzami, niekiedy odnoszę wrażenie, że ekonomia neoklasyczna jest dla niektórych ludzi prawdą absolutną. Traktują teorie neoliberalne z czcią tak wielką, niemal jak Pismo Święte i nie dopuszczają do siebie żadnych wątpliwości. Neoliberalizm to dla niektórych swoista religia. A stwierdzenia gloryfikujące: „wolny handel”, „wolny rynek” czy „wolną konkurencję” urastają do rangi prawd objawionych. Neoliberalizm gospodarczy jest według nich zawsze najlepszy, bo jest! I koniec dyskusji.

Zapominają, że człowiekowi po to dano umysł, żeby myślał.

Dlatego pozwolę sobie (o zgrozo!), krytycznie przyjrzeć się podstawowym teoriom, jakie legły  podstaw ekonomii neoklasycznej. Otóż neoliberalizm powszechnie głosi, że „wolny handel jest korzystny dla ludzi”. Potwierdzeniem tego ma być teoria „przewagi komparatywnej Ricarda” oraz „twierdzenie Heckschera-Ohlina”. Warto jednak być świadomym, iż sprawdzają się one tylko w określonych sytuacjach, gdy spełnione są pewne założenia, m. in.: założenie pełnego zatrudnienia i założenie braku przepływu czynników produkcji. Czyli czynniki produkcji, takie jak: ziemia, ludzie i pieniądze nie mogą przenosić się pomiędzy krajami. Podkreślam, jedynie pełne spełnienie tych warunków daje pozytywny efekt wprowadzenia gospodarki neoliberalnej.

Czy jest to możliwe?

1. We współczesnym świecie, nie ma ani jednego kraju, w którym byłoby pełne zatrudnienie.

2. Również niemal całkowicie zlikwidowano bariery zabezpieczające przed przepływem kapitału.

Jednak wyznawcy religii ekonomii neoliberalnej całkowicie ignorują chociażby te dwa, podstawowe fakty. Dla nich, niezależnie od wszystkiego, wolny handel i tak jest najlepszy. A ludzie, którzy dopuszczają się krytyki liberalizmu, atakowani są za niemal „pogańskie” poglądy.

Kolejną, zawsze prawdziwą, doktryną neoliberalizmu jest teoria „efektu wypychania” (crowding out). Otóż zgodnie z tą teorią, prawdziwa jest następująca sekwencja wydarzeń:

emisja obligacji rządowych → wzrost długoterminowych stóp procentowych → rośnie koszt kredytów dla przedsiębiorstw → firmy ograniczają inwestycje → wzrost gospodarczy słabnie

Jak łatwo zauważyć, stąd bierze się zaciekła niechęć neoliberałów do aktywności rządu w ogóle, a na polu obligacji w szczególności.

A tymczasem w Japonii… rząd na potęgę drukuje obligacje, a długoterminowe stopy procentowe jakoś nie rosną. Zresztą takie samo zjawisko, w ostatnich latach, ma miejsce także w Niemczech i w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego teoria „crowding out” się nie sprawdza? Otóż dlatego, że kraje te są w tendencji do deflacji, a neoliberalizm jest skonstruowany dla gospodarki z tendencją do inflacji. Deflacja i inflacja to dwa, odmienne zjawiska gospodarcze.

Niestety, zwolennicy ekonomii neoliberalnej tego zdają się nie dostrzegać. Zdaje się, że fakt, iż rzeczywistość pokazuje co innego, jest całkowicie ignorowany. W myśl starej zasady, że „jeżeli fakty nie pasują do teorii, to tym gorzej dla faktów…”.

To nie jest racjonalne widzenie świata, to już jest po prostu religia.

piątek, 13 września 2013

Kto rządzi w Korei Południowej?

Otóż, pomimo, że jest to kraj demokratyczny, z parlamentem wybieranym w powszechnych wyborach, to odpowiedź nie jest wcale oczywista. Rządzi ten, kto decyduje o pieniądzach.

W kraju tym 80% PKB tworzonych jest przez 10 konglomeratów (tzw. czeboli). Wśród nich najsilniejszy jest Samsung, którego wkład w PKB sięga aż 23%! Wydaje się, że jest to firma koreańska, a tymczasem ponad 50% udziałów jest własnością zagranicznych inwestorów. Podobnie jest zresztą z innymi firmami, „koreańskimi” tylko z nazwy. Jeżeli spojrzeć na system bankowy, to 7 głównych, banków operujących na terenie Korei Południowej, także opiera się na kapitale zagranicznym. Te globalne przedsiębiorstwa corocznie notują zyski, które płynnie dystrybuowane są w kierunku udziałowców zagranicznych.

Budżet Korei Południowej praktycznie w całości opiera się tylko na 10 firmach. Daje to im nieprawdopodobną siłę „perswazji” w rozmowach z rządem. Polski, czy nawet amerykański lobbing, to przy tym pestka! Dlatego koreański rząd zmuszony jest do współpracy z tymi gigantami i na ich życzenie, przyjmuje ustawy korzystne dla konglomeratów. Gigantyczne firmy bardzo skutecznie wywierają presję na rząd Korei, strasząc go możliwością przeniesienia swoich fabryk za granicę. A ponieważ te fabryki to 80% PKB, rząd nie ma wyboru i obniża im na przykład podatki dochodowe (CIT). Mniej pieniędzy płynie do budżetu państwa, to rząd obniża wydatki budżetowe na cele społeczne: edukacji, ochrony zdrowia itp. Korporacje zyskują, a społeczeństwo traci.

Oczywiście, dzięki tym posunięciom, firmy notują wzrost zysku netto, który… wycieka z Korei Południowej jako dywidenda dla zagranicznych akcjonariuszy. Dochód, wypracowany przez jeden naród, przenoszony jest do innego kraju.

Jest to mechanizm funkcjonujący powszechnie we współczesnym świecie. System taki powstał na gruncie ekonomii neoliberalnej i idei globalizmu.

Podałem przykład Korei Południowej, ale czy w Polsce dzieje się inaczej?

A co zdziałał neoliberalizm w Japonii? Jeden z poprzednich premierów tego kraju, Junichiro Koizumi, był zaprzysiężonym zwolennikiem neoliberalizmu i promował globalizm. Dlatego aktywnie wprowadzał w Japonii ustawy prowadzące do deregulacji, liberalizacji rynku i wzrostu „mobilności” zatrudnienia. Dodatkowo był także zwolennikiem ostrożnej polityki fiskalnej (oszczędności). Gospodarka japońska na ten pakiet „reform” zareagowała silną tendencją spadkową. Co gorsza, po latach okazało się, że w dotychczas zamożnym japońskim społeczeństwie, pojawiło się drastyczne rozwarstwienie. Znacznie rozszerzyła się luka pomiędzy bogatymi, a biednymi Japończykami.

Jednak trzeba przyznać, że premier Koizumi cieszył się dużym poparciem społecznym. Społeczeństwo japońskie dało się nabrać na piękne hasła, jak: „liberalizm”, „wolny rynek”, „deregulacja”, „oszczędności wydatków rządowych”, „zmniejszenie kosztów opieki zdrowotnej”. Ile osób w Polsce z pełnym przekonaniem poparłoby powyższe rezultaty? Myślę, że bardzo wiele…

Niestety, umiejętnie żonglując tymi hasłami, media - przecież zależne od globalnego kapitału - nadal oszukują społeczeństwo.

Japonia już się „obudziła” i rozpoczęła walkę o odzyskanie gospodarki narodowej. Obecna administracja jest zdeterminowana w realizacji strategii rozwoju gospodarczego – Abenomics. Chociaż, na pewno nie obejdzie się bez problemów i zajmie to dużo czasu.

Kto jest przeciwnikiem tej strategii? Wszyscy ci, którzy czują, że ich interesy są zagrożone. A więc beneficjenci gospodarki globalnej i neoliberalnej. Globalni inwestorzy i akcjonariusze – dla nich nie istnieje pojęcie „gospodarki narodowej”. Nie interesuje ich stan kraju, liczy się dla nich własny zysk. Niestety, z racji posiadanego kapitału i wpływu na media, są to bardzo wpływowe środowiska.

Europa, a konkretnie system Unii Europejskiej i wspólnej waluty euro, są typowymi wymysłami strategii globalizmu.

Polska ma dwa wyjścia: albo pójdzie dalej droga ekonomii neoliberalnej, albo zacznie rozwijać własną gospodarkę narodową.

W tym pierwszym przypadku Polska zawsze będzie jedynie fabryką podwykonawcy dla globalnej korporacji. I będzie współzawodniczyć w obniżaniu kosztów pracy (wynagrodzeń, ubezpieczeń, itp.) na równi z najbiedniejszymi społeczeństwami. A z drugiej strony będzie nęcić globalnych inwestorów niskimi podatkami i wykształconymi pracownikami, których w każdej chwili można się pozbyć. Bo przecież, globalne firmy inwestują tylko tam, gdzie się im to opłaca.

Ale jest też druga droga, droga rozwoju przemysłu krajowego. Czy nie byłaby korzystna sytuacja, gdy Polacy pracują w fabryce w Polsce i kupują wyprodukowane tam rzeczy? To rynek wewnętrzny powinien być podstawą gospodarki narodowej! Nie oparcie się na zagranicy, czy na eksporcie. I nie ma to nic wspólnego z socjalizmem, czy wynaturzeniami rodem np. z Białorusi.

