Oczami Japończyka
środa, 27 listopada 2013

Czyjś koszt, to dla drugiej strony dochód. Dlatego zarobek każdego z nas pochodzi z wydatków innej osoby. Aktywa finansowe jednej osoby/instytucji są jednocześnie zobowiązaniem finansowym dla kogoś innego. Warto mieć świadomość, że aktywa finansowe, nie będące jednocześnie niczyim zobowiązaniem, po prostu nie istnieją. Pieniądz cały czas krąży…

 

Dla przykładu, jeśli wydasz 1000 zł, to dokładnie o taką sumę wzrośnie dochód kogoś innego, lub kilku innych podmiotów, dając sumarycznie właśnie taką kwotę. Te 1000 zł nie zniknie ze świata,  ile oczywiście ich nie spalisz. Z punktu widzenia mikroekonomii, niestety pieniądze zniknęły z Twojego portfela, jednak patrząc na poziomie makro, po prostu przewędrowały do portfela innej osoby.

Rozważmy hipotetyczną sytuację, że na cały świat składają się tylko dwa byty: Ty i cała „reszta”. Zawsze, kiedy wydasz 1000 zł, to dochód/oszczędności całego świata „poza” Tobą wzrosną o 1000 zł. A z drugiej strony, kiedy uzyskasz dochód 1000 zł, t będzie znaczyło, że świat „poza” tobą poniósł wydatki w wysokości tego 1000 zł właśnie.

Załóżmy dalej, że na całym świecie istnieje tylko 100 000 zł. Kiedy Ty zarobisz 2000 zł i jednocześnie wydasz tylko 1000, a pozostały 1000 zaoszczędzisz, to zasoby reszty świata zmaleją do 99 000 zł. Wyobraź sobie, że tak co miesiąc oszczędzasz po 1000 zł. Wtedy po 100 miesiącach twoje oszczędności wzrosną d 100 000 zł. Jednocześnie jednak zasoby pieniężne „reszty” świata będą równe 0 zł. Ty jednak nadal chcesz oszczędzać, wtedy „reszta” świata musi jakoś zdobyć gotówkę. Albo pożyczy ją d Ciebie, albo „światowy bank centralny” dodrukuje tych pieniędzy, w celu zwiększenia ilości gotówki na świecie. Przecież banknot (pieniądz) formalnie jest długiem (pasywa) banku centralnego.

(Precyzyjnie mówiąc – banknot nie jest prawdziwym długiem, ponieważ bank centralny nie ma obowiązku jego spłaty. Jednak formalnie – banknot jest właśnie zobowiązaniem banku centralnego.)

Z powyższego eksperymentu myślowego wyraźnie widać, że wzrost czyjegoś poziomu oszczędności, skutkuje tym, że „reszta” świata ma mniej pieniędzy – musi zmniejszyć swój poziom oszczędności lub zaciągnąć dług. Logiczne? Logiczne!

A teraz podzielmy świat na dwa podmioty: rząd i wszystko poza rządem (społeczeństwo). Załóżmy, na całym świecie, ludzie oszczędzają miesięcznie po 500 zł „na głowę”. Wówczas dług rządów na całym świecie wzrasta  350 miliardów zł miesięcznie. (7,000,000,000 osób x 500 zł) Mamy wówczas sytuację, kiedy w ścisłym tego słowa znaczeniu „zadłużenie finansowe netto” rządów na całym świecie rośnie. (Zadłużenie finansowe netto, określa się jako „czysty dług”, czyli wartość długu pomniejszona ewentualne aktywa finansowe, jak akcje i depozyty. Analogicznie „aktywa finansowe netto” to wartość aktywów finansowych minus zobowiązania, czyli dług.)

Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego z 2010 roku, zadłużenie finansowe netto rządów na całym świecie sięgało kwoty 28,750 bilionów dolarów . Innymi słowy, oznacza to, że 28,750 bilionów dolarów znajduje się w zasobach aktywów finansowych prywatnych ludzi na całym świecie. Aktywa finansowe sektora prywatnego i finansowy dług netto rządów na całym świecie bilansują się (równają się).

