Oczami Japończyka
sobota, 30 marca 2013

Obserwując przygotowania Polaków do obchodów Święta Wielkiej Nocy, nasunęła mi się prosta analogia natury – powiedzmy gastronomicznej: gospodarkę można przyrównać do człowieka. Jej stan w zależności od kondycji może być wyśmienity – czego sobie i Państwu życzę;

 

- możemy mieć człowieka otyłego, ciągle głodnego, pochłaniającego każde ilości jedzenia – wysoka inflacja, luka popytowa - ludzie chcą kupować, ale brakuje produktów;

- i wreszcie może być to człowiek wychudzony, wyniszczony – stagnacja, luka podażowa, gospodarka w deflacji.

I cóż wtedy: oczywista sprawa – pacjentowi łakomemu ograniczamy posiłki, dzięki czemu człowiek stopniowo odzyskuje prawidłową kondycję, powraca do zdrowia. Analogicznie w sytuacji wysokiej inflacji - warto ograniczyć wpływ państwa na gospodarkę, uwolnić rynek.

Ale mamy też drugi przypadek. Czy człowiekowi wychudzonemu również należy zmniejszać porcje jedzenia??? Przecież jeżeli zastosujemy to samo leczenie, to pacjent… umrze.

I to właśnie pytanie zadaję do przemyślenia zaprzysiężonym zwolennikom ekonomii neoliberalnej.

Gospodarka, jak żywa istota, również jest zjawiskiem dynamicznym, w zależności od jej stanu pewne rozwiązania są zbawienne, a inne przynoszą katastrofę. Analogicznie, jak nie istnieje jedno lekarstwo na wszystkie ludzkie choroby, tak nie istnieje jedna sztywna strategia, która zapewni rozwój kraju niezależnie od stanu w jakim się on znajduje!

Kryzys, z jakim obecnie zmaga się Polska ma swoje źródło nie w zbyt małej podaży - „łakomczuch”, ale powodem jest luka popytowa, czyli mamy pacjenta, który traci siły, chudnie… Dlatego uważam, że realizowanie w tym momencie postulatów neoliberalnych (wspólna waluta, postępująca deregulacja) tylko pogrąży kraj w kryzysie, a za błędy „na górze” jak zwykle zapłaci społeczeństwo. Teraz jest pora, aby rząd wykazał się odpowiedzialnością i troską o społeczeństwo, a nie „umywał ręce” pod pozorem wprowadzania zasad wolnego rynku, czy dyrektyw unijnych.

I tej odpowiedzialności, szacunku wobec własnych obywateli oraz racjonalnego spojrzenia na gospodarkę chciałbym widzieć więcej ze strony decydentów i polityków. I niech to będą moje  życzenia z okazji zbliżających się świąt.

środa, 27 marca 2013

W fizyce punkt krytyczny oznacza stan, po przekroczeniu którego, układ drastycznie zmienia swoje właściwości.

 

Społeczeństwo Unii Europejskiej nawykłe do dobrobytu i nieograniczonej konsumpcji wrze. Doniesienia o protestach przelewających się przez całą Europę od południa po północ i od zachodu po wschód są tak częste, że już spowszedniały. Czyżby wygodny świat globalistów i akcjonariuszy, poruszający się wokół dwóch haseł: optymalizacji kosztów i maksymalizacji zysków zaczynał się chwiać w posadach? Czyżby ta część społeczeństwa, która chce uważać się za „klasę średnią” poczuła się oszukana?

Wymuszana przez Brukselę polityka podwyżek podatków i cięcia wydatków społecznych w celu zmniejszenia deficytu budżetowego, jak do tej pory przyniosła dwa spektakularne efekty:

- gospodarczą zapaść krajów Unii Europejskiej;

- polityczne „samobójstwo” dotychczasowych elit politycznych;

Na początku tego roku w wyborach powszechnych, czwarta gospodarka Unii Europejskiej (Włosi), zdecydowanie zaprotestowała przeciwko strategii „nacjonalizacji strat”, czyli obciążaniu społeczeństwa kosztami błędów zarządzających gospodarką i finansami. Oczywiście, natychmiast ze strony beneficjenta obecnego kryzysu (Niemiec) pojawiły się głosy, że wygrał populizm i kłamstwa. Kanclerz Angela Merkel jako warunek udzielenia pomocy, domagając się od Włoch dalszych cięć budżetowych i podwyżek podatków uzyskała od społeczeństwa jasną odpowiedź: „mamy dość”. Wielu Włochów już wtedy pomyślało, że lepiej wycofać się ze strefy euro niż akceptować politykę reżimu finansowego. A jeżeli Włochy faktycznie zrezygnują ze wspólnej waluty, to całkiem możliwy stanie się scenariusz rozpadu całej strefy euro. Włochy to był zaledwie początek. Wynik obecnych zawirowań na Cyprze jest jeszcze większą niewiadomą.

Ekonomia neoklasyczna, neoliberalizm, fundamentalizm rynkowy, Reganomix, Konsensus Waszyngtoński, globalizm – te pojęcia sterowały dotychczasową światową gospodarką. W rzeczywistości za tak różnymi nazwami kryło się w zasadzie to samo, jeden konsensus: dotykając sytuacji finansowej państwa, strategie te wymagały osiągnięcia nadwyżki salda pierwotnego lub chociażby zrównoważenia budżetu. Przekonywały, że rząd prowadząc do zrównoważenia budżetu osiąga mityczne „zaufanie rynku”, dzięki czemu spada stopa procentowa obligacji rządowych, rosną inwestycje przedsiębiorstw i rozwija się gospodarka.

Czymże więc jest to bezcenne „zaufanie rynku”?

Jeżeli o poziomie tego magicznego wskaźnika świadczy wysokość stóp procentowych obligacji rządowych, to nieskromnie muszę przyznać, że Japonia cieszy się największym zaufaniem na świecie. Bo długoterminowe stopy procentowe w Japonii nawet są niższe niż w Szwajcarii. A jakoś gospodarka nam się nie rozwija. I to już od 20 lat…

A może należałoby to zinterpretować jeszcze inaczej: dzięki „zaufaniu rynku” rząd może swobodnie pożyczyć pieniądze z międzynarodowego rynku finansowego. I tu dochodzimy do sedna – czyli chodzi o globalizm. A koszt tych pożyczek w sposób niezwykle istotny zależny jest od bardzo dwuznacznych indeksów, przyjmowanych gdzieś w zaciszach gabinetów – od tzw. „ratingów”, czy choćby jak do niedawna, wskaźnika CDS (Credit Default Swap) - nazywanego już otwarcie „bronią masowego rażenia”. I owszem, był czas, że niektóre państwa eurozony korzystały z dawanych lekką ręką kredytów i do czego to doprowadziło…?

I znowu wróćmy do Japonii: Japonia ma najwięcej na świecie aktywów zagranicznych, ma także nadmiar krajowych oszczędności. Dzięki temu rząd japoński może potrzebne środki uzyskać niskim kosztem we własnym kraju. I do tego celu zupełnie nie jest mu potrzebny żaden rating rynków międzynarodowych.

W krajach cieszących się dużym „zaufaniem rynku” takich jak Niemcy, mających nadwyżki handlowe – czyli dodatnie saldo obrotów z zagranicą, stosunkowo łatwo można realizować zasady zrównoważonego budżetu. I nie wymaga to żadnych wielkich wyrzeczeń ze strony społeczeństwa. Może dlatego Angela Merkel nie widzi nic złego w takiej polityce?

Jednakże sytuacja finansowa krajów południa Europy jest zupełnie inna. Są to kraje o znacznym deficycie na rachunku bieżących (więcej importują niż eksportują). Dlatego ich rządy niezbędne pieniądze są w stanie zebrać tylko na rynkach międzynarodowych. A niestety kraje te nie mają prawa do prowadzenia korzystnej dla siebie polityki pieniężnej. Zaufanie rynków wobec tych krajów maleje, koszty pożyczek rosną, przedsiębiorstwa bankrutują, deficyt na rachunku bieżącym rośnie… Pogłębia się kryzys socjalny, a co gorsza nie widać żadnych realnych szans na szybką poprawę sytuacji. Eurogroza…

 

poniedziałek, 25 marca 2013

Gospodarka Unii Europejskiej zaczyna się sypać coraz bardziej. Kolejne kraje straszą swoim bankructwem. A Wielka Trójka niezmiennie w takiej sytuacji, krajom pogrążonym w kryzysie serwuje jedno rozwiązanie:  wprowadzenie daleko idących oszczędności budżetowych, w celu poprawy ich kondycji finansowej. I tak już od ponad trzech lat…

 

Polityka oszczędności również popierana jest przez tzw. opinię publiczną, edukowaną (albo raczej indoktrynowaną), szczególnie intensywnie przez środowiska tzw. „neoliberalne”.