W życiu i w gospodarce nie ma ideałów, ani „jedynie słusznych” rozwiązań. Niemniej warto rozważać i otwarcie krytykować błędy każdego systemu. Również tego aktualnie „obowiązującego”. Ludzie, mający właściwą wiedzę, będą mniej podatni na manipulację i populistyczne hasła polityków. Wymagająca opinia publiczna może wreszcie wykształci i wybierze elity polityczne, które poprowadzą Polskę w dobrym kierunku.

środa, 11 września 2013

Pisałem poprzednio o gospodarce Południowej Korei, która obecnie jest doskonałym (niestety) przykładem kolonii globalnego kapitału.

http://okiem.samuraja.salon24.pl/484793,j-kaczynski-z-3-rp-nie-wyszlo-to-bedzie-druga-korea

http://okiem.samuraja.salon24.pl/485242,j-kaczynski-z-3-rp-nie-wyszlo-to-bedzie-druga-korea-cz-2

http://okiem.samuraja.salon24.pl/486038,pan-prezes-kaczynski-buduje-druga-koree-cz-3

Niestety podobny proces trwa w wielu krajach, w tym i w Polsce. A ponieważ w początkowym okresie, wydaje się być korzystny dla kraju, to niestety „przebudzenie” może nastąpić za późno.

Dlatego poświęciłem ten post opisaniu sposobu, charakterystycznego dla działań globalnego kapitału. Mam nadzieję, że stanie się jasne, iż nie chodzi tu o żadną teorię spiskową, natomiast mamy do czynienia z konsekwencjami strategii neoliberalnej.

Idea globalizmu oparta jest na teorii ekonomii neoklasycznej. Popiera ona nadrzędny cel firmy, jakim jest wzrost zysków netto. Przedsiębiorstwo działa po to, aby wypracować zysk. A ten z kolei, wypłacany jest inwestorom w postaci dywidendy. Czyli „bogaćmy się”!

Realizując strategię wzrostu zysków, przedsiębiorstwa:

1.      Maksymalizują sprzedaż;

2.      Optymalizują koszty;

3.      Minimalizują opłaty podatkowe do budżetu państw (CIT, itd.);

 

Reasumując:

zysk netto = wartość sprzedaży - koszty - podatki

Przykładem jest gospodarka Korei Południowej, która z uwagi na pełną zależność (ponad 80% PKB) od kilku firm (koreańskich z nazwy, międzynarodowych ze struktury własności), bezwzględnie zmuszona jest do realizowania tej polityki. W drodze do „maksymalizacji zysków” nie ma miłosierdzia.

Co w tym jest złego? Z punktu widzenia pojedynczego akcjonariusza – nic. Ale co z całym krajem?

Otóż wymuszane na rządzie zmniejszenie podatków płaconych przez przedsiębiorstwa (CIT) oraz zmniejszenie kosztów pracowniczych (co niektórzy proponują też i Polsce), oznacza stratę „publiczną”.

Gdy maleje strumień pieniędzy płynących ze strony firm do budżetu, to rząd musi albo zmniejszyć wydatki na cele publiczne (np. na edukację, opiekę zdrowotną, itd.) o tę samą kwotę, albo zwiększyć ludziom podatki. I jedno i drugie rozwiązanie odbywa się kosztem całego społeczeństwa. W efekcie „zwykli ludzie” muszą płacić większe podatki, mają głodowe emerytury lub np. czekają miesiącami w kolejce do lekarza, itd. Po prostu traci cały kraj.

Dalej, nie należy zapominać, że gdy zmniejsza się „koszt ludzi” (obniżki wynagrodzeń, zwolnienia), to kurczy się siła nabywcza tego społeczeństwa. Wtedy spada popyt krajowy.

Warto zwrócić uwagę, że około 88% gospodarki południowo-koreańskiej zależne jest od handlu zagranicznego. Można z tego wysnuć pośredni wniosek, iż realizowanie strategii globalizacji nie powoduje bogacenia się społeczeństwa – pomimo pozytywnych wskaźników gospodarczych - popyt wewnętrzny w Korei nie rośnie.

Na wykresie przedstawione są dane, obrazujące jaki % PKB danego kraju stanowi handel zagraniczny.

 handel zagraniczny a % PKB

Od lewej:  Japonia, USA, Wielka Brytania, Niemcy, Chiny, Korea Południowa, Rosja, Brazylia

Czerwony:  Eksport,  Niebieski:  Import

http://members3.jcom.home.ne.jp/takaaki.mitsuhashi/data_33.html#Yushutsu

Jeszcze bardziej przemawiający jest poniższy wykres, na którym zsumowano eksport i import.

Handel zagraniczny a % PKB

Od lewej:  Japonia, USA, Wielka Brytania, Niemcy, Chiny, Korea Południowa, Rosja, Brazylia

http://members3.jcom.home.ne.jp/takaaki.mitsuhashi/data_33.html#Boeki

Wydawałoby się, że firmy działające w kraju w którym nie rośnie popyt wewnętrzny, nie są w stanie zrealizować postulatu „maksymalizacji sprzedaży”. A więc we własnym interesie powinny jednak dbać o własnych pracowników. Jednak w tym momencie pomocą służy im strategia globalizacji i reguły wolnego handlu. Współczesne firmy z łatwością poszukują zbytu na rynku światowym. A w kraju wytwarzania koncentrują się na „optymalizacji kosztów”. Tłumienie kosztów pracy oznacza nic innego jak wzrost bezrobocia i obniżkę wynagrodzeń pracowniczych. Skutkiem takich działań jest właśnie słaby popyt wewnętrzny. Ubożejące społeczeństwo ogranicza konsumpcję. Ludzie zagrożeni bezrobociem podejmują pracę za niższe wynagrodzenie. Koszty firm dalej spadają. Dzięki czemu przedsiębiorstwa mogą „maksymalizować zysk”.

Ale przecież zysk zawsze musi rosnąć, wobec tego przedsiębiorcy wywierają nacisk na rząd. A ten wdraża korzystne dla nich ustawy, „zwiększające mobilność pracowników”. W tym kierunku niestety podąża tez i polski rząd.

Nie ma nic złego w bogaceniu się inwestorów. Ale czy powinno to się odbywać kosztem i ofiarą całego społeczeństwa? Gdyby zysk wypracowany w danym kraju, dalej w nim krążył, służył do realizacji kolejnych inwestycji i tworzeniu nowych miejsc pracy, to sumarycznie byłby to proces korzystny. Niemniej, w erze globalizmu, zysk najczęściej transferowany jest za granicę. A na miejsce inwestycji wybierane są kraje, po prostu w danej chwili - najtańsze.

Ekonomia neoliberalna, swego czasu, wydawała się najwłaściwszym sposobem rozwoju współczesnej gospodarki. Teraz, mając już pewne doświadczenia, chyba nikt już nie jest tak bezkrytyczny jak dawniej. Czy nie jest teraz dobry moment, aby w Unii Europejskiej, a szczególnie w Polsce, krytyczniej spojrzeć na te idee i zacząć myśleć o gospodarce narodowej?

środa, 04 września 2013

W Polsce często słyszę narzekanie na brak innowacji w przemyśle. Zastanawia mnie kto miałby te innowacje tworzyć: operatorzy w zagranicznych montowniach? Owszem mogą, niemniej te innowacje nie zmienią obrazu polskiego przemysłu. W państwach tzw. „wysokorozwiniętych” to krajowe przedsiębiorstwa, niekiedy również placówki naukowe, są głównym źródłem wszelkich innowacji i patentów. W zakładach tych pracownicy starsi, bardziej doświadczeni przekazują swoją wiedzę i umiejętności młodszym. Tworzą zespoły, w których połączenie praktyki i świeżego spojrzenia na problem, daje spektakularne efekty.

 

Tak było kiedyś, we wszystkich gałęziach przemysłu, w Japonii. Ale już nie jest. Dlaczego? Otóż nastała w gospodarce myśl neoliberalna, która każe otworzyć rynki i każdemu krajowi rozwijać się tylko w tych dziedzinach, w których ma ustaloną przewagę konkurencyjną. I oto proszę sobie wyobrazić, że w dzisiejszej Japonii, na naszych oczach, upada branża budowlana. Japońskie przedsiębiorstwa budowlane nie zatrudniają nowych ludzi, dlatego nie zachodzi dziedziczenie umiejętności i technologii budowlanych. Jeśli proces ten będzie trwał nadal, to za kilkadziesiąt lat, kiedy obecni „budowlańcy” pójdą na emeryturę, Japonia stanie się krajem, który „nie potrafi zbudować wieżowca, nie potrafi zbudować mostu”. Innymi słowy, stoczy się do grupy państw „nierozwiniętych”.

A w Polsce? W Polsce szacuje się, że prawie 2 miliony młodych ludzi wyemigrowało za pracą. Mimo to stopa bezrobocia jest nadal bardzo wysoka. Tymczasowe sukcesy, którymi ostatnio rząd wręcz epatuje, niestety nie zmienią rzeczywistości. Problem, obecnie jeszcze mało widoczny, będzie stopniowo narastał: szczątkowa struktura polskiego przemysłu niestety nie pozwala na dziedziczenie i rozwijanie technologii. Dlatego to, co świadczy o bogactwie i poziomie rozwoju kraju – jego moce wytwórcze, potencjalna moc podaży, ulega degradacji. I właśnie w taki sposób, Polska może zmienić się w kraj zaledwie „rozwijający się”.  I niestety, tak już obecnie jest postrzegana przez „bratnie” kraje członkowskie Unii Europejskiej. Obawy polskich producentów, jakoby metka „Made in Poland” na produktach sprzedawanych poza granicami kraju, obniżała ich atrakcyjność w oczach cudzoziemców, są niestety smutnym tego przykładem.