Wyobraźmy sobie teraz, co takiego stałoby się, gdyby przed rządami na całym świecie postawić jedno zadanie: należy zmniejszyć dług poprzez robienie oszczędności. Ten, kto prześledził wcześniejszy eksperyment myślowy już wie, że wzrost oszczędności jednej strony oznacza, że u kogoś innego urósł dług. Rząd może oszczędzać tylko pozbawiając kogoś dochodu.

Czyli jeżeli rządy na całym świecie dążą do spłacenia swojego zadłużenia, to musi się to odbyć kosztem zmniejszenia poziomu oszczędności, bądź nawet zwiększenia poziomu zadłużenia, sektora prywatnego - ludzi. Podkreślam, jeżeli obowiązkiem rządu staje się wypracowanie nadwyżki budżetowej, to oznacza dla sektora prywatnego zmniejszenie poziomu oszczędności lub wzrost zadłużenia. Tak przy okazji takie właśnie kuriozalne zapisy istnieją w konstytucji Singapuru i w Niemczech. Co gorsza Niemcy wezwały inne kraje Unii Europejskiej do wpisania w swoje konstytucje obowiązku zrównoważenia budżetu.

Gdy faktycznie do tego dojdzie, będzie to oznaczało że, w celu zrównoważenia budżetu rządowego, całe społeczeństwo danego kraju, będzie musiało pozbywać się swoich oszczędności lub nawet zadłużać. Czyli wszyscy przeciwnicy zadłużenia rządowego, muszą zaakceptować zadłużenie własne. Gdyż aktywa finansowe sektora prywatnego i finansowy dług netto rządów na całym świecie bilansują się.

We współczesnym systemie ekonomicznym, ze stosunkowo dojrzałą gospodarką, ludzie mogą sobie pozwolić na stopniowy wzrost własnych oszczędności. A to oznacza mechanizm, w którym zawsze wzrasta dług rządu. Jeżeli natomiast absolutnie nie akceptujemy wzrostu poziomu zadłużenia rządowego, to trzeba przyjąć system, w którym to sektor prywatny nie może oszczędzać.  Coś za coś. Nie można zjeść ciastka i mieć ciastka. Alternatywą jest zbudowanie społeczeństwa wysokiego dobrobytu, jak w krajach północnej Europy (Szwecja, Norwegia). Tam nawet osoby bez jakichkolwiek oszczędności mają przez rząd zagwarantowane bezpieczeństwo.

Reasumując, zanim rozpocznie się bezwzględną krytykę deficytu budżetowego, warto najpierw przemyśleć, jakiego rodzaju społeczeństwo chcemy zbudować i jakie powinny być cele funkcjonowania państwa.

Dług, bądź deficyt fiskalny kraju sam w sobie jeszcze nie jest wielkim problemem. Jakby na to nie patrzeć, stan deficytu budżetowego jest… normalny. Raczej powinniśmy martwic się od kogo rząd pożyczył pieniądze, w jakiej walucie, i przede wszystkim - na co je wydał. Innymi słowy, naprawdę godne uwagi, bo niebezpieczne jest to, czy pieniądze, które pożyczył rząd nie wypływają z kraju?

 

czwartek, 21 listopada 2013

Deficyt budżetowy rządu jest powszechnie krytykowany, tymczasem znacznie groźniejszy jest deficyt na rachunku bieżącym, czyli różnica pomiędzy wartością produktów sprzedanych i kupionych zza granicy. I to on powinien być w centrum zainteresowania rządu, opozycji i dziennikarzy. Co więcej, istnieją sytuacje, kiedy nawet korzystne dla gospodarki narodowej jest zwiększenie deficytu budżetowego, o ile uzyskane środki służą do redukcji deficytu obrotów bieżących (eksport-import). A tymczasem opinia publiczna, pod dyktando Niemiec, przekonywana jest o bezwzględnej szkodliwości deficytu i koniec. Unia Europejska wymaga od państw członkowskich zrównoważenia budżetu, dając za przykład Niemcy, które we własnej konstytucji stworzyły zapis zabraniający wzrostu zadłużania państwa. Co gorzej Niemcy chcą wprowadzenia analogicznych zapisów w konstytucjach innych państw. Jedynie Wielka Brytania i Czechy sprzeciwiły się dyktatowi Niemiec.  Oba krajem skutecznie radzą sobie z kryzysem. Przypadek? Nie sądzę…