Wobec tego pytam się: skoro powszechnie uważa się, że najlepszym sposobem uzdrowienia gospodarki jest znaczące zmniejszanie wydatków budżetowych, to dlaczego skutkiem realizowania tego pomysłu przez ponad trzy lata jest tylko pogłębiająca się zapaść gospodarcza krajów w recesji? 1% oszczędności wydatków w Grecji, Portugalii i Irlandii spowodował spadek PKB o 1,6%! W Hiszpanii stosunek zadłużenia publicznego do PKB błyskawicznie wzrósł od początku kryzysu – w 2007 r. wynosił zaledwie 36,3 proc. PKB, a obecnie kształtuje się na poziomie 85,3% PKB. Od ponad dwóch lat, od kiedy rząd Portugalii wprowadził plan oszczędnościowy dług publiczny tego kraju wzrósł z 82,1% w 2010 r. do 122,5% w roku 2012. Dług publiczny Grecji osiągnął pułap 170,7% i dalej rośnie. Czy brakuje dowodów na szkodliwość tego lekarstwa? Co jeszcze musi się stać?

Co gorsza większość korekty deficytu budżetowego dokonuje się kosztem społeczeństwa i za cenę wolniejszego wzrostu PKB.

Dlaczego tak się dzieje? Skąd narastanie długu? Ponieważ źródłem dochodów budżetu jest nominalny Produkt Krajowy Brutto.

PKB = konsumpcja prywatna + inwestycje przedsiębiorstw +  inwestycje rządowe + eksport netto

Dlatego kiedy rząd redukuje poziom inwestycji i podnosi podatki, to efektem tych działań jest rosnące bezrobocie, spadek dochodu narodowego, spadek konsumpcji i ostatecznie… zmniejszenie się przychodów rządu.

Pamiętajmy, że istnieje trójstronna równowaga ( http://okiem.samuraja.salon24.pl/493688,co-jest-kluczem-do-wzrostu-dochodow-budzetowych ):

Produkt Krajowy Brutto = wydatki krajowe brutto = dochód krajowy brutto

Każdy spadek konsumpcji gospodarstw domowych oraz zmniejszenie się inwestycji przedsiębiorstw przynoszą spadek produkcji krajowej brutto oraz zmniejszenie wydatków krajowych brutto. A to oznacza zmniejszenie się dochodu krajowego łącznie z przychodem podatkowym budżetu państwa. Dlatego właśnie polityka Oszczędności finansowych doprowadziła do drastycznego pogorszenia się sytuacji gospodarczej krajów południa Europy.

Jak można spłacić dług, kiedy jednocześnie dusi się gospodarkę?

Na szczęście, na świecie coraz silniej słyszy się pytanie, czy aby zbyt silne zaciskanie pasa w realiach obecnego kryzysu (tendencja w kierunku deflacji) jeszcze bardziej nie szkodzi gospodarce. A już sukcesem jest, że nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy zaczął podzielać te obawy. Niestety od słów do czynów jeszcze daleko. Niemniej w opublikowanym w styczniu tego roku raporcie ekonomistów MFW pojawił się zaskakujący przelicznik: każdy dodatkowy wzrost wydatków państwa, w okresie recesji o 1 euro powoduje wzrost PKB o 1,7 euro! Podkreślam:  PKB rośnie wówczas szybciej niż dług zaciągany na te wydatki. W obecnej sytuacji ekonomicznej (tendencja deflacji) warto pokusić się o przemyślany program inwestycji publicznych i to nawet kosztem powiększenia długu publicznego i deficytu finansowego budżetu. Bo takie działania powodujące wzrost PKB, nie tylko są korzystne dla społeczeństwa (spadek bezrobocia) ale także niosą ze sobą większe wpływy podatkowe.

I oto kolejny ważki argument przeciwko surowej polityce fiskalnej. Może wreszcie polscy decydenci zamiast nakładać na społeczeństwo coraz wyższe podatki, rozważą stworzenie i zrealizowanie strategii wzrostu gospodarczego kraju.

piątek, 22 marca 2013

Od kiedy mieszkam w Polsce zadaję sobie pytanie: czy aby na pewno Polacy chcą być bogaci? Zaskakuje mnie brak jakiegokolwiek rozsądku ekonomicznego, czy chociażby instynktu samozachowawczego i to już na najwyższych szczytach władzy…

Ekonomia jest prosta:

PKB = wydatki prywatne + inwestycje przedsiębiorstw + wydatki budżetowe + eksport netto

Eksport netto to kwota nadwyżki handlowej (różnica pomiędzy wartością produktów kupowanych przez Polskę, a sprzedawanych za granicę). Jeżeli ten bilans handlowy jest ujemny, to kwota ta nie znajduje odzwierciedlenia w PKB.

Co jeszcze nie wlicza się do PKB? Wszelkie transakcje bez faktury – praca „na czarno”.

Oczywiście, jeżeli ten pracownik za otrzymane pieniądze zrobi zakupy, to wówczas pojawiają się one rynku i w rozliczeniu PKB państwa.

Wszelkie inwestycje publiczne (budowa dróg, mostów itd.) zwiększają dochód narodowy. Członkostwo w Unii Europejskiej narzuca konieczność otwarcia swojego rynku dla zagranicznych firm i uwzględnienie ich oferty w przetargach na wykonanie tzw. Inwestycji publicznych. (Osobiście uważam, że w zadaniach finansowanych przez budżet Polski, a więc podatki samych Polaków, poza najprostszym kryterium ostatecznej ceny, powinny być również uwzględnione ewentualne korzyści jakie odniesie budżet, w przypadku zatrudnienia polskiej firmy i wykorzystania polskich dostawców. Bogate kraje, np. Niemcy dbają przede wszystkim o swoich przedsiębiorców i dobrze na tym wychodzą.)

Dlaczego inwestycje publiczne, opłacone z pieniędzy budżetowych powinny realizować polskie firmy?

- po pierwsze, z ekonomicznego punktu widzenia, zlecenie realizacji tych inwestycji firmom zagranicznym automatycznie powoduje, że pieniądze zabrane od polskich podatników stają się dochodem innego kraju.

- po drugie, z punktu widzenia bezpieczeństwa danego kraju, delegowanie pewnych gałęzi przemysłu (budownictwo, obronność , energetyka, rolnictwo) i obszarów funkcjonowania państwa (zdrowie, edukacja) na rzecz firm zagranicznych jest groźne dla suwerenności tego narodu i jego bezpieczeństwa. Przykładem jest chociażby polityczne wykorzystywanie przez Rosję monopolu na surowce energetyczne.

Wolny rynek sam w sobie nie jest ani dobry ani zły. Nie jest powodem wszystkich nieszczęść tego świata, ale też nie jest cudownym panaceum na wszystkie bolączki. Dlatego decyzja, na ile w danym momencie otwieramy krajowy rynek, powinna każdorazowo zależeć od sytuacji politycznej, ekonomicznej i kondycji rodzimych przedsiębiorstw.

Jednak jestem bezwzględnie przeciwny postulatom bezwarunkowego zniesienia wszystkich taryf, ujednolicenia warunków handlowych w każdym kraju, radykalnego otwarcia rynku krajowego i wprowadzenia wspólnej waluty. W takim państwie możemy pożegnać się z gospodarka narodową (Oikos Nomos).

Zanim otworzy się własny rynek, przemysł krajowy powinien przejść okres intensywnej wewnętrznej konkurencji. Te doświadczenia pozwoliłyby rodzimym przedsiębiorcom poprawić jakość, produktywność, obniżyć cenę. Kraj, który otwiera rynek, mając własny przemysł jeszcze niedojrzały, z góry skazuje go na przegraną, a swoich obywateli na rolę biednych „wyrobników Europy”.

Uczciwy wolny handel powinien odbywać się w warunkach wzajemnego poszanowania przez kraje członkowskie, suwerennego prawa danego państwa do ochrony pewnych gałęzi swojego przemysłu. Dlatego idea Unii Europejskiej, która wmówiła społeczeństwu, że cała Europa jest jednym krajem i dlatego należy natychmiast i bezwarunkowo otworzyć swoje rynki – jest oszustwem! Czy sprawiedliwa byłaby walka na pięści zawodowego boksera z małym dzieckiem? To dlaczego wierzymy w teorie neoliberałów o korzystnej i sprawiedliwej konkurencji pomiędzy przemysłem niedojrzałym a wysokowydajnym? Sama konstrukcja tej teorii ma równie silne podstawy ekonomiczne jak wcześniejsza idea socjalizmu. A efekty jej realizacji już są oczywiste. Chociaż media cały czas lansują tezę, że kraje w kryzysie są sobie same winne. A my po kolei dowiadujemy się, jak to leniwi i nieuczciwi są: Grecy, Hiszpanie, Włosi, Portugalczycy, Irlandczycy, a ostatnio obywatele Cypru… kto następny? …podobno Słoweńcy? Kto jeszcze?...

Widzę, że bardzo wielu Polaków chce całkowitej deregulacji, wolnego handlu i przyjęcia wspólnej waluty. I szanuję tę opinię, ponieważ Polska jest suwerennym krajem i jej obywatele mają prawo do takiej decyzji. (Chociaż mam nadzieję, ze ostatecznie nie zrealizują w pełni tych postulatów.) Aby naród mógł się rozwijać, a nie zniknąć z mapy Europy, powinien myśleć i dbać o gospodarkę narodową. Czy jest to możliwe w globalizmie?