Pamiętam jak uważano, że „wolny rynek” uzdrowi  gospodarkę. A tymczasem obudziliśmy się na równi pochyłej, staczając się w dół, w rozwoju cywilizacyjnym kraju. Czy chcemy, aby obecne pokolenie zostawiło swoim potomkom Polskę w gronie krajów „rozwijających się”?

„Państwo, które przetrwa wojnę, może zginąć w pokoju.” Zginąć przez błędną politykę gospodarczą.

Bezrobocie i coraz powszechniejsza bieda, zawsze rodzą ruchy ekstremalne. Ludzie szukają winnych i zwykle znajdują ich wśród: cudzoziemców, chrześcijan, lub choćby cyklistów. W Grecji coraz silniejsza partia „Złoty Świt” bez ogródek nawołuje m. in. do wydalenia cudzoziemców, czy odzyskania Istambułu. Skoro rząd grecki nic nie robi, pomimo iż 60% młodych Greków pozostaje bez pracy, to nic dziwnego, iż stają się oni podatni na manipulacje ze strony „Złotego Świtu” czy też Greckiej Partii Komunistycznej.

Historycznie patrząc, to zarówno faszyzm jak i komunizm, rozwijały swoje wpływy właśnie w sytuacji gwałtownego wzrostu bezrobocia, czy też deflacji. W warunkach zdrowej gospodarki, gdy ludzie nie boją się utraty środków do życia, nikt nie wspiera ani ruchów komunistycznych, ani faszystowskich.

Europa szczególnie dobrze powinna pamiętać, jak tzw. Wielki Kryzys „stworzył” Hitlera. Kryzys rozpoczął się w 1929 roku. W 1932 r. stopa bezrobocia w Niemczech osiągnęła poziom 43,3%. Rok później, w 1933r. do władzy doszli hitlerowcy…

Pisząc o tym, chce zwrócić uwagę, że przed II Wojną Światową sytuacja ekonomiczna była dokładnie taka sama. Tak jak przedwojenne elity polityczne uległy czarowi teorii ekonomii klasycznej, tak obecnie króluje szkoła ekonomii neoklasycznej. W centrum tych idei gospodarczych, stawia się własność prywatną, indywidualnego „człowieka ekonomicznego”, a nie kraj, wspólnotę, czy społeczeństwo.  Kiedy polityka realizuje strategie globalizmu, czy fundamentalizmu rynkowego, to w końcu dochodzi do wzrostu bezrobocia. Ale tam przecież nie ma miejsca dla pomocy bezrobotnym, bo w końcu „oni sami są sobie winni”.

Reformatorzy w myśl ideologii neoliberalnej tłumaczą, że: „stopa bezrobocia jest wysoka, bo występuje niezgodność pracy”, „bezrobocie jest wysokie, bo prawo pracy nie pozwala firmom łatwo zwalniać stałych pracowników”, i obiecują, że: „jeżeli pozwoli się firmom łatwo zwalniać ludzi, to zatrudnienie wzrośnie”. A wreszcie radzą, że po prostu: „należy przenieść pracowników z branży schyłkowych, do wzrostowych”.

No więc pytam się: skoro występuje „niezgodność do pracy” i wystarczy tylko przeszkolić i  przenieść wszystkich polskich (czy greckich) bezrobotnych do „branży wzrostowych”, to konkretnie: W czym ich przeszkolić? i Gdzie czeka na nich praca?

Problem polega na tym, że po prostu tej pracy nie ma. Niezależnie od branży, niezależnie od miejsca zamieszkania. Skąd zresztą w Polsce miałyby być zakłady pracy, skoro Polacy zgodzili się, aby ich popyt zaspakajał kapitał zagraniczny?

Jeszcze większym kuriozum są zalecenia, aby kształcić młodych ludzi w branżach „rozwojowych”. Stąd powstały ministerialne tzw. „kierunki zamawiane” na polskich wyższych uczelniach. A któż to wybrał, która to branża będzie w przyszłości rosnąć? Dla mnie już sama próba skonstruowania przyszłości gospodarki, jest doskonałym przeciwieństwem zdrowych zasad rynkowych. Wracamy do gospodarki odgórnie sterowanej? Czy rząd Polski, jak za czasów komunizmu, będzie odgórnie wybierał gałąź przemysłu, która ma przykazane rozwijać się? 

 Podsumowując: politycy, którzy promują powyższe idee, są w zasadzie niepoważni.

Czy my, ludzie, niczego nie nauczyliśmy się ze swojej historii?

 

czwartek, 14 marca 2013

 Pomimo gigantycznej emigracji dwóch milionów młodych ludzi, stopa bezrobocia wśród Polaków poniżej 30 roku życia sięga 30%. W Hiszpanii i Grecji pracy nie ma dla prawie 60% ludzi poniżej 25 roku życia.

bezrobocie

Te kraje unijne zgotowały prawdziwe piekło swoim potomkom. W Polsce podobnie jak w Grecji nie ma dużych przedsiębiorstw przemysłowych - fabryk, które byłby głównym pracodawcą dla młodego pokolenia z wysokim poziomem edukacji. Sfera budżetowa przecież nie może rozrastać się bez ograniczeń. Chyba…

Co więcej jeżeli grecki rząd zrealizuje kolejne wymagane przez UE cięcia budżetowe, to znowu pogrąży gospodarkę, pogorszy to warunki zatrudnienia, warunki życia ludzi.

bezrobocie

Dla ożywienia krajowej gospodarki (ekonomia - Oikos Nomos) pomocny byłby niski kurs wymiany walut, ochrona spółek krajowych przez wprowadzenie taryf bądź innych mechanizmów (patrz jak to robią Niemcy -http://okiem.samuraja.salon24.pl/487664,jak-rozwinac-krajowa-gospodarke-lekcja-niemiec ). Rozwój gospodarki stymulowałoby obniżenie podatków, sfinansowane przez bank centralny pomimo ryzyka inflacji. Potrzeba zaplanowanej na kilka lat strategii inwestycji rządowych zmierzających do rozwoju infrastruktury, które dałyby pracę krajowym spółkom. Podkreślam:  inwestycje rządowe powinny dać pracę krajowym firmom, a nie stać się źródłem transferu pieniędzy za granicę.  Czyjeś wydatki, to dla drugiej strony dochód! To proste narzędzia, jednak niedostępne dla krajów Unii Europejskiej, a  szczególności strefy euro.

Sądzę, że jeszcze zanim stopa bezrobocia w Grecji osiągnie poziom 40%, to kraj ten zmuszony będzie do opuszczenia strefy euro. Oczywiście przyjęcie wspólnej waluty miało dla Grecji nie tylko znaczenie ekonomiczne, ale też związane było z kwestiami bezpieczeństwa (konflikt z Turcją). Niemiej jeżeli 30% lub 40% społeczeństwa straci źródła utrzymania, to dla ludzi liczyć się będą wyłącznie strategie umożliwiające wzrost zatrudnienia. Poprzednio podałem przykład Niemiec, gdzie bezrobocie rzędu 28% pozwoliło dojść do władzy Hitlerowi. Deflacja, upadek gospodarki jest zawsze zagrożeniem dla demokracji. Już teraz obserwuję, jak w Europie, w siłę rosną agresywne ugrupowania występujące przeciw imigrantom (Hitler zaczął od Żydów…).

Czy ekonomiści i bankierzy ze struktur międzynarodowych mogliby teraz Grekom prosto w oczy obiecać, że realizacja wymuszonej przez nich polityki wyrzeczeń, w dłuższym okresie czasu poprawi ich sytuację ekonomiczną?  Chyba tak…, bo ci „ekonomiści” nie rozumieją strachu przed bezrobociem. Dlatego z zimną krwią są w stanie zaproponować rozwiązania oparte wyłącznie na badaniach teoretycznych (ekonomia neoklasyczna, neoliberalna) i próbują do nich dopasować rzeczywistość. A jeśli efekty tych działań są odwrotne do zakładanych (kurczenie się gospodarki i wzrost bezrobocia)?  No cóż… jeżeli fakty nie pasują do teorii, tym gorzej dla faktów.

 Unia Europejska

środa, 13 marca 2013

Ponieważ teoretycy ekonomii podają rozmaite źródła aktualnego kryzysu, to myślę, że warto jeszcze raz zastanowić się nad diagnozą sytuacji gospodarki. Najpierw warto uświadomić sobie, że popularne recepty na uzdrowienie ekonomii nie działają, przemyśleć dlaczego tak się dzieje. A dopiero potem można pokusić się o wybór właściwego „leczenia”.

Kraj w kryzysie: wpływy budżetowe spadają. Cóż wówczas słyszymy ze strony wpływowych ekonomistów? Histeryczne okrzyki typu: „Państwu grozi bankructwo! Rząd musi zrównoważyć budżet! Zrobić oszczędności! Wprowadzić surową politykę finansową.” itd. itd. Rząd postępujący zgodnie z tymi wytycznymi funduje swoim rodakom – bezrobocie. W sytuacji, gdy podstawową formą walki z kryzysem są  nieustanne cięcia budżetowe - stopa bezrobocia będzie wzrastała bez końca… Ekonomiści i rząd narodowi zbudują piekło!

bezrobocie

Niestety ten scenariusz już realizuje się w krajach unijnych.  Portugalczycy przerażeni są rosnącym bezrobociem, które u nich osiągnęło historyczny poziom 17,6%. Stopa bezrobocia w Grecji, w listopadzie ubiegłego roku wzrosła do 27% i był to poziom także najwyższy w historii. Szczególnie trudna jest sytuacja młodych ludzi. W lutym tego roku, Narodowy Urząd Statystyczny w Grecji, odnotował kolejne pogorszenie o 0,4% w porównaniu z poprzednim miesiącem, a o 6,2% w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku. Zachodzi prosta korelacja: im większe oszczędności wprowadza rząd, tym więcej osób traci źródło utrzymania. Najbardziej poważna jest sytuacja młodych ludzi, spośród osób w wieku 15-24 lat bezrobocie dotyka 61,7%, ludzie w wieku 25-34 lata bezrobotnych było 36,2%. Hiszpania: w styczniu poziom bezrobocia wyniósł 26,2%, a w lutym jeszcze wzrósł o 1,19%. Bezrobocie w granicach 20% to nie jest normalna sytuacja. To jest piekło!