Rynek globalny funkcjonuje na zasadzie naczyń połączonych: w krajach notujących nadwyżki na rachunku bieżącym (eksport ˃ import), rośnie ilość pieniądza, pojawia się nadmiar oszczędności krajowych. Tymczasem w krajach mających deficyt na rachunku bieżącym (eksport ˂ import) pieniędzy brakuje. Globalizacja umożliwia przepływ kapitału, jedni zarabiają, a u innych zadłużenie zagraniczne rośnie… „Niewidzialna ręka rynku” pełni funkcję regulatora. Tylko, czy te regulacje są dla wszystkich korzystne?

„Bezpieczny” sposób zadłużania państwa ma miejsce wtedy, gdy rząd pożycza pieniądze z zasobów krajowych. Jednak jest to możliwe tylko wówczas, gdy poziom krajowych oszczędności jest wystarczająco wysoki. Jeżeli pieniędzy brakuje, jak to się działo np. w Grecji, to nie ma innego wyjścia, jak pożyczyć je z zagranicy. Niestety jest to strategia niebezpieczna dla kraju. Dlatego rząd powinien przede wszystkim dbać o wystarczający poziom oszczędności krajowych. A ten wzrasta, gdy … wzrasta dochód narodowy.

Czy można w Polsce znacząco zwiększyć dochód narodowy? Niestety w krajach o wysokim poziomie bezrobocia, ani dochód narodowy, ani poziom krajowych oszczędności - nie wzrasta. W tej sytuacji rząd, który umywa ręce od odpowiedzialności za sytuację na rynku pracy i ślepo wierzy w samoistne „wolnorynkowe” regulacje jest skrajnie nieodpowiedzialny. A jego strategia niestety jest bardzo niebezpieczna dla całego państwa.

Warto pamiętać, że sytuacja odwrotna - nadmierny poziom oszczędności krajowych - jest także niekorzystna dla gospodarki krajowej. Jeżeli, ani przedsiębiorstwa, ani gospodarstwa domowe nie inwestują i ograniczają konsumpcję, tak jak dzieje się właśnie w Japonii, to gospodarka wpada w spiralę deflacji. W kraju gromadzą się nadwyżki pieniądza. Jedyne co można z nimi zrobić, to zainwestować za granicą. Zachodzi tzw. eksport kapitału, właśnie do krajów borykających się z deficytem na rynku pieniężnym.

Podsumowując: zadłużenie rządu samo w sobie nie jest problemem, o ile jest to zadłużenie wewnątrzkrajowe i o ile – co najważniejsze – pozyskane pieniądze wydawane są racjonalnie.

Rząd niestety może te pieniądze po prostu zmarnować, wykorzystując je wyłącznie do zwiększenia popytu na konsumpcję dóbr importowanych, jak to właśnie czyniła Grecja.

Może także zainwestować je w celu zwiększenia poziomu krajowego „zasilania”, czyli np. w takie inwestycje kapitałowe, które zaowocują rozwojem nauki, techniki, krajowego przemysłu.

Czyli zadłużanie – TAK – ale z sensem!

Import, pogarszający saldo na rachunku bieżącym, jest we współczesnym świecie zjawiskiem powszechnym i nieuniknionym. Tymczasem warto mieć świadomość, że istnieją dwie podstawowe strategie importowe:

  1. Importowi podlegają produkty, których w żaden sposób nie można pozyskać na rynku wewnętrznym, np. kopaliny, surowce energetyczne.
  2. Importowane są towary, które można wyprodukować na rynku krajowym, niemniej te „z zagranicy” są tańsze, dlatego wypierają krajowe.