Produkt Krajowy Brutto = dochód narodowy brutto = wydatki krajowe brutto

Jeżeli wzrośnie PKB, to bez zwiększania obciążeń podatkowych w Polsce wzrośnie automatycznie dochód budżetu. Budżet potrzebuje pieniędzy m. in. na edukację, ochronę zdrowia i emerytury. Polacy chcą dobrze kształcić swoje dzieci, w przypadku choroby mieć zapewnione jak najlepsze leczenie, a na emeryturze móc z godnością przeżywać starość. Skąd rząd ma wziąć te pieniądze? Pożyczać od krajów bogatszych? Zwiększyć podatki swoim obywatelom? To są ślepe uliczki, wcześniej czy później prowadzące do katastrofy gospodarczej. Jest wyjście - Gospodarka Narodowa! Jest oczywiste, że aby dochody budżetowe mogły rosnąć, społeczeństwo musi mieć pracę i produkować (dobra i usługi). Więc rząd zamiast nakładać nowe daniny, czy też podgrzewać problemy różnic światopoglądowych w społeczeństwie, powinien przede wszystkim opracować taktykę rozwoju gospodarczego swojego kraju. Przed wojną rząd Polski nie unikał tej pracy – m. in. realizował strategię ówczesnego Wicepremiera i Ministra Skarbu Eugeniusza Kwiatkowskiego budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego, czy rozwój Gdyni. Jakże blado przy nim wypadają osiągnięcia współczesnych polityków! Czy Polacy nie chcą być bogaci?...

Obserwując ruchy społeczne na arenie międzynarodowej widzę, że coraz więcej ludzi dostrzega znaczenie gospodarki narodowej i coraz bardziej krytycznie podchodzi do haseł globalistów i neoliberałów. I dzieje się to zarówno w Japonii jak i w Stanach Zjednoczonych. To swoista walka „patrioci kontra zdrajcy”, a czasem po prostu „uczciwi ludzie kontra oszuści”.

A zwolennicy całkowitego wycofania się państwa z zarządzania krajem… powinni najpierw zakosztować tego dobrobytu w państwach afrykańskich.

środa, 20 marca 2013

Ubywa pracy, pensje i ceny prawie nie rosną, ludzie wstrzymują się z wydatkami… To klasyczny opis deflacji, a słowa te opisują rzeczywistość gospodarczą Polski. Czyżby do Polski zbliżała się deflacja?

Kiedy spada inflacja spada, to maleją wpływy budżetu z podatków pośrednich. Nominalne dochody budżetu w styczniu i lutym br. są aż o 3,6 mld PLN niższe niż w dwóch miesiącach ubiegłego roku. (A planowano wzrost.) A wydatki budżetu w tym roku są o 1,7 mld PLN wyższe niż w roku ubiegłym. Deficyt budżetu na koniec lutego jest wyższy o 5,2 mld PLN niż w roku ubiegłym. Prognoza PKB na rok bieżący to 1,3%, a pamiętamy, że w Polsce, każdy poziom poniżej 3%, oznacza realną utratę miejsc pracy. Czyli spadają wpływy do budżetu (podatki osób pracujących), a rosną wydatki budżetowe (zasiłki).

Tymczasem ministerstwo wciąż zaklina rzeczywistość epatując przekonaniem o nagłej wolcie gospodarki jaka nas czeka w drugim półroczu. Oby! Ale proszę Państwa Ministrów – to samo się nie zrobi…

Analizując najnowsze dane statystyczne na temat stanu gospodarki Polski dochodzę do wniosku, że najwyższa pora, aby rząd wreszcie wziął się „do roboty” i wprowadził w życie strategię zmierzającą do stabilnego i natychmiastowego (nie w perspektywie długoterminowej) wzrostu PKB. Tylko, że jak do tej pory koncentruje się na zupełnie innych zagadnieniach, co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. A jedyną jego koncepcją na ratowanie budżetu jest nakładanie coraz wyższych danin przez kreatywnego ministra finansów.

Przy złych nastrojach gospodarczych zarówno przedsiębiorstwa jak i gospodarstwa domowe zmniejszają swoje wydatki. W efekcie cała gospodarka zwalnia i pojawia się widmo deflacji. I wtedy właśnie jest pora na ruch rządu, który ma do swojej dyspozycji środki przeciwko recesji lub deflacji. Konkretnie są to potężne narzędzia do prowadzenia odpowiedniej polityki pieniężnej (regulacja podaży pieniądza) oraz polityki fiskalnej (emisja obligacji rządowych i realizacja inwestycji publicznych).

Zaraz po takich propozycjach pojawiają się głośne krzyki zwolenników polityki neoliberalnej i przeciwników jakiejkolwiek interwencji rządu. Proszę Państwa neoliberałów: skoro na każdą chorobę jest inne lekarstwo, to jak można problemy gospodarcze wywołane przez zgoła odmienne czynniki, naprawić tymi samymi posunięciami? Japonia ma już niemal 20-letnie doświadczenie w walce z deflacją i niestety przez te 20 lat zdołała się przekonać, że w warunkach deflacji polityka neoliberalna tylko pogłębia zapaść gospodarki. Uwolnienie rynku i ograniczenie interwencjonizmu państwa, to wspaniałe pomysły w warunkach luki podażowej, rosnącej inflacji, rozkręcającej się gospodarki. A co mamy teraz? - Wzrost bezrobocia, spadek aktywności inwestycyjnej przedsiębiorstw i obniżenie się poziomu konsumpcji gospodarstw domowych. Kto jest teraz w stanie wygenerować impuls inwestycyjny? Może bankrutujące firmy? Czy gospodarstwa domowe zagrożone bezrobociem? Teraz pora jest na ruch rządu, który powinien wygenerować „efektywny popyt”, stwarzając możliwości powstawania nowych miejsc pracy. Jednym z obowiązków rządu jest dbałość o dobrobyt narodu, który powierzył mu mandat władzy.

Źródłem mojej krytycznej oceny zasad funkcjonowania Unii Europejskiej, a w szczególności koncepcji wspólnej waluty jest fakt, iż system ten pozbawia odpowiedzialności i odbiera obowiązki, jakie mają wobec swoich obywateli, rządy poszczególnych krajów. Bo jakże premier może czuć się winny za ubóstwo rodaków, skoro podstawowe narzędzia kształtowania gospodarki w tym kraju, są w rękach Brukseli i Europejskiego Banku Centralnego? Kto winien? Nie on! Może to jest powód, dla którego polscy politycy tak silnie dążą do ściślejszej „integracji” z Unią (chcą przyjąć euro) i ochoczo akceptują kolejne, narzucone przez Brukselę wytyczne budżetowe (np. pakt fiskalny). Wobec braku realnie zagrażającej opozycji, takie działania odsuwające od siebie odpowiedzialność, mogą im zapewnić jeszcze wiele kadencji…

Powtarzam, że dobrobyt Polaków, siła kraju, zależy od Produktu Krajowego Brutto, a to są wydatki krajowe brutto oraz dochód narodowy brutto. Wydatek kupującego stanowi dochód sprzedającego. Skoro Polacy wydają pieniądze, lepiej aby te wydatki stały się dochodem również Polaków. Uważam, że właśnie zadaniem rządu jest wprowadzenie takiej polityki. Jeżeli Polak chce zrobić jakiekolwiek zakupy (jedzenie, ubrania, czy telewizory), to lepiej aby rzeczy te były wyprodukowane w Polsce przez Polaków. Innymi słowy jeżeli naród chce mieć pracę i możliwości produkcji, to ten naród powinien kupować rzeczy wytworzone przez siebie. Taka transakcja ma wpływ na PKB. Wzrośnie popyt na krajowe produkty, to przedsiębiorcy będą musieli stworzyć nowe miejsca pracy, aby zwiększyć podaż. I to jest klucz do wzrostu dochodu całego narodu, łącznie z dochodami rządu.

A sami Polacy już dawno powinni pożegnać się ze swoim kompleksem PRLu i docenić rodzimych producentów.

wtorek, 19 marca 2013

 Cały świat zelektryzowała wiadomość o wymuszonym przez Brukselę i Międzynarodowy Fundusz Walutowy posunięciu rządu cypryjskiego zabierającego od 6,75% do 9,9% wartości lokat przechowywanych w cypryjskich bankach. Swoją drogą dziwne, że wiadomość ta początkowo została niezauważona przez główne polskie portale informacyjne. I tu znowu swoją siłę pokazał internet i portale niezależne. Dlaczego informacja ta jest istotna dla Polski? Z dwóch powodów:

po pierwsze - najwięksi „polscy” przedsiębiorcy  znaczące udziały swoich firm zarejestrowali właśnie na Cyprze. (Słowo – polscy - umieściłem w cudzysłowie, bo nie zasługują na nie osoby, które nie płacą w Polsce podatków.) Przypomnę tylko, że na tej wyspie, będącej do tej pory rajem podatkowym, zarejestrowane są między innymi firmy kontrolujące: Cyfrowy Polsat (Zygmunt Solorz-Żak), Bioton oraz Petrolinvest (Ryszard Krauze) oraz Kulczyk Investment (Jan Kulczyk). Z uwagi na silne powiązania kapitałowe, to co dzieje się na Cyprze może również odbić się na polskiej gospodarce.