„Miejcie się na baczności przed fałszywymi prorokami.” Mt 7, 15

Realia, to co się dzieje w Grecji, Hiszpanii, Portugalii, to efekt dotychczasowych działań zwolenników Unii, ekonomii neoklasycznej, „wolnego rynku”. To efekt działań „naprawczych” realizowanych pod dyktando „Wielkiej Trójki” z Europejskim Bankiem Centralnym na czele. To dowód, na to, że ich „recepty” na ozdrowienie gospodarki krajów w kryzysie, tylko pogarszają sytuację zwykłych ludzi.            ekonomia Polski

Utrzymanie dotychczasowego kierunku działania rządów Unii Europejskiej, może skończyć się poważnymi niepokojami społecznymi. Nie ma tygodnia, abym nie słyszał o protestach w Grecji, Hiszpanii, Bułgarii, itd. Europa już nie jest bezpieczna i spokojna…

Nawiasem mówiąc, w Niemczech stopa bezrobocia osiągnęła 28% w 1932 roku, w czasie Wielkiej Depresji (superdeflation). Reżim Hitlera urodził się w roku następnym…

Czekam, kto pierwszy przyzna, że Unia w obecnym kształcie to porażka, to tragedia ekonomiczna dla zwykłych ludzi. Kto pierwszy ewakuuje swój kraj z Euroladu?

Recepty neoliberałów na walkę z bezrobociem, takie jak osławiony „wzrost płynności zatrudnienia” jedynie powodują dalszy wzrost stopy bezrobocia i utratę perspektyw dla młodego pokolenia. Ale zastanawiam się: gdzie mają oczy ci ekonomiści, którzy nadal przekonują o potrzebie prowadzenia polityki oszczędności? Może tłumaczą, że: „stopa bezrobocia spadnie w dłuższej perspektywie”? … Najtrafniej naszą rzeczywistość ujął Keynes: „w dłuższej perspektywie wszyscy umrzemy”.

piątek, 08 marca 2013

Aby trafnie odpowiedzieć na to pytanie, warto najpierw uświadomić sobie, skąd biorą się aktualne problemy gospodarcze państw „uprzemysłowionych”.

„Gospodarka w recesji” oznacza sytuację, gdy dochód narodu nie powiększa się. A ma to miejsce w sytuacji rosnącego bezrobocia. A dlaczego wzrasta bezrobocie? Bo firmy nie mogą sprzedać swojej produkcji, z tego powodu ją ograniczają i zwalniają pracowników. Zwolnieni pracownicy nie mają siły zakupu… dlatego nie mogą kupować… W efekcie zmniejsza się poziom całkowitych wydatków krajowych: konsumpcyjnych i inwestycyjnych. Razem z nim spada wartość Produktu Krajowego Brutto oraz Dochodu Narodowego Brutto. A ponieważ spada dochód narodowy, to zmniejsza się także poziom wydatków publicznych. Opisany ciąg przyczynowo skutkowy wyraźnie ukazuje, że źródło recesji leży po stronie dochodu krajowego, a nie po stronie produkcji! Niestety większość komentatorów myli przyczyny ze skutkami. Podkreślam: istotą problemów ekonomicznych, pierwotną przyczyną obecnej recesji jest zmniejszenie dochodu narodu i spadek siły zakupu społeczeństwa. Spadek produkcji jest efektem wtórnym.

Niemniej neoliberałowie nadal przekonują, że problem leży po stronie podaży (produkcji). Dlatego jako lekarstwo widzą wzrost wydajności produkcji. A jak tego dokonać? Oczywiście poprzez wprowadzenie totalnej deregulacji. Bo w warunkach wolnego handlu, wzrośnie konkurencja, wzrośnie podaż i… problem zostanie rozwiązany. ??? Niestety, neoliberałowie zupełnie pomylili przyczyny ze skutkiem. Takie działania przynoszą całkiem przeciwne rezultaty: w perspektywie długoterminowej, tylko pogłębiają trudności ekonomiczne krajów słabszych gospodarczo. A wystarczy tylko rozejrzeć się po Europie: do czego doprowadziła unia gospodarcza i walutowa w takich krajach jak: Grecja, Hiszpania, Portugalia, Irlandia? Kto następny?

Doprawdy nie rozumiem, dlaczego nadal tak wiele znanych osób: „naukowców”, „ekonomistów” i „polityków” promuje strategię prowadzącą do pogłębienia kryzysu!

A już dosłownie do furii doprowadzają mnie komentarze niektórych „ekonomistów” odnoszące się do problemu zatrudnienia. Otóż z pełnym samozadowoleniem przekonują oni, że bezrobocie rośnie tylko z dwóch powodów:

- albo „niezgodności” bezrobotnych z rynkiem pracy. Czyli fakt, że człowiek nie może znaleźć pracy tłumaczą niedostosowaniem jego umiejętności do potrzeb pracodawcy;

- albo przyczyn niezwiększania zatrudnienia przez zakłady, upatrują w zbyt rozbudowanym poziomie ochrony pracownika przed zwolnieniem. Co podobno zniechęca firmy przed tworzeniem nowych miejsc pracy.

Oczywiście zaraz proponują niezawodne drogi rozwiązania problemu: czyli zapewnić szkolenie oraz zwiększyć „płynność” zatrudnienia. A czym to się kończy? Ilu wyszkolonych, przysłowiowych „operatorów wózków widłowych znalazło pracę”? O przydatności w znalezieniu pracy, kursów poświęconych znaczeniu odpowiedniej czcionki w cv już nawet nie wspomnę. A drugi pomysł? Zwiększenie „płynności” zatrudnienia, doprowadziło do zaprzepaszczenia szans na zaplanowanie sobie „normalnego życia”, na założenie rodziny, setkom tysięcy młodych ludzi. Bo jakże choćby kredyt na mieszkanie nie może dostać osoba uzyskująca nieregularny dochód z umów tymczasowych?

Niestety, obserwując polską scenę polityczną, widzę czołowych polityków tak „zatrutych” ideami neoliberalizmu, że zdają się nie dostrzegać świata wokół. Z uporem godnym lepszej sprawy, serwują społeczeństwu rozwiązania, które tylko pogarszają sytuację.  I to jest prawdziwą tragedią dla obywateli.

środa, 20 lutego 2013

Z zaskoczeniem przeanalizowałem wczorajszą debatę w polskim parlamencie dotyczącą wprowadzenia paktu fiskalnego… Pytam się o czym była ta debata? Gdzie merytoryka? Gdzie dyskusja o tym w jaki sposób pakt fiskalny może ożywić gospodarkę Polski? Bądź jak jej zaszkodzi? Jakie korzyści będzie miał przeciętny Kowalski z ratyfikacji bądź odrzucenia tej umowy? Jak założenia paktu fiskalnego wpisują się w rządową strategię rozwoju gospodarki narodowej (Oikos Nomos) w Polsce. Podkreślam – w Polsce, a nie w innych krajach. A co usłyszałem? - Same „komunały”, demagogia, a zero rzetelnych analiz, zero konkretów. Niestety z każdej strony sceny politycznej. To dyskusja nad przyszłością Polaków czy teatr? Komentarze internautów są w większości bardziej wartościowe. Jednak moim celem nie jest piętnowanie miałkości i populizmu polityków. Pakt przyjęty i koniec. Ale najdziwniejsze jest to, że nawet oficjalne media „pocieszają”, że przecież przyjęcie paktu tak naprawdę Polsce w niczym nie zaszkodzi, bo kraj jeszcze nie jest w strefie euro… Czyli jakby „przyznajemy, że pakt może jest niekorzystny dla Polski, ale i tak nie będzie nas obowiązywał”.

Unia Europejska

Nie chcę nikogo krytykować. Chcę natomiast przedstawić pogląd, dlaczego moim zdaniem daleko idąca integracja wewnątrz Unii Europejskiej jest skazana na porażkę. Dlaczego to się nie uda?