Chyba nie muszę przekonywać, która strategia przeważa w krajach bogatych, a którą radośnie zniszczyły własny przemysł kraje obecnie zagrożone bankructwem…

Czyli import - TAK – ale z sensem!

Nie jestem zwolennikiem beztroskiego zadłużania kraju. Niemniej dopuszczam sytuację, kiedy warto pożyczyć pieniądze z zagranicy, aby użyć ich do zwiększenia krajowego potencjału zasilania: produkcji i usług. Warto pamiętać, że kurs danej waluty na rynkach międzynarodowych, w dużej mierze zależy właśnie od zdolności zasilania w danym kraju. Nawet jeżeli znacznie zadłużymy budżet państwa, ale pieniądze te przyczynią się do rozwoju gospodarki krajowej, to wzrośnie „poziom zaufania rynków międzynarodowych”. W konsekwencji zmniejszy się potencjalne ryzyko niewypłacalności kraju. Dlatego wszelkie wydatki rządowe (inwestycje publiczne) powinny dawać pracę firmom krajowym, a nie jeszcze przyczyniać się do wzrostu deficytu na rachunku bieżącym!



piątek, 15 listopada 2013

Rząd decydując o zmianach funkcjonowania OFE, dokonuje dwóch posunięć:

- po pierwsze wywłaszcza część obywateli z posiadanego majątku, na rzecz innych grup społecznych;

- po drugie, zabraniając OFE inwestowania w obligacje na przyszłość, aktywnie kreuje trend wzrostu poziomu zadłużenia zagranicznego Polski.

Jeśli pieniądze na zakup obligacji rządowych pochodzą z oszczędności społeczeństwa, to po nastaniu pory wykupu tych obligacji, pieniądze te wracają z powrotem do obywateli i w sposób ciągły zasilają rynek krajowy. Zasadnicza różnica pojawia się wtedy, gdy kupno obligacji jest finansowane z oszczędności innych krajów. „Zarobek” z tych obligacji transferowany jest wówczas do innego narodu. Co więcej, państwo sprzedające swoje obligacje na „zagranicznych rynkach finansowych” narażone jest na spekulacje i poważnie zagrożone bankructwem – przykładem są kraje południa Europy. Dlatego OFE jako wewnątrz-krajowy inwestor, kupujący obligacje rządowe, wydaje się być bezpiecznym i bardzo pożądanym podmiotem. Oczywiście zasadność pobierania wielkich opłat za zarządzanie jest zupełnie inną kwestią.

Dlaczego zakup obligacji przez OFE był taki bezpieczny dla kraju? Ano dlatego, że w sytuacji podbramkowej, ratując kraj przed niewypłacalnością, państwo chcąc zdobyć fundusze na wykup obligacji, może po prostu wydrukować pieniądze. Przecież OFE kupowało obligacje denominowane w złotych polskich. Warto mieć świadomość, że taki „dodruk” pieniędzy jest posunięciem, na którym solidarnie traci całe społeczeństwo, gdyż automatycznie może spowodować znaczny ich spadek wartości waluty. Dlatego takie posunięcia są zarezerwowane dla sytuacji naprawdę wyjątkowej…

W Polsce, żadna sytuacja wyjątkowa, miejsca ostatnio nie miała. Katastrofalny stan budżetu państwa jest po prostu konsekwencją nieporadnego sposobu zarządzania krajem, gospodarką narodową. Rozumiem, że brakuje pieniędzy. W takim przypadku, jakiekolwiek obciążenia powinny być równomiernie rozłożone na całe społeczeństwo. A tymczasem rząd polski chce przeprowadzić posunięcie naprawdę bez precedensu: po prostu wywłaszczyć niewielką część społeczeństwa z posiadanego majątku. I tymi pieniędzmi tymczasowo załatać dziurę budżetową. Czy w Polsce obywatele są równi wobec prawa? Czy państwo jednakowo traktuje wszystkich Polaków? Sam premier Tusk przecież kiedyś walczył w imię „Solidarności”…

Jeszcze bardziej kuriozalny, wydaje się forsowany zapis, zabraniający krajowym OFE zakupu obligacji. Wobec tego, kto zadaniem rządu jest najbardziej pożądanym podmiotem kupującym obligacje krajowe, skoro nie własne społeczeństwo?