- po drugie – dzisiaj Cypr, jutro…? Niebezpieczeństwo powtórzenia scenariusza cypryjskiego w innych krajach jest całkiem realne, gdyż w ubiegłym tygodniu (12 marca) Parlament Europejski przegłosował ustawę dającą Komisji Europejskiej uprawnienia dokonywania zmian budżetu krajów eurozony nawet bez akceptacji krajowego parlamentu. Pytam się: kto jeszcze chce przyjąć walutę euro?

Polecam: bardzo ciekawą analizę przyczyn obecnej niewypłacalności Cypru i skutków podjętej decyzji: http://webcache.googleusercontent.com/search?q=cache:http://blogi.bossa.pl/2013/03/17/cypr-to-nie-byla-najlepsza-z-najgorszych-decyzji/

 

A teraz pozwolę sobie na ogólniejsze rozważania. Czy warto trzymać pieniądze w banku? Otóż oszczędności z punktu widzenia makroekonomii w ogóle nie są pożądane. Ponieważ lokaty trzymane w bankach nie maja żadnego wpływu na PKB. Wzrost gospodarki narodowej zapewnia tylko taka sytuacja, w której pieniądze nie są „oszczędzane” tylko wracają do konsumpcji. W zdrowym kapitalizmie, pieniądze przechowywane w bankach przez obywateli pożyczane są przedsiębiorcom, którzy wykorzystują je do inwestycji (kupują maszyny, budują fabryki itd.). W tym mechanizmie, gdy pieniądze krążą wewnątrz kraju, gospodarka jest aktywna, wzrasta PKB.

Trzeba tu jednak zauważyć, że istnieją przypadki, gdy wydatki krajowe nie stają się dochodem tego kraju. Na przykład kiedy Polacy kupują produkty importowane z innych krajów, np. z Niemczech. Transakcja taka powoduje, że wydatki Polaków stają się dochodem Niemców i nie przyczyniają się do wzrostu PKB Polski. (Zysk krajowy generowany przez pośrednika czy transport lokalny pomijam, z uwagi na jego stosunkowo mały udział w całkowitej kwocie). Innymi słowy, dochody Polaków po prostu przeciekają za granicę. Niestety zauważyłem wśród Polaków jakiś kompleks pochodzący jeszcze z czasów PRL, który powoduje wielką niechęć do kupowania produktów krajowych oraz deprecjonowanie możliwości i jakości rodzimego przemysłu. Jest to wielką tragedią Polski i jak sądzę jedną z większych przeszkód na drodze do zbudowania dobrobytu w tym kraju.

 

poniedziałek, 18 marca 2013

 Obserwując już od jakiegoś czasu poczynania obecnego rządu, odnoszę wrażenie, że nie ma on absolutnie żadnego pomysłu na rozwój kraju. Koncentruje się tylko na tymczasowych, krótkowzrocznych działaniach pozwalających na „dopięcie budżetu”. Wśród czołowych polityków istnieje potoczne mniemanie, że źródłem dochodów budżetowych są wszelkiego rodzaju podatki ściągane przez organy państwowe. Tragedią Polaków jest to, że ten pogląd podziela sam minister finansów Jacek Rostowski i z pełnym samozadowoleniem funduje społeczeństwu coraz to bardziej kuriozalne daniny. A to w formie mandatów drogowych, a to okazuje się, że Urzędy Kontroli Skarbowej mają „targety”, zgodnie z którymi 70% kontrolowanych przedsiębiorstw musi zostać obciążone karami finansowymi, a wreszcie ostatnio projekt odpowiedzialności zbiorowej za jednego nieuczciwego dostawcę (VAT). Na początek roku, roku który jak wszyscy przyznają będzie trudny dla przedsiębiorców, zafundował osobom prowadzącym działalność gospodarczą wzrost obowiązkowych składek na ubezpieczenia. Już nawet nie wspomnę o ustawie, która umożliwia automatyczną podwyżkę stawki VAT. Gąszcz przepisów dusi zwykłych ludzi, małe i średnie przedsiębiorstwa, których nie stać na armię prawników. Poszli w złym kierunku…

Bo w rzeczywistości na sprawy kraju należy patrzeć z punktu widzenia makroekonomii, a nie własnego portfela. Źródłem dochodów podatkowych rządu jest nominalny Produkt Krajowy Brutto. Pokrótce opiszę, jak powstaje i jak wpływa na dochody budżetowe PKB. A wtedy „czarno na białym” będzie widać fakt, że rząd koncentruje się nie na tym, co trzeba.

PKB  ma trzy twarze:

- od strony produkcyjnej: to całkowita wartość dodana dóbr i usług wytworzonych w ciągu roku

- od strony popytowej (wydatków): to łączna wartość wydatków konsumpcyjnych (łącznie z wydatkami budżetu) oraz inwestycji;

- od strony dochodowej (dystrybucji): to roczny dochód narodu (z pracy, z kapitału) razem z dochodem budżetu;

Te trzy kwoty oczywiście powinny być równe. Mówi o tym prawo trójstronnej równowagi. Oczywista sprawa, że niezależnie od przyjętej metody liczenia, wartość dochodu narodowego w danym roku powinna wyjść taka sama. Zobrazuję to na prostym przykładzie:

Pani Kowalska uszyła 10 bluzek. Bluzki te zostały sprzedane (formalnie - na rachunek) pani Nowakowej za 1000 zł. I już ta suma pojawia się nam w PKB:

1)     Uszycie bluzek (tworzenie wartości dodanej) → 1000 zł

2)     Zakup bluzek przez panią Nowak (generowanie wydatków) → 1000 zł

3)     Sprzedaż bluzek przez panią Kowalską (dochód) → 1000 zł

Oczywiście bluzek nie można uszyć z powietrza. W rzeczywistości konieczne były wcześniejsze inwestycje (zakup materiałów, maszyn, prądu, itd.), ale pomijam te wydatki dla większej przejrzystości.

Ponieważ rząd wprowadził podatek VAT, to do ostateczna cena bluzek wyniosła 1230 zł. Te 230 zł rząd zabrał w postaci podatku.

Pani Kowalska prowadzi działalność w formie spółki z o.o., dlatego od swojego dochodu (1000 zł) musi zapłacić CIT w wysokości 19%. I znowu rząd otrzymuje pieniądze – 190 zł. Ostatecznie Pani Kowalska zanotowała wpływy o wysokości 810 zł.

Aktualny przepływ pieniędzy:

1) Pani Kowalska uszyła bluzki (tworzenie wartości dodanej)  → 1000zł + 230zł VAT=1230zl

2) Pani Nowak kupiła bluzki (generowane wydatki) → 1000zł + 230zł VAT =1230zl

3) Pani Kowalska sprzedała bluzki (generowanie dochodu) → 810zł + 230zł VAT+ 190zł CIT =1230zł

Niezależnie od tego, czy liczymy PKB od strony produkcji, wydatków, czy dochodu – otrzymujemy identyczną wartość. Z tej lekcji wynika jedna fundamentalna zasada:kiedy wzrasta PKB, to wzrasta dochód narodu łącznie z dochodem rządu. Innymi słowy, w celu zwiększenia dobrobytu społeczeństwa oraz w celu zwiększenia wpływów budżetowych potrzeba wzrostu PKB. Po prostu trzeba rozwijać gospodarkę narodową (Oikos Nomos)!

Podkreślam, należy rozwijać gospodarkę narodową, a nie „globalną” czy też „unijną”. Bo jak już widać, efektem Realnego Globalizmu jest tylko postępujące rozwarstwienie społeczne. Zyskuje wąska grupka akcjonariuszy kosztem słabszego społeczeństwa.Ekonomia jest prosta: wydatki jednych są dochodem drugich. Jeżeli Polacy chcą być bogaci, to powinni umożliwić bogacenie się swoim rodakom! Jeżeli Polacy będą kupowali polskie produkty, to polskie przedsiębiorstwa będą się rozwijały i dawały zatrudnienie kolejnym Polakom. A ci, zyskując dochód zapłacą podatki do budżetu oraz będą w stanie zwiększyć konsumpcję i w ten sposób napędzą gospodarkę i stworzą nowe miejsca pracy…

Czy to jest takie trudne?

A rząd tylko wymyśla nowe daniny i często sam transferuje za granicę pieniądze zebrane od Polaków, kupując zagraniczne produkty. Do czego to prowadzi?

 

niedziela, 17 marca 2013

 W myśl przepisów Unii Europejskiej, skumulowane zadłużenie każdego państwa nie może przekraczać 60% wartości rocznego PKB.