Sama Unia Europejska jak i wspólna waluta, to sztandarowe przykłady realizacji w praktyce idei globalizmu. A na czym opiera się ta koncepcja? Otóż kluczowe dla globalistów jest zjawisko konkurencji. Globalizm promuje wolną konkurencję zarówno pomiędzy krajami, jak i na rynku wewnętrznym pomiędzy przedsiębiorcami, jak i pomiędzy ludźmi. W efekcie tego wyścigu szczurów zawsze będą wygrani i przegrani. Nawet w ramach jednego narodu, jednego społeczeństwa, jednej rodziny… Czy przekształcając kraj na podstawie takich założeń można wszystkim obywatelom zagwarantować życie w pokoju i dostatku? Chociaż większości? Nie, z takich reguł korzyść odnosi 1% kosztem pozostałych 99%. Tak wygląda Realny Globalizm.

globalizm

Globalizm oparty na ekonomii neoklasycznej przekonuje także, że patriotyzm, świadomość przynależności narodowej - to przeżytek. Co więcej, demonstrowane przejawy miłości do ojczyzny, określa mianem „nacjonalizmu” i porównuje z faszyzmem. A prawda jest taka, że Japończyk jest Japończykiem, Polak Polakiem, a Niemiec Niemcem, a nie abstrakcyjnym „obywatelem świata”. We współczesnym świecie toczy się walka: globalizm kontra naród, akcjonariusze kontra społeczeństwo, 1% kontra 99%, Realny Globalizm kontra gospodarka narodowa (Oikos Nomos). To bardzo istotna walka również dla Polski. Od tego, jaką strategię w tej walce przyjmą polscy politycy, od tego po czyjej stronie się opowiedzą, zależy los przyszłych pokoleń Polaków. Może już wybrali? Nie ukrywam, że dziwię się słysząc, jak dzieci i wnuki czołowych polskich polityków uczą się w szkołach anglojęzycznych, bądź w ogóle za granicą…

Globalizm, adoptując założenia teorii myśli neoliberalnej, opiera się głównie na dwóch prawach: „teorii przewagi komparatywnej Ricarda”oraz „prawie Saya”. W myśl prawa Saya „podaż tworzy popyt”. Czyli upraszając, przyjmuje się optymistycznie, że firma zawsze znajdzie kupców na swoje produkty. Innymi słowy, wystarczy rzecz wyprodukować, a zawsze pojawią się kupujący. Firmie Apple się udało, ale co, gdy gospodarka światowa znajduje się w kryzysie? Co gdy pojawia się trend deflacji? Gdy klienci ograniczają zakupy do niezbędnego minimum?

Natomiast teoria przewagi komparatywnej Ricarda przekonuje, że każdy kraj powinien specjalizować się w dziedzinach, w których jest najbardziej wydajny, a braki na rynku skompensować przez handel z innego kraju. Obiecuje, że ta strategia ma zapewnić ogólny wzrost gospodarczy. Piękne? – Owszem piękne. Ale sięgnijmy do założeń leżących u podstaw tej teorii. Otóż, aby przyniosła ona ogólny dobrobyt i wzrost gospodarczy na świecie, muszą być spełnione pewne warunki, między innymi musi być pełne zatrudnienie we wszystkich krajach dokonujących wymiany handlowej! Realne? - Nierealne!

Strategia gospodarcza zbudowana na tych dwóch nierealnych ideach, to właśnie „globalizm”. Nie przeczę, że chce dobrze, ale założenia socjalizmu też były piękne, tylko nierealne. Politycy w Polsce już budowali socjalizm, tym razem chcą stworzyć Realny Globalizm? Zresztą nie tylko w Polsce, przecież strefa euro bazuje właśnie na tych założeniach.

Uważam, że dobrobyt każdego kraju powinno się zasadniczo budować na rozwoju własnej gospodarki narodowej, na prawdziwej ekonomii - Oikos Nomos. Oikos – dom, Nomos – prawo, porządek, zarządzanie. I działania te leżą właśnie w gestii rządu! Jego zadaniem jest zarządzanie krajem (nie żadnym tworem ponadnarodowym) w celu realizacji postulatów bezpieczeństwa i dobrobytu własnych obywateli. Od tego jest rząd!

Oczywiście, aby rząd był w stanie wypełniać te zadania, mógł skutecznie sprawować działania zapewniające bezpieczeństwo i dobrobyt własnym obywatelom, musi mieć do tego odpowiednie narzędzia i uprawienia, a nie oddawać je trzeciej stronie. Są one określone prawem, które z kolei tworzone jest w debacie parlamentarnej. I my, naród mamy prawo wybierać tych polityków. Wybory, to czas podejmowania przez obywateli każdego kraju bardzo ważnych decyzji, bo od nich zależy przyszłość nas i naszych dzieci. A niestety niektórzy politycy nie wybiegają myślą dalej niż najbliższa kadencja. To bardzo niebezpieczna perspektywa -„po nas choćby potop”? Jak mam interpretować fakt kształcenia dzieci polskich polityków w szkołach angielskojęzycznych? W Japonii byłoby to nie do pomyślenia. Dzieci japońskich polityków przede wszystkim poznają język ojczysty. Bo to w ojczyźnie planują żyć i pracować. Polska

 

wtorek, 19 lutego 2013

 Abenomix cz. 1.

W grudniu 2012 r. w parlamencie japońskim zebrała się nowo wybrana Izba Reprezentantów. W wyniku głosowania do władzy doszedł rząd (LDP- Partia Liberalno - Demokratyczna), którego głównym celem i zadaniem jest walka z deflacją, z jaką Japonia boryka się od prawie 20 lat.

20 lat to szmat czasu, wydaje się że do tej pory można było już wiele zrobić. Ale tak naprawdę, to dopiero ten rząd rozpoczął rozwiązywanie problemu deflacji wykorzystując narzędzia do łagodzenia polityki pieniężnej (podaż pieniądza na rynku) oraz polityki fiskalnej (inwestycje publiczne), jako główną broń.  Od nazwiska nowego premiera Shinzo Abe, ta dość agresywna strategia gospodarcza do walki z deflacją została nazwana - „Abenomix”.

A tymczasem w Niemczech… odzywają się głosy krytykujące tę próbę naprawy sytuacji ekonomicznej mojego kraju. Kanclerz Angela Merkel 24 stycznia powiedziała wprost: „Manipulacja walutą jest kwestią delikatną. Ekonomiczna polityka Japonii zaczyna niepokoić”. A dalej wprost narzekała na obserwowaną od niedawna deprecjację jena. W swoim przemówieniu na konferencji w Davos (World Economic Forum Annual Meeting) podkreśliła, że „polityka nie powinna wywierać żadnej presji na bank centralny”, tym samym krytykując postawę administracji premiera Shinzo Abe wobec Banku Centralnego Japonii.

Czytając o tych dowodach niezwykłej troski Pani Kanclerz Niemiec o kondycję gospodarki Japonii miałem ochotę krzyknąć: „Daj nam święty spokój!” Rząd Japonii po prostu stara się rozwiązać narastający od dwóch dekad problem deflacji, wykorzystując wreszcie narzędzia zmierzające do złagodzenia polityki pieniężnej oraz do zwiększenia wydatków publicznych. Więc nie robi nic, kompletnie nic co mogłoby być uważane za bezpośrednią interwencję walutową. Owszem, naturalną koleją rzeczy, zwalczenie deflacji spowoduje pojawienie się inflacji oraz wzrost realnych stóp procentowych. W wyniku tych zdarzeń jen będzie słabszy, to prawda. Jednakże pytam się: „No i co z tego”?

Jeżeli aprecjacja euro wobec jena przysporzy kłopotów, a myślę, że może być to problem dla gospodarek tak silnie uzależnionych od eksportu swoich produktów jak Niemcy, to uzdrowieniem mógłby być masowy zakup euro-obligacji rządowych przez Europejski Bank Centralny.

Niemcy, a za nimi EBC zatrute oparami ekonomii neoklasycznej (neoliberalizm) nie dopuszczają nawet cienia możliwości takiego rozwiązania. Uważają, że nigdy - nawet w obliczu upadku europejskiej bańki gospodarczej, nawet w sytuacji realnego zagrożenia bytu ekonomicznego całych społeczeństw, nie można powszechnie wprowadzić mechanizmów łagodzenia polityki pieniężnej poprzez zakup obligacji rządowych.  Albo raczej powinienem uściślić, że dopóki istnieje wspólna waluta euro, dopóty będzie istniał nierozstrzygalny problem: „Czyje obligacje? Którego rządu? A ile musi zakupić?” A więc jest to nierealne. Wspólna waluta uniemożliwia takie działania. Przesłanką ustanowienia strefy euro było bowiem założenie, że „bank centralny nie kupuje obligacji rządowych w wyniku nacisków politycznych”.

Polityka pieniężna Europejskiego Banku Centralnego jest bardzo sztywna, schematyczna i zupełnie nie bierze pod uwagę zmieniającej się sytuacji na świecie.  Wszystkim krajom strefy euro ordynuje jedno i to samo lekarstwo. W polityce fiskalnej króluje zasada, że „każdy kraj musi zmieścić swój deficyt budżetowy do wysokości 3% PKB rocznie, tak aby nie było potrzeby dużego zakupu obligacji rządowych”.

Według najnowszych danych stopa bezrobocia w Grecji i Hiszpanii przekroczyła już poziom 26%! Rząd kraju, w którym sytuacja na rynku zatrudnienia tak drastycznie pogarsza się, powinien wprowadzić działania zmierzające do redukcji bezrobocia. A tego nie da się zrobić bez zwiększenia deficytu budżetowego! A tymczasem w strefie euro… zgodnie z zasadami wspólnej waluty, rozszerzenie deficytu budżetowego spowodowałoby konflikt z polityka monetarną. Dlatego Europejski Bank Centralny odpowiada z Frankfurtu - „Nein”!

bank

Chociaż w rzeczywistości żaden kraj strefy euro, nie utrzymał 3% limitu rocznego deficytu w stosunku do PKB. Również Niemcy przekraczały ten poziom, gdy wymagały tego działania zmierzające do rozwoju ich gospodarki. A więc w rzeczywistości nie obowiązują podstawowe prawa przyjęte podczas tworzenia wspólnej waluty euro. A jednak nadal zasady funkcjonowania wspólnej waluty duszą ekonomię krajów, które przehandlowały swój przemysł, swoja gospodarkę narodową (Oikos Nomos) za tanie kredyty unijne…

„Abenomix” ma na celu rozwój narzędzi, które mają rozwijać popyt krajowy. Podkreślam rozwijać popyt krajowy, a nie na przykład prowadzić agresywną politykę proeksportową. W swoich założeniach nie ma żadnego zamiaru prowadzenia deprecjacyjnej „wojny walutowej”. Owszem, polityka zachęcająca rozwój popytu wewnętrznego, może prowadzić również do deprecjacji jena. A skoro tak jest, to kto broni Niemcom również zastosować strategię pieniężną i fiskalną nakierowaną na rozwój popytu krajowego?.