Kiedy „normalny” rząd pożycza pieniądze z zagranicy? Dopiero wtedy, gdy nie jest w stanie zebrać niezbędnej kwoty na rynku krajowym, czyli np. w sytuacji gdy poziom oszczędności społeczeństwa jest zbyt niski. A tymczasem polski rząd zabrania kupowania polskich obligacji za środki będące własnością Polaków! Do czego to doprowadzi? Komu będą sprzedawane polskie obligacje?

Pisałem poprzednio, że wielkość pożyczek rządowych sama w sobie nie wyznacznikiem wielkości problemu z tym długiem. Prawdziwe niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy rząd zadłuża się „za granicą” i w obcej walucie. Obserwując posunięcia rządu polskiego wobec OFE, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że rząd realizuje jakąś samobójczą strategię: czyżby aktywnie dążył do zwiększenia puli zadłużenia zagranicznego?



piątek, 08 listopada 2013

Aby oszacować prawdziwy problem z długiem budżetowym, należy zadać trzy podstawowe pytania:

1.  Od kogo rząd pożyczył pieniądze?

2. W jakiej walucie rząd pożyczył pieniądze?

3. Na co rząd wydał pożyczone pieniądze?

Jak to wygląda w Polsce? Niestety dług budżetowy rządu polskiego jest w dużej części finansowany przez instytucje międzynarodowe. Sytuacja ta nawet zaniepokoiła Komisję Europejską, która ostrzegła rząd, iż taka struktura długu wystawia kraj na niebezpieczeństwo spekulacji ze strony „międzynarodowych rynków finansowych”.  Innymi słowy siedzimy na minie, która nie wiadomo kiedy wybuchnie…  A na co przeznaczane są pieniądze? Na bieżącą konsumpcję? Czy na stymulowanie wzrostu gospodarczego, rozwój przemysłu, który pozwoliłoby w przyszłości na spłacenie tego długu? … Pozwolę sobie nawet nie odpowiadać na to pytanie. W tej perspektywie, nawet niskie oprocentowanie tego długu, czym chwali się minister Rostowski wydaje się sprawą prawdziwie drugorzędną.

Różnice pomiędzy długiem Polski, Grecji a Japonii są ogromne i bynajmniej nie dotyczą przede wszystkim wielkości kwoty tego zadłużenia. Rząd Japonii zaciąganym długiem chce finansować długoterminowe inwestycje publiczne. Działanie takie ma na celu zachęcenie sektora prywatnego do inwestycji i w efekcie pobudzenie całej gospodarki. Oczywiście również w Japonii jest bardzo silne lobby zwolenników ekonomii neoklasycznej, którzy są bezkompromisowymi zwolennikami zrównoważenia budżetu i wymagają tłumienia zadłużenia rządu. Stanowią oni bardzo silną opozycję wobec przeprowadzanych reform.

Dlaczego Japonia z ponad 200% zadłużeniem nie jest zagrożona bankructwem? Przyczyn jest kilka. Warto zwrócić uwagę, że pomimo tak wysokiego poziomu zadłużenia wysokość odsetek długoterminowych obligacji rządowych Japonii nie przekracza 1%. Dlatego obsługa tego długu nie jest jakoś specjalnie dokuczliwa dla gospodarki. Rzeczywistym problemem gospodarki Japonii nie jest dług, a jest deflacja.