W normalnie funkcjonujących państwach, w sytuacji krytycznej, gdy rządowy budżet jest zbyt mały do pokrycia wydatków, rząd zaciąga dług w postaci obligacji i w ten sposób ratuje finanse państwa. Eurokraci przyjęli, że maksymalnym poziomem wielkości całkowitego zadłużenia powinno być 60% PKB. Wzrost poziomu zadłużenia powyżej tego poziomu, obliguje każdy rząd do wprowadzenia polityki oszczędności fiskalnej. W tym względzie instrukcje unijne są dość ostre i w razie niedotrzymania umowy przez polityków, grożą przykrymi konsekwencjami dla obywateli danego państwa (kary finansowe). Obecnie, opinia publiczna powszechnie popiera pogląd o konieczności ograniczania poziomu zadłużenia państwa. W większości przypadków zarówno politycy, ekonomiści, jak i dziennikarze wmawiają ludziom, że rząd nie powinien wydawać więcej pieniędzy niż wynosi jego dochód. Dlatego rząd w Polsce nawet zalegalizował sztuczne i szkodliwe prawo, w myśl którego w przypadku narastania długu wewnętrznego może automatycznie podnosić podatki (np. VAT).

podatki

Takie postępowanie jest racjonalne z punktu widzenia mikroekonomii, z punktu widzenia naszych domowych finansów. Jednak budżet domowy to nie to samo co budżet państwa! Przed budżetem państwa leżą całkiem inne zadania, dlatego też ma inne możliwości i rządzi się innymi prawami. Nie działają tu zasady mikroekonomiczne.

Zobaczmy, gdzie zaprowadzi nas takie postępowanie: gdy pójdziemy dalej tym tokiem myślenia, to oczywiste jest, ze w celu zmniejszenia wydatków budżetowych, rząd powinien ograniczać inwestycje publiczne, zmniejszać wydatki na ubezpieczenia społeczne, podnieść podatki itd. Czyli ciąć wszystko co się da! A przecież kondycja gospodarki ma tendencję zmierzającą do deflacji, spada popyt. Deflacja – to rosnące bezrobocie. Jeżeli wdrożymy teraz tę politykę „oszczędności”, to czego możemy spodziewać się w przyszłym roku? Wzrostu PKB? Oczywiście, że nie! Efektem takiej strategii będzie spadek dochodów budżetu w roku następnym. Co tym samym spowoduje automatyczny wzrost procentowego zadłużenia państwa w stosunku do PKB. Czyli uzyskujemy efekt dokładnie przeciwny do zamierzonego. Niedowiarkom proponuję prześledzić przykład Grecji: oszczędności wydatków budżetowych o każdy 1% spowodowały 1,6% spadku PKB. Czyli strategia, która zdaniem sławnych teoretyków ekonomii powinna poprawić rentowność finansową, w rzeczywistości powoduje zmniejszenie dochodów podatkowych rządu. Przekładając to na obraz przedsiębiorstwa: mamy sytuację, gdy zarząd firmy w celu maksymalizacji zysków dokonał procesu „optymalizacji kosztów” – wprowadził oszczędności, a w efekcie tej operacji – doprowadził do drastycznego spadku sprzedaży. Gratulacje!

Aby zrozumieć, dlaczego polityka nieprzemyślanych oszczędności i automatycznego podwyższania podatków, musi się skończyć źle, warto przypomnieć sobie, co jest źródłem dochodów podatkowych rządu.

W myśl powszechnej opinii, podstawą finansowania budżetu są podatki osobiste PIT, podatki dochodowe od firm CIT oraz VAT. W rzeczywistości na finansowanie państwa należy spojrzeć od strony makroekonomicznej: źródłem dochodów podatkowych dla rządu jest nominalny PKBDlatego zadaniem rządu jest prowadzenie polityki, która stabilnie i na bieżąco (a nie tylko w perspektywie długoterminowej…), stymuluje wzrost PKB, wzrost produkcji w danym kraju, rozwój gospodarki narodowej (ekonomia - Oikos Nomos).W wyniku tych działań wzrasta poziom zatrudnienia oraz dochód narodowy. Kolejne grupy bezrobotnych mogą znaleźć pracę i dzięki temu mogą tez wzmacniać budżet swoimi podatkami. Co więcej, ponieważ ci ludzie dzięki pracy uzyskali dochód, to mogą kupować. Rośnie popyt, gospodarka jest coraz bardziej aktywna. I tutaj warto pamiętać o jednej, fundamentalnej zasadzie: czyjeś wydatki, to czyjś dochód. Czyli jeżeli chcemy, aby powiększał się dochód Polski, a nie innego kraju, to powinniśmy kupować…

Czasami najprostsze rozwiązania są najskuteczniejsze: wzrost gospodarczy Polski nastąpi, gdy wydatki tak dużego narodu jak Polacy - staną się dochodem Polski.

Unia Europejska

 

piątek, 15 marca 2013

Polska gospodarka w kryzysie, a polityka ministerstwa finansów, pod dyktando Unii Europejskiej, kręci się wokół poziomu zadłużenia wewnętrznego kraju. Z zafrapowaniem obserwuję z jaką zręcznością minister Rostowski wykonuje kolejne wolty, dzięki którym może wykazać obniżenie poziomu zadłużenia wewnętrznego. Chociażby tylko na papierze...

rostowski tusk

Z drugiej strony opinia publiczna jednym głosem krytykuje postępujące zadłużanie państwa. Z punktu widzenia mikroekonomii, na przykład naszego budżetu domowego, zaciąganie kredytu, w momencie gdy w rodzinie zmniejsza się dochód jest działaniem samobójczym. Nie zapominajmy jednak, że makroekonomia rządzi się innymi prawami. Budżet państwa ma inne możliwości niż budżet domowy. A państwo ma określone zadania wobec obywateli, m. in. powinno dbać o ich dobrobyt, dlatego jest zobowiązane do działań, które stymulują gospodarkę. Chce pokazać na przykładnie Japonii, że przy spełnieniu określonych warunków, zwiększenie długu wewnętrznego może być najlepszym, sposobem na wyjście z kryzysu.

Mój kraj, Japonia jest światowym „pionierem” w kwestii radzenia sobie z deflacją.Walczy z nią, pod dyktando recept neoliberałów  już 15 lat, a nadal dochód narodowy w ogóle nie rośnie. Dla gospodarki narodowej jest to stan nienormalny. Obecny premier Shinzo Abe wreszcie próbuje innego lekarstwa. Jego strategia ożywienia gospodarki jest tak różna od dotychczas realizowanych, że dorobiła się nawet własnej nazwy „Abenomix”. Opiera się ona na pakiecie działań stymulacyjnych z zakresu polityki pieniężnej i fiskalnej, które powinny wreszcie zaradzić deflacji. Oczywiście całe lobby neoliberałów głośno wieszczy katastrofę.

Co tak niezwykłego planuje zrobić rząd japoński? Otóż w celu uzdrowienia gospodarki, chce wygenerować impuls inwestycyjny. Tworzy wieloletnie plany budowy infrastruktury: autostrad, mostów, itd… co ma bezpośredni wpływ na PKB. (Pod warunkiem oczywiście, że realizację rządowych planów powierzy się firmom japońskim, a nie tak jak w Polsce…). Obecny rząd poważnie stawia na ożywienie gospodarki Japonii gdyż zdaje sobie sprawę, że bez wzrostu nominalnego PKB, nie wzrosną wpływy do budżetu i nie będzie w stanie spłacić swojego długu.

Jednak aby zrealizować te plany budżet potrzebuje pieniędzy. Czyli musi wydrukować obligacje. I tu drą szaty przeciwnicy. Straszą, że przecież: Japonia ma już dług w wysokości 200% PKB! Powinna oszczędzać, nie więcej się zadłużać! Taka polityka wiedzie ku katastrofie!

Czy aby na pewno? Kraje południa Europy już przećwiczyły, że oszczędność wydatków budżetowych prowadzi do ostrego spadku PKB. W styczniu tego roku Międzynarodowy Fundusz Walutowy przyznał, że proponowane przez niego, pogrążonym w kryzysie krajom strefy euro, programy oszczędnościowe przyniosły więcej strat niż zysków. W Grecji 1% oszczędności wydatków  budżetowych przyniósł 1,6% spadku PKB! Wystarczy pamiętać, że czyjeś wydatki, to dla innej strony dochód: jeżeli społeczeństwo wraz z rządem zmniejsza wydatki, to to gospodarka narodowa także się zmniejsza. Czyli dochód narodowy maleje. Ale uwaga, jeżeli rząd zleca zadania finansowane przez budżet firmom zagranicznym, które nie płacą podatków w Polsce, to takie działania także mają stosunkowo ograniczony wpływ na PKB. Dlatego chce podkreślić, że priorytetem rządu Polski powinien być rozwój gospodarki narodowej (Oikos Nomos), a nie gospodarki globalnej. Również nie dbałość o spełnianie wskaźników unijnych (pakt fiskalny), tylko starania o wzrost produkcji w Polsce.

Kiedy Japonia wreszcie skutecznie poradzi sobie już z niemal 20-letnią recesją, to strategia „Abenomixu” będzie mogła zostać modelem dla Grecji i innych krajów pogrążonych w kryzysie. Tylko wówczas Grecja będzie musiała opuścić strefę euro, bo jako jej członek nie może zrealizować skutecznych działań naprawczych. Chciałbym wierzyć, że nie istnieje już żaden kraj, w którym politycy są tak naiwni, ze nadal pchają swój naród do tej koszmarnej strefy.