Niemcy powszechnie uważa się za „lidera europejskiej gospodarki”, wręcz za główny filar Unii Europejskiej. Czy aby na pewno to Unia opiera się na gospodarce niemieckiej? A może w rzeczywistości jest całkiem odwrotnie? A może to Niemcy są zależne od Europy… To gospodarka niemiecka potrzebuje Unii jako atrakcyjnego rynku zbytu dla swoich produktów! Takie są fakty!

Myśl tę rozwinę w następnym wpisie.

piątek, 15 lutego 2013

Obawiam się, że Polsce bliżej jest do Korei Południowej niż ktokolwiek by na pierwszy rzut oka przypuszczał. Tylko czy na pewno wszyscy mają świadomość jak wygląda rzeczywistość gospodarcza w tym kraju?

10 czołowych firm koreańskich m. in. Samsung, LG, Hundai i POSCO (metalurgia), tworzy około 77%  całkowitego produktu krajowego brutto w Korei Południowej. Przedsiębiorstwa te funkcjonujące na rynku oligopolistycznym, mają wielki wpływ na rząd. Oczywiste jest więc, że ten wpływ wykorzystują dla własnej korzyści. Intensywnie lobbują na rzecz korzystnych im zmian ustawodawczych. Niestety, generowane dzięki temu prawu, zyski dystrybuowane są do wąskiej grupy członków zarządu oraz do zagranicznych akcjonariuszy. Co gorsza, zwykli Koreańczycy będący pracownikami tych firm, w każdej chwili mogą stracić pracę, w imię optymalizacji kosztów, bo oligopole zdołały wywalczyć sobie prawo do „płynności zatrudnienia”. W rezultacie wzrasta liczba pracowników tymczasowych. Maleją zarobki, gdyż w warunkach bezrobocia firmy mogą sobie pozwolić na zmniejszanie płac. A kiedy nadchodzi zastój w sprzedaży, to firmy z łatwością pozbywają się ludzi zatrudnionych na umowach tymczasowych. Tak się żyje w Korei Południowej, tak się żyje w Realnym Globalizmie! Takie same problemy są w Polsce… Prawdą jest, że aby doprowadzić kraj do takiego stanu potrzeba ścisłej współpracy z trzech stron: akcjonariuszy (globalni inwestorzy), zarządu firmy oraz polityków.

Tylko jedna firma - Samsung generuje 23% PKB Korei Południowej. Wobec tego nic dziwnego, że gdy tylko rząd próbuje wprowadzić zasady lub przepisy prawa niekorzystne z punktu widzenia wyłącznie tej firmy, to Samsung ma mocne argumenty, aby rząd „przekonać” do zmiany decyzji. Wystarczy, że zaszantażuje groźbą przeniesienia fabryk za granicę… Wobec tego, komu przede wszystkim służy polityka rządu Korei Południowej? To nie jest polityka obliczona na korzyść dla społeczeństwa, to polityka służąca zyskowi firmy, a wreszcie działająca na korzyść globalnego kapitału. Tym kończy się dopuszczenie do kolonizacji własnego kraju przez globalny kapitał.

Ale w Korei Południowej globalny kapitał to nie tylko przedsiębiorstwa produkcyjne. 7 największych banków Korei opiera się na kapitale zagranicznym. Zatem to globalny kapitał kontroluje przemysł, politykę i finanse w tym kraju. Korea Południowa podpisała umowę FTA (Umowa o Wolnym Handlu) ze Stanami Zjednoczonymi. Umowa ta wymusza eliminację wszelkich taryfowych i pozataryfowych barier handlowych. W efekcie tej umowy Korea Południowa bez żadnych przeszkód jest już wykorzystywana przez globalny kapitał. Podobna umowa funkcjonuje w obrębie państw Unii Europejskiej… Kraje południa Europy zostały już wydrenowane, pora na Polskę?

Chcę zaznaczyć, że w kontekście Korei określenie „globalny kapitał” nie oznacza tylko Stanów Zjednoczonych. Oznacza kapitał wielonarodowy zarządzany głównie przez amerykańskie instytucje. Więc nie służy on ani narodowi amerykańskiemu, ani narodowi koreańskiemu, ani żadnemu innemu… Wszystko jest dla dobra „akcjonariuszy”.

Tak wygląda rzeczywistość gospodarcza Korei Południowej. Dlatego ani firmy japońskie, ani polskie nie powinny naśladować „koreańskiego modelu gospodarczego”. Bo takie globalne firmy jak np. Samsung działają dla dobra i zysku akcjonariuszy, a nie zwracają uwagi na gospodarkę narodową. Dla nich zysk jednostek jest ważniejszy od dobra społeczeństwa. Gdyby firmy takie jak Sony, Panasonic i Sharp stały się takie jak LG i Samsung, to biedny byłby mój naród! Nie byłby to korzystne dla Japończyków, bo przestałaby wtedy istnieć gospodarka narodowa (Oikos Nomos).

Niestety główne media w Japonii jednym głosem, bezmyślnie krytykują japońskie firmy i ich opory przed globalizacją. I w ten sposób zmanipulowały świadomością większości Japończyków. Przyczyn trudności finansowych przedsiębiorstw upatrują w działaniach Banku Japonii i rządu japońskiego, które ich zdaniem nie podjęły żadnych kroków przeciwko deflacji oraz aprecjacji jena. Neoliberałowie w Japonii próbują promować globalizację, udając że nie widzą na przykładzie Korei Południowej, czym to się kończy.

Chociaż Samsung i LG są firmami koreańskimi, to niestety nie wzbogacają one Koreańczyków.Wręcz przeciwnie, społeczeństwo koreańskie jest coraz bardziej biedne. A firmy te rozwijają się globalnie kosztem zwykłych ludzi. Nie rozumiem tylko jednego: dlaczego media z jakiegoś powodu nie podają tego faktu.

W Polsce podobnie, w popularnych mediach zwykle słyszę głosy popierające idee globalizmu.Polska będąc członkiem Unii Europejskiej jest zmuszona do pewnych działań na rzecz globalizacji. A odnosząc się do przykładu Korei Południowej, mam nadzieję, że globalizacja w Polsce nie pójdzie w złym kierunku. Nie powinniśmy zapominać, że ekonomia u swych źródeł oznacza gospodarkę narodową „Oikos Nomos”.

Wierzę, że osoby propagujące gospodarkę globalną robią to w dobrej wierze. Dlatego głośno apeluję, aby nie ograniczały swych rozważań do teorii. Warto zobaczyć na przykładzie Korei Południowej do czego prowadzi Realny Globalizm. Nie chcę tego stanu dla Japonii. Myślę, że nie jest to dobre również dla Polski.

Chcę podkreślić: Politycy przestańcie budować druga Japonię, Irlandię czy Koreę. Zacznijcie wreszcie budować Polskę! I to nie druga, trzecią czy czwartą. Polska jest tylko jedna.

 

Źródła:

http://u1sokuhou.ldblog.jp/archives/50328526.html

http://www.hani.co.kr/arti/society/labor/454065.html

http://japanese.joins.com/article/884/164884.html?servcode=300&sectcode=300

http://blog.goo.ne.jp/yoshidakorea/e/a0bd3d2d52cabcef3d4209b42ae75922

http://www.wowkorea.jp/news/korea/2010/0216/10067646.html

http://members3.jcom.home.ne.jp/takaaki.mitsuhashi/data_33.html#Yushutsu

http://members3.jcom.home.ne.jp/takaaki.mitsuhashi/data_33.html#Boeki

środa, 13 lutego 2013

Jak żyje się w Korei Południowej? Przytoczę tylko kilka faktów. Załączam linki do części materiałów źródłowych.

W Korei Południowej nastąpił gwałtowny wzrost bezrobocia wśród młodych ludzi po studiach. Chociaż oficjalna stopa bezrobocia wynosi zaledwie 3,4%, to nie uwzględnia ona ludzi, którzy zrezygnowali z poszukiwania pracy. W rzeczywistości mówi się o bezrobociu absolwentów rzędu 20%!  http://ajw.asahi.com/article/globe/feature/asia/AJ201301270022

bezrobocie młodzi bezrobotni

Chociaż nominalny poziom wynagrodzeń Koreańczyków wzrasta, to jest on niższy od stopy inflacji, wobec tego realne dochody ludzi spadają.http://www.hani.co.kr/arti/society/labor/454065.html

Eksport stanowi aż 50% PKB Korei Południowej. To niebezpiecznie dużo i świadczy o niewielkim rynku wewnętrznym. Łącznie odsetek eksportu i importu osiąga około 83% PKB! W razie załamania się handlu międzynarodowego Korea Południowa będzie rozłożona na czynniki pierwsze…http://members3.jcom.home.ne.jp/takaaki.mitsuhashi/data_33.html#Yushutsu

Rząd koreański wspiera eksport wyrobów Samsunga i LG poprzez deprecjację swojej waluty. Ale te działania mają też drugi skutek: wzrosła także wartość produktów importowanych, wzrosły ceny, przez co społeczeństwu żyje się trudniej.

pensja, wynagrodzenia

Rząd przyznając takim firmom jak Samsung przywileje podatkowe zbilansował budżet poprzez zredukowanie kosztów ubezpieczeń społecznych, opieki zdrowotnej oraz emerytur. http://www.oecd.org/els/socialpoliciesanddata/socialexpendituredatabasesocx.htmZaoszczędzone pieniądze pomogły oligopolom (koreańskim „czebolom”) wygenerować zyski.