W strefie euro sytuacja jest bardzo „nienaturalna” i niebezpieczna, gdyż państwa posługują się walutą, która w rzeczywistości jest walutą obcą. Dlatego rządy (np. Grecji) początkowo bardzo łatwo otrzymywały pożyczki z ryków międzynarodowych, za które finansowały wydatki bieżące. Pieniądze które trafiały do obywateli, dalej były wydawane na konsumpcję, czyli często na zakup dóbr z importu. Czyli pieniądze – euro - „wypływały” w rynku krajowego. Rząd znajdując swój kraj w stanie niedoboru pieniądza, znowu zaciągał pożyczkę i… sytuacja się powtarzała. Dlatego wzrost długu w walucie euro doprowadził do zapaści finansowej Grecję, Hiszpanię, itd., itd. Widać na podatnie tego przykładu, że pożyczanie pieniędzy „zza granicy” jest dość niebezpieczne. Dlaczego wobec tego rządy decydują się za zaciąganie długów u zagranicznych wierzycieli? Kolejne pytanie: czym różni się zaciąganie długu wewnątrz kraju od długu u zagranicznych wierzycieli? Przecież pieniądze tak czy tak trzeba oddać.

Otóż rozważmy saldo oszczędności i inwestycji.

Najpierw wyobraźmy sobie sytuację czysto hipotetyczną, gdy nie istnieje obrót kapitału, towarów ani usług w skali globalnej. Czyli pieniądze krążą jedynie w obrębie danego kraju. Wówczas wszystkie inwestycje krajowe, łącznie z publicznymi, finansowane są wyłącznie ze środków krajowych. Banki mogą obracać jedynie środkami zgromadzonymi przez naród (gospodarstwa domowe i krajowe przedsiębiorstwa). Wówczas rząd, realizując inwestycje publiczne, będzie wykorzystywał oszczędności narodu. Co ważne, w sytuacji gdy wykorzystywany będzie krajowy potencjał produkcyjny, wszystkie wydatki rządowe (pensje, koszty inwestycji) będą tworzyły dochód narodowy. Czyli pieniądze pozostaną w kraju!

Schemat przepływu pieniądza:

Naród (kredytodawca) → Bank (kredytobiorca i kredytodawca) → Rząd (kredytobiorca) → Wydatki budżetowe → Dochód Narodowy

W powyższym schemacie pieniędzy w kraju nie ubywa!

A co dzieje się, gdy wydatki rządowe przeznaczone na pensje sfery budżetowej, idą do gospodarstw domowych, które dochód swój przeznaczają na zakup produktów importowanych? Wówczas dochody te (pieniądze) przekazywane są na zewnątrz gospodarki krajowej. Innymi słowy – pieniądze znikają z kraju. Wypływanie pieniędzy z kraju oznacza automatycznie zmniejszanie się poziomu krajowych oszczędności. Wtedy dochodzi do sytuacji, gdy rząd chcąc sfinansować swoje wydatki nie może niezbędnego kapitału zebrać na rynku krajowym . I wtedy szuka pieniądza na rynkach zagranicznych. Czyli inaczej: finansuje wydatki krajowe dzięki oszczędnościom pozyskanym od innych państw.

A to już zaczyna być sytuacja potencjalnie niebezpieczna. Dlatego, aby uniknąć spirali zadłużenia zagranicznego rządy próbują zredukować swoje wydatki. Obniżają płace sfery budżetowej i zasiłki (zwykle tych najsłabszych grup – nauczycieli, emerytów czy rencistów). Próby oszczędności na silniejszych grupach społecznych (górnikach, służbach mundurowych) zwykle wywołują silne protesty i kończą się… przegranymi wyborami. W Grecji, w której tradycyjnie istniały bardzo silne związki zawodowe politycy przez długie lata prowadzili politykę „schlebiania publiczności”. Efektem jest upadek finansowy całego kraju. Przykre to, ale to właśnie obywatele Grecji, w demokratycznych wyborach, wybierali sobie takich, a nie innych polityków…

W przypadku nagłego zmniejszenia się dochodów podatkowych rządu, trudno równie nagle zmniejszyć wydatki budżetowe (liczbę policjantów, strażaków, lekarzy, szpitali, itd.). Dlatego rząd musi wydawać obligacje (zaciągać dług). Niemniej warto pamiętać, że jeśli pieniądze na zakup tych obligacji będą pochodziły z oszczędności krajowych i zostaną wydane na rynku krajowym, czyli wrócą do narodu, to ryzyko zapaści finansowej państwa jest minimalne. Prawdziwy problem z długiem pojawia się wtedy, gdy rząd zza granicy pozyskuje pieniądze, aby za nie kupować zagraniczne produkty.