Gdyby byli? To byłaby wielka tragedia dla narodu tego kraju…

rostowski tusk

czwartek, 14 marca 2013

 Pomimo gigantycznej emigracji dwóch milionów młodych ludzi, stopa bezrobocia wśród Polaków poniżej 30 roku życia sięga 30%. W Hiszpanii i Grecji pracy nie ma dla prawie 60% ludzi poniżej 25 roku życia.

bezrobocie

Te kraje unijne zgotowały prawdziwe piekło swoim potomkom. W Polsce podobnie jak w Grecji nie ma dużych przedsiębiorstw przemysłowych - fabryk, które byłby głównym pracodawcą dla młodego pokolenia z wysokim poziomem edukacji. Sfera budżetowa przecież nie może rozrastać się bez ograniczeń. Chyba…

Co więcej jeżeli grecki rząd zrealizuje kolejne wymagane przez UE cięcia budżetowe, to znowu pogrąży gospodarkę, pogorszy to warunki zatrudnienia, warunki życia ludzi.

bezrobocie

Dla ożywienia krajowej gospodarki (ekonomia - Oikos Nomos) pomocny byłby niski kurs wymiany walut, ochrona spółek krajowych przez wprowadzenie taryf bądź innych mechanizmów (patrz jak to robią Niemcy -http://okiem.samuraja.salon24.pl/487664,jak-rozwinac-krajowa-gospodarke-lekcja-niemiec ). Rozwój gospodarki stymulowałoby obniżenie podatków, sfinansowane przez bank centralny pomimo ryzyka inflacji. Potrzeba zaplanowanej na kilka lat strategii inwestycji rządowych zmierzających do rozwoju infrastruktury, które dałyby pracę krajowym spółkom. Podkreślam:  inwestycje rządowe powinny dać pracę krajowym firmom, a nie stać się źródłem transferu pieniędzy za granicę.  Czyjeś wydatki, to dla drugiej strony dochód! To proste narzędzia, jednak niedostępne dla krajów Unii Europejskiej, a  szczególności strefy euro.

Sądzę, że jeszcze zanim stopa bezrobocia w Grecji osiągnie poziom 40%, to kraj ten zmuszony będzie do opuszczenia strefy euro. Oczywiście przyjęcie wspólnej waluty miało dla Grecji nie tylko znaczenie ekonomiczne, ale też związane było z kwestiami bezpieczeństwa (konflikt z Turcją). Niemiej jeżeli 30% lub 40% społeczeństwa straci źródła utrzymania, to dla ludzi liczyć się będą wyłącznie strategie umożliwiające wzrost zatrudnienia. Poprzednio podałem przykład Niemiec, gdzie bezrobocie rzędu 28% pozwoliło dojść do władzy Hitlerowi. Deflacja, upadek gospodarki jest zawsze zagrożeniem dla demokracji. Już teraz obserwuję, jak w Europie, w siłę rosną agresywne ugrupowania występujące przeciw imigrantom (Hitler zaczął od Żydów…).

Czy ekonomiści i bankierzy ze struktur międzynarodowych mogliby teraz Grekom prosto w oczy obiecać, że realizacja wymuszonej przez nich polityki wyrzeczeń, w dłuższym okresie czasu poprawi ich sytuację ekonomiczną?  Chyba tak…, bo ci „ekonomiści” nie rozumieją strachu przed bezrobociem. Dlatego z zimną krwią są w stanie zaproponować rozwiązania oparte wyłącznie na badaniach teoretycznych (ekonomia neoklasyczna, neoliberalna) i próbują do nich dopasować rzeczywistość. A jeśli efekty tych działań są odwrotne do zakładanych (kurczenie się gospodarki i wzrost bezrobocia)?  No cóż… jeżeli fakty nie pasują do teorii, tym gorzej dla faktów.

 Unia Europejska

środa, 13 marca 2013

Ponieważ teoretycy ekonomii podają rozmaite źródła aktualnego kryzysu, to myślę, że warto jeszcze raz zastanowić się nad diagnozą sytuacji gospodarki. Najpierw warto uświadomić sobie, że popularne recepty na uzdrowienie ekonomii nie działają, przemyśleć dlaczego tak się dzieje. A dopiero potem można pokusić się o wybór właściwego „leczenia”.

Kraj w kryzysie: wpływy budżetowe spadają. Cóż wówczas słyszymy ze strony wpływowych ekonomistów? Histeryczne okrzyki typu: „Państwu grozi bankructwo! Rząd musi zrównoważyć budżet! Zrobić oszczędności! Wprowadzić surową politykę finansową.” itd. itd. Rząd postępujący zgodnie z tymi wytycznymi funduje swoim rodakom – bezrobocie. W sytuacji, gdy podstawową formą walki z kryzysem są  nieustanne cięcia budżetowe - stopa bezrobocia będzie wzrastała bez końca… Ekonomiści i rząd narodowi zbudują piekło!

bezrobocie

Niestety ten scenariusz już realizuje się w krajach unijnych.  Portugalczycy przerażeni są rosnącym bezrobociem, które u nich osiągnęło historyczny poziom 17,6%. Stopa bezrobocia w Grecji, w listopadzie ubiegłego roku wzrosła do 27% i był to poziom także najwyższy w historii. Szczególnie trudna jest sytuacja młodych ludzi. W lutym tego roku, Narodowy Urząd Statystyczny w Grecji, odnotował kolejne pogorszenie o 0,4% w porównaniu z poprzednim miesiącem, a o 6,2% w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku. Zachodzi prosta korelacja: im większe oszczędności wprowadza rząd, tym więcej osób traci źródło utrzymania. Najbardziej poważna jest sytuacja młodych ludzi, spośród osób w wieku 15-24 lat bezrobocie dotyka 61,7%, ludzie w wieku 25-34 lata bezrobotnych było 36,2%. Hiszpania: w styczniu poziom bezrobocia wyniósł 26,2%, a w lutym jeszcze wzrósł o 1,19%. Bezrobocie w granicach 20% to nie jest normalna sytuacja. To jest piekło!

„Miejcie się na baczności przed fałszywymi prorokami.” Mt 7, 15

Realia, to co się dzieje w Grecji, Hiszpanii, Portugalii, to efekt dotychczasowych działań zwolenników Unii, ekonomii neoklasycznej, „wolnego rynku”. To efekt działań „naprawczych” realizowanych pod dyktando „Wielkiej Trójki” z Europejskim Bankiem Centralnym na czele. To dowód, na to, że ich „recepty” na ozdrowienie gospodarki krajów w kryzysie, tylko pogarszają sytuację zwykłych ludzi.            ekonomia Polski

Utrzymanie dotychczasowego kierunku działania rządów Unii Europejskiej, może skończyć się poważnymi niepokojami społecznymi. Nie ma tygodnia, abym nie słyszał o protestach w Grecji, Hiszpanii, Bułgarii, itd. Europa już nie jest bezpieczna i spokojna…

Nawiasem mówiąc, w Niemczech stopa bezrobocia osiągnęła 28% w 1932 roku, w czasie Wielkiej Depresji (superdeflation). Reżim Hitlera urodził się w roku następnym…

Czekam, kto pierwszy przyzna, że Unia w obecnym kształcie to porażka, to tragedia ekonomiczna dla zwykłych ludzi. Kto pierwszy ewakuuje swój kraj z Euroladu?

Recepty neoliberałów na walkę z bezrobociem, takie jak osławiony „wzrost płynności zatrudnienia” jedynie powodują dalszy wzrost stopy bezrobocia i utratę perspektyw dla młodego pokolenia. Ale zastanawiam się: gdzie mają oczy ci ekonomiści, którzy nadal przekonują o potrzebie prowadzenia polityki oszczędności? Może tłumaczą, że: „stopa bezrobocia spadnie w dłuższej perspektywie”? … Najtrafniej naszą rzeczywistość ujął Keynes: „w dłuższej perspektywie wszyscy umrzemy”.

piątek, 08 marca 2013

Aby trafnie odpowiedzieć na to pytanie, warto najpierw uświadomić sobie, skąd biorą się aktualne problemy gospodarcze państw „uprzemysłowionych”.

„Gospodarka w recesji” oznacza sytuację, gdy dochód narodu nie powiększa się. A ma to miejsce w sytuacji rosnącego bezrobocia. A dlaczego wzrasta bezrobocie? Bo firmy nie mogą sprzedać swojej produkcji, z tego powodu ją ograniczają i zwalniają pracowników. Zwolnieni pracownicy nie mają siły zakupu… dlatego nie mogą kupować… W efekcie zmniejsza się poziom całkowitych wydatków krajowych: konsumpcyjnych i inwestycyjnych. Razem z nim spada wartość Produktu Krajowego Brutto oraz Dochodu Narodowego Brutto. A ponieważ spada dochód narodowy, to zmniejsza się także poziom wydatków publicznych. Opisany ciąg przyczynowo skutkowy wyraźnie ukazuje, że źródło recesji leży po stronie dochodu krajowego, a nie po stronie produkcji! Niestety większość komentatorów myli przyczyny ze skutkami. Podkreślam: istotą problemów ekonomicznych, pierwotną przyczyną obecnej recesji jest zmniejszenie dochodu narodu i spadek siły zakupu społeczeństwa. Spadek produkcji jest efektem wtórnym.