Niestety, statystyki są zatrważające: spośród wszystkich krajów członkowskich OECD, to właśnie w Korei Południowej jest najwięcej samobójstw.http://www.koreanbeacon.com/2009/08/30/suicide-is-the-4th-leading-cause-of-death-in-south-korea/ Ponadto nieoficjalne dane szacują, że aż 100 000 kobiet koreańskich podejmuje pracę za granicą w charakterze prostytutek. Dlaczego tak się dzieje? Bo te kobiety, w większości wykształcone, w swoim kraju po prostu nie mają pracy! Aby przeżyć jadą za granicę, aby przeżyć podejmują pracę prostytutki.

A zarząd firmy, zagraniczni akcjonariusze oraz politycy systematycznie, w myśl praw realnego globalizmu powiększają swój stan posiadania. Bogacą się kosztem 99% społeczeństwa…  http://www.wowkorea.jp/news/korea/2010/0216/10067646.html

Chcę jeszcze wyraźnie zaznaczyć, że sam sukces biznesowy Samsunga czy LG na świecie, nie stanowi źródła problemu. Problem wynika z tego, że istniej pewien oburzający system, w którym korzyści z sukcesu koreańskiej firmy wspieranej przez koreański rząd, nie odnosi naród koreański. Wręcz odwrotnie, część tego zysku firmy osiągają kosztem Koreańczyków, poprzez ich ofiarę. Jak się ten system nazywa? Realny Globalizm.

Globalni inwestorzy patrzą tylko na zysk. Co robią, aby zwiększyć swoje dochody (dywidendy)? Przytoczę kilka najbardziej typowych recept „na sukces”:

 „Aby zmaksymalizować korzyści wiodących firm, należy stworzyć rynek oligopolistyczny i ograniczać konkurencję.”

 W Korei Południowej dla społeczeństwa praktycznie nie istnieje opcja zakupu produktu z różnych firm. Bo tylko jedna firma produkuje i sprzedaje telefony, tylko jedna firma - samochody itd. – bo tak im się opłaca. W efekcie takiej sytuacji producenci koreańscu nie mają wewnętrznej konkurencji, nie muszą obniżać cen na rynku koreańskim.

"Aby umożliwiać redukcję kosztów pracy, wprowadza się przepisy zmierzające do „fluidyzacji” rynku pracy i zezwolenia na przyjęcie pracowników tymczasowych" 

 Wprowadzono przepisy, które pozwalają łatwo zwalniać pracowników. Zamiast stałych pracowników, można „stale” prowadzić politykę zatrudniania pracowników tymczasowych. Jak w takich warunkach można planować przyszłość? 

"Wprowadzenie niskiej ceny energii (ukłon w stronę fabryk) jako stała polityka rządu"

 Spowodowało to zmniejszenie wpływów do budżetu. W tej sytuacji rząd obniżył wysokość świadczeń emerytalnych i ubezpieczeń społecznych.  Zyskały przedsiębiorstwa kosztem ludzi.

"Obniżenie podatków jako priorytet polityki rządu"

 Efekt jak powyżej, aby zbilansować budżet rząd zaoszczędził na emeryturach, ubezpieczeniach społecznych. Kosztem społeczeństwa.

"Przyjęcie działań zmierzających do deprecjacji waluty jako polityki rządu, co ma zwiększyć konkurencyjność na globalnym rynku"

 Przeciętny Koreańczyk bezsilnie obserwuje jak ceny produktów importowanych rosną i rosną, codzienne życie staje się bolesne…http://blog.goo.ne.jp/yoshidakorea/e/a0bd3d2d52cabcef3d4209b42ae75922

Powyższe działania doprowadziły do tego, że maksymalizacja zysków wiodących firm eksportowych odbywa się kosztem większości społeczeństwa. Niestety stworzono system, w którym zyski/dywidendy firm koreańskich wypłacane są cudzoziemcom. Tym sposobem Korea Południowa stała się swoistą kolonią, kolonią globalnego kapitału. http://u1sokuhou.ldblog.jp/archives/50328526.html

Czy naprawdę tego chce w Polsce prezes Jarosław Kaczyński?

środa, 06 lutego 2013

Jarosław Kaczyński na ubiegłotygodniowej konferencji prasowej wskazał gospodarkę Korei Południowej jako wzorzec rozwoju dla Polski. Owszem – innowacje są bezsprzecznym sukcesem, ale sam sposób funkcjonowania gospodarki Koreańskiej… Zgroza! Nie życzyłbym tego najgorszemu wrogowi, a co dopiero własnemu narodowi! Mało kto w Europie widzi, co dzieje się ze społeczeństwem koreańskim, funkcjonującym za fasadą takich firm sukcesu jak Samsung czy LG. Niestety muszę przyznać, że również japońskie media rzadko kiedy ukazują pełen obraz „pomyślności” Korei. Mówiąc krótko: Korea Południowa, to obecnie modelowy przykład kraju skolonizowanego – kolonii globalizmu. W najbliższych wpisach postaram się zanalizować i opisać rzeczywistą sytuację gospodarczą tego kraju.

A ta, szczególnie w porównaniu z japońską, gdzie w ostatnim roku największe firmy ogłosiły bardzo słabe wyniki finansowe, powinna być wręcz „kwitnąca”. Gigantyczni producenci japońskiej elektroniki, jak Panasonic, Sony i Sharp zanotowali stratę, gdy tymczasem firmy koreańskie – Samsung i LG, osiągnęły dobre rezultaty. Wydaje się wobec tego, że firmy te powinny być przykładem dla japońskich przedsiębiorstw. Tezę tę zresztą mocno „lansują” japońskie gazety, często publikując artykuły pod tytułem: „Trzeba nauczyć się od Samsunga”, „Japońskie firmy zostały w tyle, w procesie globalizacji” itd. itd. Również w Polsce wielokrotnie spotykam się z bardzo pozytywnymi opiniami, a czasami wręcz żalem, że takich firm nie ma w tym kraju. Czy aby na pewno jest czego żałować? Czy Polakom żyłoby się lepiej, gdyby PKB kraju tworzyła firma tak zorganizowana jak Samsung? Czy aby na pewno japońskie i polskie firmy powinny wzorować się na koreańskich konglomeratach? Fasada jest piękna, ale przyjrzyjmy się, co kryje się głębiej. Prawda jak zwykle nie leży na wierzchu.

Najpierw krótko opisze stan gospodarki w Korei Południowej, dlaczego ten tzw. kraj sukcesu, poprzez działania swoich sztandarowych firm stał się po prostu kolonią globalnego kapitału.

Według danych z roku 2011: PKB nominalne Korei Południowej wynosi 1,116.25 (miliardów USD), Japonii 5,866,54 (miliardów USD). Nawiasem mówiąc PKB Polski wynosi 514.50 (miliardów USD). A teraz najważniejsze: obrót samej tylko grupy Samsung generuje około 23% tego PKB! To jest nienormalna i zarazem bardzo niebezpieczna sytuacja, aby jedna firma odpowiadała aż prawie za ¼ PKB danego kraju. Ale sprawdźmy dalej: 10 czołowych firm koreańskich m. in. Samsung, LG, Hundai i POSCO (metalurgia), tworzy około 77%  całkowitego produktu krajowego brutto w Korei Południowej. Czyli cała gospodarka koreańska opiera się tylko na 10 firmach! Innymi słowy: te 10 firm kontroluje gospodarkę całego kraju.

Samsung

Ale to nie wszystko, rzeczywistość jest jeszcze bardziej groźna, gdy dowiemy się, kto faktycznie kontroluje te firmy. Otóż nie Koreańczycy! 53%, a więc większość np. udziałów Samsunga posiadają firmy zagraniczne. Podobnie wyglądają prawa własności w takich firmach jak LG i POSCO, gdzie około połowa jest własnością zagranicznych akcjonariuszy. A więc kto korzysta na zyskach tych firm? Koreańczycy? Otóż w najprostszych słowach: z uwagi na strukturę własności, nawet jeśli Samsung generuje zyski, to co najmniej w połowie zasilają one udziałowców zagranicznych i są źródłem gigantycznych wynagrodzeń dla członków zarządu. I nic więcej. A szeregowy Koreańczyk? Jemu żyje się coraz trudniej

Jak mogło dojść do tak niebezpiecznej dla kraju i niekorzystnej dla społeczeństwa sytuacji? Otóż jest to wynikiem realizowania w Korei Południowej idei globalizacji. Bez wdawania się w szczegóły: podczas kryzysu azjatyckiego w 1997 roku, Korea Południowa zmagała się z upadkiem finansowym. Dlatego potrzebowała pomocy od IMF (Międzynarodowego Funduszu Walutowego) i chroniąc się przed bankructwem musiała przyjąć warunki tej instytucji. I pod dyktando IMF Korea Południowa realizowała proces deregulacji, politykę deprecjacji własnej waluty, likwidacji nierentownych przedsiębiorstw, zachęt inwestycyjnych wobec kapitału zagranicznego. Podobny kryzys walutowy miał miejsce w 2008 roku i wtedy rząd Korei Południowej, aby uniknąć ponownej zależności od IMF wyciągnął ręce w kierunku kapitału globalnego.