Dlatego ponownie rzucam do rozważenia pytanie: czym należy się przede wszystkim martwić – deficytem budżetowym, czy deficytem na rachunku bieżącym?



środa, 06 listopada 2013

Powszechnie utarło się krytykować deficyt budżetowy rządu. W zasadzie opinia publiczna jest przekonana, że najgorsze, co rząd może zrobić krajowi, to zwiększać zadłużenie budżetu państwa. Zastanówmy się, na czym polega problem? Deficyt budżetowy powstaje wtedy, gdy dochody rządu (np. VAT, CIT, podatek dochodowy) są niewystarczające do finansowania działalności państwa, a więc np. do wypłat rent, emerytur, płacenia za opiekę zdrowotną, czy edukację obywateli. Wówczas brakujące środki rząd zdobywa poprzez emisję obligacji skarbowych. Jeżeli sytuacja taka powtarza się z roku na rok, to całkowite zadłużenie budżetu państwa wzrasta. Powszechnie stosowanym wskaźnikiem porównującym wielkość zadłużenia kraju jest procentowa wartość wielkości długu wobec rocznego Produktu Krajowego Brutto tego kraju.

Czy jest to wskaźnik miarodajny? Porównując procentową wartość zadłużenia Japonii i Grecji zauważamy, że dług Japonii znacznie przekroczył już 200% w stosunku do PKB. Na tym tle Grecja ze swoim zadłużeniem sięgającym 160% wydaje się być spokojniejszą przystanią. Wobec tego: dlaczego to Grecja, a nie Japonia jest w stanie upadłości? Różnic pomiędzy długiem greckim, a japońskim jest wiele, ale największy z nich dotyczy – waluty. Dług Japonii jest prawie w 100% denominowany w walucie krajowej - japońskich jenach. Grecja swój dług zaciągnęła w euro. To „euro” niby jest walutą Grecji, ale jednocześnie funkcjonuje na terenie państwa jak waluta obca.

Różnica pomiędzy długiem Japonii a Grecji polega także na tym, że japoński rząd pożyczył pieniądze z oszczędności swojego społeczeństwa. Grecja natomiast finansowała swój dług pieniędzmi innych krajów, np. Niemiec i Francji. I to jest kolejna, fundamentalna różnica.

Można zapytać: i co z tego wynika? Otóż bardzo wiele.

Ponieważ dług japońskiego rządu jest denominowany w jenach, to możliwość zapaści finansowej Japonii, z powodu tego długu, jest niemal zerowa. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że za japońskie jeny można kupować produkty wyłącznie na terenie Japonii. Dlatego pieniądze nie znikają z kraju. Co innego w krajach posługujących się wspólną walutą: zarówno banki, przedsiębiorcy, jak i „prywatni” ludzie mogą swobodnie dokonywać zakupów w dowolnym kraju unii walutowej. W efekcie, na rynku greckim krąży coraz mniej pieniądza. Jeszcze większe niebezpieczeństwo na swój kraj ściąga rząd, który pożycza pieniądze w obcej walucie. A niestety taki zwyczaj ma minister Rostowski…

Po drugie, w sytuacji „podbramkowej”, gdyby zdarzyła się jakaś katastrofa gospodarcza, to w najgorszym wypadku obligacje rządowe może wykupić Centralny Bank Japonii, mający prawo emisji jena. Innymi słowy, ten bank może przejąć dług budżetu, a to miałoby ten sam efekt, jakby zadłużenie rządu po prostu zniknęło. Dodruk pieniędzy przez bank centralny może nieść za sobą ryzyko ogromnej inflacji. Jednak Japonia to nie Zimbabwe. Od ponad dwudziestu lat Japonia zmaga się z deflacją. Dlatego bardzo pożądana jest polityka stymulująca powstanie umiarkowanej inflacji. W tym wpisie nie chcę opisywać czym jest deflacja, dlatego wracam do problemu deficytu budżetowego.