Niemniej neoliberałowie nadal przekonują, że problem leży po stronie podaży (produkcji). Dlatego jako lekarstwo widzą wzrost wydajności produkcji. A jak tego dokonać? Oczywiście poprzez wprowadzenie totalnej deregulacji. Bo w warunkach wolnego handlu, wzrośnie konkurencja, wzrośnie podaż i… problem zostanie rozwiązany. ??? Niestety, neoliberałowie zupełnie pomylili przyczyny ze skutkiem. Takie działania przynoszą całkiem przeciwne rezultaty: w perspektywie długoterminowej, tylko pogłębiają trudności ekonomiczne krajów słabszych gospodarczo. A wystarczy tylko rozejrzeć się po Europie: do czego doprowadziła unia gospodarcza i walutowa w takich krajach jak: Grecja, Hiszpania, Portugalia, Irlandia? Kto następny?

Doprawdy nie rozumiem, dlaczego nadal tak wiele znanych osób: „naukowców”, „ekonomistów” i „polityków” promuje strategię prowadzącą do pogłębienia kryzysu!

A już dosłownie do furii doprowadzają mnie komentarze niektórych „ekonomistów” odnoszące się do problemu zatrudnienia. Otóż z pełnym samozadowoleniem przekonują oni, że bezrobocie rośnie tylko z dwóch powodów:

- albo „niezgodności” bezrobotnych z rynkiem pracy. Czyli fakt, że człowiek nie może znaleźć pracy tłumaczą niedostosowaniem jego umiejętności do potrzeb pracodawcy;

- albo przyczyn niezwiększania zatrudnienia przez zakłady, upatrują w zbyt rozbudowanym poziomie ochrony pracownika przed zwolnieniem. Co podobno zniechęca firmy przed tworzeniem nowych miejsc pracy.

Oczywiście zaraz proponują niezawodne drogi rozwiązania problemu: czyli zapewnić szkolenie oraz zwiększyć „płynność” zatrudnienia. A czym to się kończy? Ilu wyszkolonych, przysłowiowych „operatorów wózków widłowych znalazło pracę”? O przydatności w znalezieniu pracy, kursów poświęconych znaczeniu odpowiedniej czcionki w cv już nawet nie wspomnę. A drugi pomysł? Zwiększenie „płynności” zatrudnienia, doprowadziło do zaprzepaszczenia szans na zaplanowanie sobie „normalnego życia”, na założenie rodziny, setkom tysięcy młodych ludzi. Bo jakże choćby kredyt na mieszkanie nie może dostać osoba uzyskująca nieregularny dochód z umów tymczasowych?

Niestety, obserwując polską scenę polityczną, widzę czołowych polityków tak „zatrutych” ideami neoliberalizmu, że zdają się nie dostrzegać świata wokół. Z uporem godnym lepszej sprawy, serwują społeczeństwu rozwiązania, które tylko pogarszają sytuację.  I to jest prawdziwą tragedią dla obywateli.

środa, 06 marca 2013

 Idea globalizmu dąży do całkowitego zlikwidowania barier przepływu przez granice państwowe trzech elementów gospodarki: towarów (łącznie z usługami), pieniędzy (hasło „kapitał nie ma narodowości”) i ludzi (w rozumieniu – pracownicy). W efekcie globalizm w „pełnym rozkwicie” likwiduje jakąkolwiek ochronę narodu (wspólnoty) przez Państwo. Liczą się tylko firmy i jednostki.

Idea wspólnej waluty euro, jest właśnie takim sztandarowym pomysłem myśli globalistów. Cóż za wspaniałe i przede wszystkim – skuteczne narzędzie do wprowadzenia Realnego Globalizmu. Wspólna waluta, a więc doskonała wolność i dowolność przepływu pieniędzy.

Miał być raj na ziemi, a mamy… W rezultacie posługiwania się wspólna walutą rynek unijny przypomina mi dżunglę, gdzie silniejszy bezwzględnie egzekwuje swoje prawa. To miejsce ostrej walki konkurencyjnej. Ta walka rozgrywa się na poziomie handlu zagranicznego, a o jej wynikach świadczy bilans obrotów handlowych, saldo dochodów. Od momentu wprowadzenia wspólnej waluty nastąpił dramatyczny podział państw strefy euro na dwie „drużyny”. (Wykresy w załączeniu.) 

bilans płatniczy krajów strefy euro

W mniejszości są państwa „wygrane” (Niemcy, Holandia), których bilans handlowy rok po roku jest dodatni kosztem krajów „przegranych” (Grecja, Hiszpania). A teraz, widząc tak dramatyczny rezultat, zwycięzcy wmawiają przegranym i całej opinii publicznej, że to jest wyłącznie ich własna wina, ich odpowiedzialność. Bo przecież „wolny rynek” to szansa rozwoju dla każdej gospodarki.

 bilans płatniczy krajów strefy euro

Czy aby na pewno? Przypomnijmy sobie okres burzliwego rozwoju przemysłowego Niemiec w XIX wieku. Co takiego uczynił ten kraj? Ano przede wszystkim ustalił wysokie cła na produkty z silniejszej wówczas pod względem gospodarczym Wielkiej Brytanii. W ten sposób uniknął ofensywy tańszych i lepszych produktów brytyjskich, a to zmobilizowało przemysł niemiecki do rozwoju. Przecież było zapotrzebowanie na rynku wewnętrznym. Jest popyt, to warto produkować. Właśnie wtedy, dzięki strategii protekcji przemysłu krajowego, niemiecka gospodarka uzyskała niezbędny impuls rozwojowy. To było w XIX wieku, ale nawet współcześnie, tylko naiwni lub niedoinformowani sadzą, że Niemcy całkowicie otworzyły swój rynek dla obcych towarów. Co prawda nie ma formalnych barier o charakterze administracyjnym, ale w praktyce istotnym ograniczeniem jest maksymalnie rygorystyczne i dosłowne stosowanie przez urzędników obowiązujących przepisów, celem zmniejszenia konkurencyjności obcych firm. Co nawet zauważa polskie ministerstwo gospodarki.

http://www.kig.pl/files/Znajdz%20zagranicznego%20partnera/niemcy.pdf

Importerzy na przykład, bardzo często w praktyce, mimo iż nie wymagają tego procedury unijne, są zmuszeni płacić za certyfikaty wystawianych przez jednostki badawcze w Niemczech. Koszty przeprowadzanych badań są ponad 10-krotnie wyższe od kosztów analogicznych ekspertyz przeprowadzanych w Polsce. Niemieckie izby przemysłowo-branżowe, do których importer musi należeć, niemal dyktują jakie produkty i za jaką cenę mogą być sprowadzane do ich kraju, itd., itd.

I chcę podkreślić, że pomimo tego, iż rząd Polski ma inne zdanie, to uważam, że jest to zdrowa polityka. Warto uczyć się od najlepszych, a nie powielać błędów krajów „przegranych”Niemcy stały się krajem silnym gospodarczo, dzięki temu, że w przeszłości chronili swój rynek i robią to nadal. Niemniej nie dziwię się, że  jednocześnie promują w Unii Europejskiej zasady „wolnego handlu”. Przećwiczyli już na krajach południa Europy, że tylko mogą zyskać na otwarciu słabszych rynków. I nikt im nie powie złego słowa, przecież panuje „sprawiedliwa konkurencja”, warunki są jednakowe dla wszystkich. Przecież globalizm to taka piękna idea…

poniedziałek, 04 marca 2013

Niemcy powszechnie uważane są za lidera europejskiej gospodarki, ekonomiczny fundament całej Unii Europejskiej. W rzeczywistości natomiast prawdą jest, że to Niemcy są zależne od Europy. Na dowód załączam wykres obrazujący procentową zależność PKB danego kraju od importu i eksportu. Niebieski kolor to eksport, czerwony – import. Od lewej strony po kolei Japonia, USA, Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Chiny, Korea Południowa, Rosja, Brazylia. 

 import eksport największych krajów

http://members3.jcom.home.ne.jp/takaaki.mitsuhashi/data_40.html#GExpo

Sam eksport towarów z Niemiec stanowi aż ponad 40% nominalnej wartości PKB tego kraju! To lekko licząc trzy razy więcej niż np. w Japonii. Zaskakujące jest, że w kraju o tak wysokim poziomie dochodu narodowego i tak licznej populacji jak Niemcy – poziom uzależnienia gospodarki krajowej od eksportu porównywalny jest z Koreą Południową, czyli krajem będącym typowym przykładem kolonii (analizę tego fenomenu zamieściłem w poprzednich wpisach).

Kolejny wykres przedstawia wartość „wywozu” towarów z Niemiec (w mln euro): niebieski – do krajów strefy euro, czerwony – kraje europejskie poza strefą euro, zielony – poza Europą.

Niemcy eksport

 http://members3.jcom.home.ne.jp/takaaki.mitsuhashi/data_40.html#GExpo

Już na pierwszy rzut oka widać, że aż 70% eksportu z Niemiec trafia do krajów Europy. Innymi słowy, gdyby załamał się rynek europejski, to Niemcy utraciłyby około 30% swojego PKB! Gdyby nie było eksportu z Niemiec do Europy, to wartość całego PKB tego kraju nagle spadłaby o około 30 procent. Czyżby zostanie liderem Unii Europejskiej polegało na uzależnieniu innych rynków wspólnotowych od konieczności zakupu produktów niemieckich? A drugiej strony, czy gospodarka tak mocno oparta na eksporcie, dlatego tak silnie zależna od kondycji w innych krajach, powinna być uważana za wzorzec rozwoju dla innych państw?