Południowokoreańskie firmy-konglomeraty, wcześniej produkowały pełen przekrój produktów, dlatego oczywiste było, że utrzymywały także działy nieopłacalne. W myśl wymagań IMF, każde takie przedsiębiorstwo musiało zachować tylko działy przynoszące zyski, w efekcie doszło do wąskiej specjalizacji. W rezultacie każda firma realizowała politykę koncentracji na własnym biznesie: czyli Samsung i LG – elektronika i AGD, Hunday – samochody, a Posco – stal. I na pierwszy rzut oka, wydaje się, że jest to działanie bardzo racjonalne. A teraz przyjrzyjmy się rezultatom:

W efekcie tych działań współczesnym rynkiem Korei Południowej rządzą oligopole. Innymi słowy, kiedy ludzie chcą kupić komórkę, to mają wybór wyłącznie spośród modeli Samsunga, potrzebują samochodu – kupują Hunday’a. I prawie nie mają innego wyboru. Sprzedaż modeli zagranicznych jest minimalna. Wskutek takiej sytuacji na wewnętrznym rynku koreańskim nie istnieje zjawisko zdrowej konkurencji. Efekt odbija się na zwykłych Koreańczykach, którzy nie mogą liczyć np. na obniżki cen. Skutkiem aktywnego promowania zagranicznych inwestycji, jest sytuacja, gdy głównym akcjonariuszem 10 największych firm (75% PKB) jest kapitał zagraniczny.

Realny Globalizm

Ponieważ wzrost gospodarczy Państwa zależy od kilku takich firm jak Samsung, to rząd zmuszony jest dbać o ich kondycje finansową. I w rzeczywistości rząd współpracuje z tymi firmami, promuje szereg cięć podatkowych, mających na celu zwiększenie zysku np. Samsunga. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ten zysk pozostawał w Korei. Jednak korzyści z dobrych wyników finansowych spółki wcale nie idą do Koreańczyków! Zyski podążają do głównych udziałowców – w ręce globalnych inwestorów. Obecnie, nawet jeżeli Samsung lub LG inwestują, to przede wszystkim budują fabryki za granicą. Dla większości Koreańczyków firmy te nie przynoszą żadnej korzyści.

Fakty są wręcz szokujące, społeczeństwo koreańskie wcale nie bogaci się wraz z rozwojem sztandarowych firm koreańskich! Ale to jeszcze nie wszystko…

Ulgi podatkowe dla głównych firm powodują obciążenie fiskalne budżetu. A ten trzeba zbilansować, a więc rząd szuka oszczędności… Dlatego jako rekompensatę rząd wprowadza podwyżkę podatku konsumpcyjnego oraz zmniejsza koszty ubezpieczeń społecznych. Innymi słowy, aby ułatwić funkcjonowanie dużych przedsiębiorstw rząd przerzuca koszty na społeczeństwo. Firmy się bogacą, a Koreańczycy biednieją. Gdyby te przedsiębiorstwa, które otrzymały ulgi podatkowe, inwestowały w Korei, tworzyły nowe miejsca pracy – to taka działalność rządu byłaby uzasadniona. Ale w rzeczywistości zyski zarobione przez firmy kosztem zwykłych ludzi,  idą do zagranicznych akcjonariuszy, to nie jest wybaczalne! A to właśnie jest Realny Globalizm...

 

piątek, 01 lutego 2013

Czym jest „Państwo”? Jest największą wspólnotą zapewniającą swoim członkom warunki życia. I co ważne: żaden twór „większy” od państwa nie zapewni przeżycia danemu narodowi! Bo nie powstał  by temu narodowi służyć. Czy ktoś myśli, że Unia Europejska powstała w tym celu, aby to właśnie Polakom „żyło się lepiej”? Czy wobec tego właściwą polityką jest bezkrytyczne oddawanie przez polski rząd własnych mocy decyzyjnych obcemu rządowi? Zbiorowość ludzi bez zdolności do obrony i opieki nad własnym obywatelami nie zasługuję na miano „Państwa”.

Doskonałym przykładem tego, czym naprawdę jest naród niech będzie ciąg zdarzeń, jaki miał miejsce w Japonii po trzęsieniu ziemi i tsunami z 11 marca 2011 roku oraz następującej w ich wyniku katastrofie w elektrowni atomowej Fukushima. Otóż wydarzenia te spowodowały masową ucieczkę z Japonii obcokrajowców, wręcz eksodus. A Japończycy? Japończycy oczywiście pozostali na japońskim archipelagu.  Powód tej różnicy zachowań jest oczywisty – dla narodu japońskiego, tylko Japonia jest własnym krajem. Czyli tylko Japonia jest miejscem, gdzie Japończycy mogą tworzyć wspólnotę, gdzie mogą żyć. Z drugiej strony, to także oczywiste, że w razie kłopotów, cudzoziemcy opuszczą miejsce, w którym czują się niekomfortowo, ponieważ nie są członkami tej wspólnoty, nie należą do tego Państwa - Japonii.

Ze zgrozą obserwują, że polityka bazująca na ekonomii neoliberalnej, której przejawem jest euroglobalizm lub transpacyficzny pakt TPP, znajduje coraz więcej wyznawców. Gdyby doszło do jej realizacji w Japonii, to spodziewam się, że z uwagi na zapisy dotyczące „polityki konkurencji” i zasad organizacji „zamówień publicznych”, doprowadziłyby m. in. do bankructwa japońskich firm budowlanych. Neoliberałowie zakrzykną: i co w tym złego, przecież zlecenia budowlane mogą realizować firmy zagraniczne. A teraz przypomnijmy sobie specyfikę mojego kraju: w Japonii prawie każdego dnia trzęsie się ziemia. Z uwagi na niezwykle aktywny sejsmicznie obszar, niestety w każdej chwili można spodziewać się kolejnego kataklizmu. Kto wtedy nam pomoże? Czy w sytuacji zburzonych domów, uwięzionych pod gruzami ludzi, szalejących pożarów, gdy dosłownie godziny, minuty decydują o życiu i śmierci – będziemy w stanie pomóc sobie nie mając do dyspozycji miejscowych sił? Czy wystarczy, że poprosimy o pomoc firmy budowlane za Stanów Zjednoczonych? Czy amerykańscy pracownicy tych firm pracowaliby dla Japończyków w warunkach narażenia własnego zdrowia i życia? Po wielkim trzęsieniu ziemi i tsunami we wschodniej Japonii, pracownicy budowlani, policjanci, strażacy, Siły Samoobrony – wszyscy ci ludzie na własne ryzyko pomagali poszkodowanym. Czy Amerykanie lub Chińczycy podjęliby podobny wysiłek? Nie sądzę. A w Polsce? Czy w razie katastrofy można liczyć na szybką pomoc jakiejś komisji europejskiej? Dlatego warto utrzymać krajowe, kluczowe gałęzie przemysłu! Bo w razie wypadku, to z ich strony przede wszystkim można liczyć na pomoc.

ojczyzna

Ekonomiści neoklasyczni co prawda próbują polemizować, że przecież istnieje system ubezpieczeń. Wobec tego przewidujący ludzie powinni po prostu wykupić odpowiednie ubezpieczenie i to rozwiąże ich ewentualne problemy.

Szkody materialne owszem, mogą być objęte ubezpieczeniem. Jednakże, żadne pieniądze nie zwrócą człowiekowi życia. I to właśnie w celu ochrony tych dóbr, których nie można przeliczyć na pieniądze, trzeba utrzymać w państwie kluczowe instytucje wbrew prostemu rachunkowi ekonomicznemu. Powinno się kultywować w państwie wartości cenniejsze od rynkowego fundamentalizmu. I to właśnie jest Państwo - wspólnota ludzi podzielających te same wartości.

ojczyzna

Poczucie wspólnoty narodowej, patriotyzm – zaczęło wśród niektórych ludzi być traktowane jako uczucie „niewłaściwe”, którego należy się wręcz wstydzić. Niestety ludzie, miłość do ojczyzny zaczęli kojarzyć z ruchami faszystowskimi, które doprowadziły do wybuchu II Wojny Światowej. Jako przykład stawiają hitlerowskie Niemcy i stalinowski Związek Radziecki i grożą, że patriotyzm prowadzi do totalitaryzmu. Jednak ani Związek Radziecki, ani Niemcy hitlerowskie nie były państwami prawdziwie narodowymi. Bo to nie naród stał na czele tych państw, nie naród był najważniejszy, a nawet nie „Państwo”. Ale to naród miał pracować i poświęcać się dla dobra jednej partii. To była „dyktatura jednej partii”, a nie jednego narodu. Podobna sytuacja panuje we współczesnych Chinach. To nie jest państwo narodowe. Nie wolno całej władzy pozostawić jednej partii politycznej! Tak samo jak nie wolno oddać jej w ręce cudzoziemców (Parlament Europejski, Europejski Bank Centralny). Czy ktoś ma złudzenia, że na przykład Holendrom zależy na tym, aby Polakom się dobrze żyło? Więc dlaczego to oni mają decydować o kształcie gospodarczym Polski?

Chcę podkreślić – nie wstydźmy się miłości do własnego kraju. Polacy, Unia Europejska nie powstała szczególnie dla Was. Wy macie tylko Polskę! I o tę Polskę warto walczyć.

 ojczyzna

 
1 , 2