Śledząc głosy opinii publicznej widzę, że większość ludzi wychodzi z założenia, że zadłużenie rządowe jest samo w sobie szkodliwe dla gospodarki. Tymczasem jest to wielkie nieporozumienie. W zdrowej gospodarce kapitalistycznej, ktoś musi pożyczać pieniądze i wykorzystywać je na inwestycje lub chociażby do konsumpcji. Jeżeli nagle przerwano by pożyczanie pieniędzy, to gospodarka po prostu by stanęła.

Przeanalizujmy prosty model: pan Kowalski część swojego wynagrodzenia oszczędza i lokuje w banku na lokacie terminowej. Dla rodziny Kowalskich pieniądze w banku są majątkiem. Ale dla banku, który musi potem je oddać panu Kowalskiemu w jeszcze większej kwocie, są po prostu formą długu, należności do spłacenia. Dlatego bank, aby być w stanie wypłacić Kowalskim wartość lokaty wraz z odsetkami musi te dodatkowe pieniądze po prostu zarobić. A zarabia je w ten sposób, że pożycza innym… Zazwyczaj, z banku pożyczają pieniądze firmy. Przedsiębiorstwa zdobyte fundusze przeznaczają na inwestycje (budują fabryki, dokonują inwestycji kapitałowych, itp.). Dzięki temu, w kraju rozwija się produkcja towarów i usług. I tutaj dochodzimy do kolejnego problemu występującego w Unii, a w szczególności w Polsce – czy banki zagraniczne, w razie potrzeby, nie będą transferowały pieniędzy z Polski za granicę, co utrudni polskim przedsiębiorcom dostęp do kapitału i przez to spowoduje upadek gospodarki?  Jak na razie europejskie centrale przekonują, że absolutnie nie, ale prawdę poznamy w potrzebie…

A teraz sytuacja przeciwna. Co, gdyby nikt nie chciał pożyczyć pieniędzy? Wtedy to bank miałby problem. Posiadane depozyty stałyby się dla banków tylko obciążeniem. Wtedy, ratując banki przed upadkiem, może wkroczyć rząd i pożyczyć z banków pieniądze dla realizacji inwestycji publicznych.

Każde pęknięcie bańki gospodarczej i nadejście kryzysu, skutkuje tym, że zarówno przedsiębiorstwa jak i gospodarstwa domowe przestają zaciągać kredyty. A nawet, jeśli tylko są w stanie, to zaczynają szybciej spłacać swoje zadłużenie. Dlatego duże ilości pieniędzy zaczynają wracać do banków. Innymi słowy – wartość obciążeń dla banków (oszczędności obywateli i firm zdeponowane na kontach) – wzrasta. Doskonale zjawisko to było widoczne w strefie euro po pęknięciu ostatniej bańki. Szczególnym przypadkiem jest Japonia, gdzie stan ten utrzymuje się nadal, chociaż bańka pękła już 20 lat temu…

Reasumując: nasze depozyty bankowe są dla nas aktywami, a dla banku odwrotnie – zobowiązaniami finansowymi. Pieniądze te musi ktoś pożyczyć. A podczas deflacji oraz spowolnienia gospodarczego – popyt na kredyty maleje. Aby nie dopuścić do „zatrzymania się” gospodarki, rząd powinien być wtedy pożyczkobiorcą i emitować obligacje skarbowe. Innymi słowy – wtedy w interesie kraju jest zadłużanie budżetu. Większość ludzi traktuje dług jak zło najgorsze i nie rozróżnia, czy to pożycza rząd, przedsiębiorstwa, czy też gospodarstwa domowe. Warto pamiętać jednak, że jeśli nikt nie miałby długu, nikt by nie inwestował, ani nie konsumował. W takim stanie gospodarka kapitalistyczna po prostu nie działa. Tyle kwestii finansowych. Natomiast zupełnie innym problemem, chociaż równie istotnym, jest sposób rozporządzania tymi pieniędzmi, szczególnie przez instytucje rządowe. Ale to jest temat na inny wpis.

Zamiast martwić się deficytem budżetowym rządu, należy raczej martwić się deficytem na rachunku bieżącym.