Niemiecki deputowany Michael Meister pozwolił sobie na krytykę Japonii w następujących słowach: „Rzeczywistym problemem japońskiej gospodarki jest jej struktura. Dlatego potrzebne są w tym kraju rozwiązania strukturalne, a nie zmiana polityki pieniężnej”.

Przyjrzyjmy się, kto ma problemy strukturalne… Czy Japonia, dla której eksport stanowi tylko 14% PKB, a dochód narodowy w przeważającej większości opiera się na rynku wewnętrznym? Czy też Niemcy, których gospodarka w znacznym stopniu (ponad 40%) jest zależna od eksportu do innych krajów?

No cóż, tylko zaślepieni globaliści, w fakcie niskiej zależności PKB Japonii od eksportu mogą widzieć problem strukturalny… Eksport owszem, jest jednym ze sposobów rozwoju gospodarki danego kraju. Ale nie powinien być celem samym w sobie!

Celem gospodarki narodowej (Oikos Nomos) jest stworzenie jak najlepszych warunków życia dla własnego narodu. Oczywiście nikt nie może zabronić Niemcom uzależnienia swojego dobrobytu od eksportu do innych krajów. Szczególnie, jeżeli te kraje same podają się na talerzu. Nie mogę wyjść ze zdziwienia, nadal słysząc euroentuzjastyczne wypowiedzi polskich polityków. Nie widzą? Nie słyszą? Nie myślą?...

Japonia natomiast nie zamierza pójść tą drogą. I Niemcy nie powinny promować w moim kraju swojego modelu gospodarki.

Obecny premier Japonii Shinzo Abe w celu uzdrowienia gospodarki narodowej złagodził dotychczasowe zasady prowadzenia polityki pieniężnej w Japonii oraz zapowiedział zrealizowanie bodźca fiskalnego. Zastanawiam się, dlaczego ta droga wyjścia z kryzysu obrana przez obecny rząd w Japonii („Abenomix”), a niemożliwa do realizacji w Unii Europejskiej, budzi tak zaciekłą krytykę Niemiec. Otóż, gdyby odniosła ona spektakularny sukces i wreszcie po 20 latach wyprowadziła mój kraj z zapaści ekonomicznej, to nasuwa mi się pewne podejrzenie, że mogłoby to być zarzewiem pewnego „fermentu intelektualnego” wśród krajów członkowskich strefy euro. Może wtedy politycy z krajów w kryzysie musieliby przyznać, że nie są w stanie skutecznie zwalczać bezrobocia dopóki są członkiem unii walutowej. A może wreszcie pojawiłyby się poważne głosy, że dla dobra własnego kraju lepiej jest wycofać się ze strefy euro bądź nawet ze struktur Unii Europejskiej? Sukces Japonii w walce z kryzysem na pewno dostarczyłby niepodważalnych argumentów zwolennikom odzyskania suwerenności polityki pieniężnej i możliwości wprowadzania taryf handlowych. A wtedy i strefa euro, i Unia Europejska, i dobrobyt Niemiec stanęłyby pod znakiem zapytania. Pierwsze głosy „eurozwątpienia” już odzywają się z Wielkiej Brytanii…

 

Chyba Niemcy zdają sobie sprawę, jakim niebezpieczeństwem dla nich może być sukces Abenomixu, dlatego uparcie, mocno krytykują tę strategię gospodarczą. Osobiście nie mam do nich o to pretensji, mają przecież prawo troszczyć się o swój kraj, mają prawo robić wszystko, co uważają za korzystne dla swojego społeczeństwa. Natomiast mocno krytykuję zasady funkcjonowania Unii Europejskiej i strefy euro. Ponieważ są to sztandarowe pomysły Realnego Globalizmu, który wyrósł z myśli neoliberalnej, a który ignoruje, a czasami wręcz niszczy gospodarkę narodową (Oikos Nomos). A rachunki płaci społeczeństwo…

Czy w sytuacji szalejącego bezrobocia zarówno Grecja jak i Hiszpania nie powinny raczej tworzyć nowych miejsc pracy, zamiast koncentrować się na redukcji wydatków budżetowych? Ale aby tworzyć te miejsca pracy, potrzebne są inwestycje publiczne, niezbędne są nakłady finansowe. W razie ich braku gospodarka narodowa po prostu się kurczy, dług budżetu rośnie, społeczeństwo upada… Uważam, że w celu naprawy gospodarki własnego kraju właśnie teraz rządy Grecji i Hiszpanii powinny zacząć realizować strategię łagodzenia polityki pieniężnej oraz prowadzić stymulującą politykę fiskalną.  Powinny, ale uuups! Przecież mają euro i wytyczne z Brukseli.

Jest prawdziwą tragedią dla tych krajów, że  podstawowe narzędzia prowadzenia polityki gospodarczej, zostały przekazane trzeciej stronie – Europejskiemu Bankowi Centralnemu. Mamy Realny Globalizm, a gdzie ekonomia - Oikos Nomos?


piątek, 01 marca 2013

Problemem obecnej gospodarki światowej jest niski poziom zatrudnienia ludzi, bo ten wskaźnik najlepiej przekłada się na ich dochód. A od tego dochodu właśnie zależy konsumpcja ludzi, która z kolei decyduje o kondycji gospodarki narodwej (Oikos Nomos). I tak w uproszczeniu, koła się zamyka. Ludzie pracujący, uzyskują dochód, za który kupują produkty, których wytwarzanie to kolejne miejsca pracy, itd.

kryzys

Z punktu widzenia polityki gospodarczej „zatrudnienie” i „dochód” są niemal tożsame. Jeżeli zachodzi deflacja, to cena wytworzonego w procesie pracy produktu spada, w rezultacie zmniejsza się dochód. Potocznie, uważa się, że deflacja jest korzystnym zjawiskiem dla konsumenta, bo może kupić tańszy produkt. To jest wielkie nieporozumienie! Deflacja nie tylko powoduje spadek cen, ale również zmniejszenie pochodu narodowego. To znaczy, że wartość pracy ludzi spada. Jednocześnie rośnie bezrobocie. Oczywiste jest, że gdy podaż przewyższa popyt, spółki starają się zredukować koszty. Dlatego zwalnia się pracowników i ogranicza inwestycje. Niestety na koniec ubiegłego roku i początek obecnego w Polsce silnie zaznaczyły się te zjawiska. Rośnie bezrobocie, wtedy rząd obserwując mniejsze wpływy do budżetu, obniża na przykład poziom wydatków publicznych. Więc firmy, które do tej pory realizowały te inwestycje (np. branża budowlana w Polsce) zamykają kolejne zakłady, zwalniają pracowników. Znowu rośnie bezrobocie, gospodarka się zmniejsza, itd. Tym właśnie jest deflacja! To bardzo groźne zjawisko i tym można wytłumaczyć niepokój, z jakim przyjęto informację o gwałtownym spadku poziomu inflacji w Polsce. Gdyby doszło do deflacji – to już katastrofa!

Wracając do podstaw gospodarki – Produkt Krajowy Brutto, Otóż PKB ma trzy twarze:

- na jedną patrzymy z punktu widzenia produkcji, to suma wartości produkcji i wartości dodanej;

- z punktu widzenia wydatków, to suma konsumpcji oraz inwestycji;

- z punktu widzenia dystrybucji, to suma dochodów;

Zasadą jest trójstronna równowaga pomiędzy:

Produkt krajowy brutto = wydatki krajowe brutto = dochód krajowy brutto

Wniosek stąd jest jeden:

Nasze zakupy (wydatki), do dla innej osoby dochód.

Ekonomia jest prosta!

To na czym polega obecny problem? Dochód narodu nie powiększa się, ponieważ rośnie bezrobocie, a bezrobotni nie mają siły zakupu. A dlaczego powiększa się bezrobocie? Bo firmy nie mogą sprzedać produkcji. A dlaczego nie mogą sprzedać produkcji? … Ano właśnie! Tu przyczyn może być wiele. Niemniej przyjrzyjmy się sytuacji na krajowym rynku Polski. Pełne otwarcie rynku spowodowało zalew tańszych produktów, pochodzących albo z krajów o niskich kosztach produkcji (np. Chiny) lub krajów o wysokiej wydajności produkcji (np. Niemcy). Krajowi producenci nie mieli szans na dostosowanie się do nowych warunków, na wygranie walki konkurencyjnej z przysłowiowym Goliatem i po prostu zbankrutowali. Oczywiście nie wszyscy. Niestety nawet najlepsze polskie firmy nie mogą liczyć na jakiekolwiek wsparcie polskiego rządu. Przykładem są uznani krajowi producenci pociągów (Pesa i Newag) i decyzja rządu o zakupie włoskiego składu Pendolino. A powtarzam: czyjś zakup, to dla drugiej strony dochódTo jak ma rosnąć gospodarka Polski, jeżeli Polacy nie będą kupować polskich produktów? Na co liczą? Na eksport do Chin?kryzys