Oczami Japończyka
wtorek, 14 stycznia 2014

Od czasu wprowadzenia wspólnej waluty euro obserwuje się swoistą polaryzację „gospodarczą” państw unijnych. Na jednym biegunie jest Grecja z jej prawdziwie „grecką tragedią”, a na drugim biegunie gospodarczym leżą Niemcy. Kraj ten regularnie notuje nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących, nadwyżkę handlową i niską stopę inflacji. Sytuacja godna pozazdroszczenia,  wydawałoby się, że obywatele mogą spać (i pracować) spokojnie… a tymczasem to właśnie Niemcy najsilniej forsują przestrzeganie zasady zrównoważonego budżetu (ograniczenia wydatków publicznych) i utrzymują strategię gospodarczą prowadzącą do deflacji. Już obserwuje się pierwsze efekty takiej polityki: z pozytywów trzeba przyznać, że w tym kraju utrzymuje się niska stopa bezrobocia (5,2%). Czyli ludzie mają pracę, jednak po dokładniejszej analizie obraz Niemiec wcale nie jest taki radosny: wraz z wprowadzeniem polityki „zrównoważonego budżetu” doszło do zahamowania wzrostu płac społeczeństwa.

http://jp.wsj.com/article/SB10001424052702303941704579122950886446312.html

Ta niekorzystna tendencja ma stały charakter, gdyż oznaki spadku tempa wzrostu płac w Niemczech obserwuje się już od trzech lat. Niemiecki federalny urząd statystyczny podał, iż w okresie kwiecień-czerwiec 2013 roku, płace nominalne wzrosły o 1,5%, ale to nie wystarczyło aby zrekompensować wzrost cen konsumpcyjnych. Realne tempo wzrostu płac w Niemczech z ostatnich trzech lat wynosiło kolejno: 1,5% w 2010 r., 1,2% w 2011, 0,5% w 2012. Niska stopa bezrobocia oznacza, że Niemcy mają pracę. Jednakże z punktu widzenia ich wynagrodzeń, ci pracownicy wcale nie stają się coraz bardziej zamożni…

Oczywiście sam już sam fakt niskiego poziomu bezrobocia jest dużym sukcesem gospodarki niemieckiej. Niemniej, pozwolę sobie przypomnieć, że neoliberałowie obiecują, iż w przypadku gdy w kraju jest stan „pełnego zatrudnienia”, to wtedy płace realne pracowników powinny wzrosnąć. A dzieje się wręcz przeciwnie… Oczywiście, w tym momencie wyznawcy teorii ekonomii neoklasycznej, mogą zakrzyknąć, że 5% poziom bezrobocia, chociaż jest bardzo niski, to jednak nie oznacza pełnego zatrudnienia i dlatego nie wzrastają płace. No cóż, 0,01% bezrobocie, także nie oznacza pełnego zatrudnienia, czyli praktycznie taki stan jest realnie nieosiągalny…

Wracając do Niemiec, gdyby obecnie kraj ten obrał drogę bodźca fiskalnego i w wielkim stylu rozpoczął realizację inwestycji infrastrukturalnych, to można by wtedy z prawdziwym spokojem oczekiwać dalszej poprawy na rynku pracy, a kto wie, może nawet zbliżenia się do poziomu „pełnego zatrudnienia”. Wtedy na pewno wzrósłby poziom płac w Niemczech. Jednak zmiana ta nie ucieszyłaby wszystkich! Jednocześnie pojawiliby się ludzie, którzy mieliby kłopoty. Ta grupa to „globalni inwestorzy” (w tym również kapitał niemiecki), którzy zrealizowali swoje inwestycje właśnie w Niemczech.

Dla globalnego kapitału zainwestowanego w Niemczech, im niższy poziom płac narodu niemieckiego, tym lepiej – gdyż wtedy wyższy jest zysk firmy. Sytuacja, w której dla przedsiębiorstwa pracują nisko opłacani pracownicy jest bardzo korzystna, bo daje pole do wzrostu dywidendy akcjonariuszy. Z tego samego powodu korzystne jest także obniżanie podatku korporacyjnego (CIT). Przy silnym lobby neoliberalnym, mało prawdopodobny jest wzrost  poziomu dochodów pracowników. Warto wreszcie zdać sobie sprawę, że poziom płac pracowników, który bezpośrednio przekłada się na poziom dochodu narodowego, jest dla kapitału globalnego wyłącznie kosztem, niczym więcej!

Prawda też jest taka, iż problem niskich wynagrodzeń w Niemczech nie musi być aż tak przygniatający dla społeczeństwa, gdyż Niemcy i tak są dość bogatym narodem. Opłaca się jednak mieć świadomość, że „globalny kapitał” tak samo zachowuje się i w innych krajach. Dla inwestorów poziom dochodów społeczeństwa nie jest niczym innym niż kosztem produkcji. Im jest on niższy, tym lepiej. Dlatego korporacje prowadzą agresywny lobbing wśród polityków, starając się wprowadzić w danym kraju rozwiązania prawne pozwalające im na „optymalizację kosztów”. Warto mieć świadomość, ze jednocześnie są to regulacje które ograniczają poziom dochodów społeczeństwa.

Istotnym wyznacznikiem charakterystycznym dla ekonomii neoliberalnej jest sposób w jaki postrzega się społeczeństwo. Czy ludzie to „siła nabywcza”, czy tylko „koszt” i nic więcej. Jeśli w pracowniku widzimy wyłącznie koszty, to naturalną strategią jest dążenie do ich minimalizacji. Wtedy w skali makroekonomicznej prowadzi się politykę redukcji wydatków socjalnych, redukcji inwestycji publicznych, strategię prowadzącą do deflacji. Taki kraj wpada w spiralę degradacji cywilizacyjnej i na końcu może obudzić się w mało prestiżowym towarzystwie krajów „rozwijających się”.

Wszystkim, czego potrzeba do odwrócenia tego trendu jest zmiana sposobu postrzegania ludzi jako „siły nabywczej”. Powinniśmy zrozumieć, że nie istniejemy w próżni ale, że jesteśmy częścią społeczeństwa danego kraju, dlatego opłaca się budować gospodarkę narodową „Oikos Nomos”. Dla naszego własnego dobra warto, aby w parlamencie zasiedli politycy rozumiejący znaczenie gospodarki narodowej i tacy, którym nieobce jest myślenie „logiczne”.

Reasumując: w gospodarce globalnej poziom dochodów ludzi jest traktowane wyłącznie jako koszt. Dlatego globalni inwestorzy bezwzględnie podejmują działania zmierzające do redukcji tych kosztów. To, co dzieje się ze społeczeństwem jest zupełnie poza zasięgiem ich zainteresowania. W gospodarce narodowej poziom dochodów ludności wyznacza ich siłę nabywczą. Dlatego, z tego punktu widzenia, opłacalne są wszelkie strategie gospodarcze, które prowadzą do zwiększenia bogactwa społeczeństwa. Niby szczegół, a efekty diametralnie różne… Dlatego ponawiam swoje pytanie: jakie społeczeństwo chcemy zbudować?



czwartek, 09 stycznia 2014

Aktualnie obowiązująca teoria ekonomiczna przekonuje o korzyściach płynących ze zmniejszania roli „rządu” w funkcjonowaniu państwa. Nic dziwnego, że pogląd ten dominuje wśród polityków państwa europejskich, czego wynikiem jest m. in. Dążenie za wszelką cenę do zrównoważenia budżetu.  Także japońska gospodarka od lat odnosiła szkody wywołane koniecznością równoważenia budżetu podczas deflacji. Na szczęście, coraz więcej ludzi zauważa przepaść  pomiędzy teorią, a rzeczywistymi skutkami takiego podejścia. Szczególnie cieszy ruch, jaki narodził się wśród młodych ludzi – studentów czołowych światowych uczelni ekonomicznych (London School of Economics, Cambridge, Essex, Mnchester, itd.), którzy w obliczu postępującej dewaluacji idei neoliberalnych, coraz mocniej domagają się wiedzy o innych, do tej pory pomijanych przez akademickie programy nauczania, teoriach ekonomicznych. Całą nadzieja w młodym pokoleniu!

http://www.theguardian.com/commentisfree/2013/nov/20/orthodox-economists-failed-market-test?commentpage=1

Niestety, zanim nastąpią zmiany, rząd i ekonomiści z pierwszych stron gazet, skupiają się na realizacji zasady zrównoważonego budżetu forsowanej przez ekonomię neoklasyczną. Konsekwentnie, postępując w myśl oszczędnościowych zaleceń neoliberałów, dochodzimy do sytuacji, gdy w kraju nie możemy nawet utrzymać istniejącej infrastruktury, poziomu edukacji, ochrony zdrowia - z obawy o wzrost długu. Społeczeństwo bezkrytycznie wspierające ten pomysł prowadzi do degradacji cywilizacyjnej swojego kraju i w końcu obudzi się w gronie państw „rozwijających się”. Nie można przejechać drogą – bo jest zbyt dziurawa, nie można przejść po moście – bo grozi zawaleniem… Czy w takim kraju chcemy żyć? Czy to jest kraj „rozwinięty”? Czy warto zmniejszać poziom zadłużenia publicznego kosztem bezpieczeństwa i komfortu życia społeczeństwa? Wreszcie dochodzimy do pytania: ważniejszy jest dług państwa czy obywatel? Człowiek, czy pieniądze?

Ale ludzi zafascynowanych przez chochlika o nazwie „polityka zrównoważonego budżetu” nie obchodzi, że drogi są dziurawe, a mosty zepsute… A tymczasem, wraz z degradacją infrastruktury, spada wzrost gospodarczy kraju! W państwie, w którym są problemy z przepływem ludzi i z logistyką, błyskawicznie obniża się tempo wzrostu gospodarczego.

Ponadto, gdy wydatki rządowe ograniczane są przez zasadę zrównoważonego budżetu, to powoduje spadek (lub brak wzrostu) przychodów krajowych, których źródłem były właśnie inwestycje publiczne. Więc jednocześnie dochód narodowy zmniejsza się o teoretycznie „zaoszczędzoną” w budżecie kwotę. Czy to są prawdziwe oszczędności?

Oczywiście są sytuacje, gdzie polityka zrównoważonego budżetu jest jak najbardziej pożądana. Dwa sztandarowe przykłady to:

- kraje borykających się z wysoką stopą inflacji,

- kraje o niskiej zdolności zasilania.

Dobrze znamy sytuację Grecji, która zwiększała swój poziom zadłużenia, a za pozyskane pieniądze kupowała towary importowane. W ten sposób, w sytuacji niskiej zdolności zasilania rodzimego przemysłu, stymulowała rozwój gospodarek zagranicznych.

Reasumując: są sytuacje, gdzie umiar rządu w wydawaniu pieniędzy jest jak najbardziej pożądany: w sytuacji wysokiej inflacji oraz gdy pieniądze te zasilają gospodarki zagraniczne. Jednakże z drugiej strony, rygorystyczne i bezwzględne trzymanie się zasady zrównoważonego budżetu może zepchnąć kraj w rozwoju cywilizacyjnym i znacząco pogorszyć warunki życia społeczeństwa.