Oczami Japończyka
środa, 30 stycznia 2013

W myśl zasad ekonomii neoklasycznej: totalna deregulacja prowadząca do bankructwa całych gałęzi przemysłu w danym kraju jest zjawiskiem korzystnym gospodarczo, bo każdy powinien specjalizować się w tym, co mu wychodzi najlepiej. Zgadzam się, że hodowla oliwek w Szwecji nie jest najlepszym pomysłem, jednak istnieją w każdym kraju branże strategiczne, które powinny być pod szczególną ochroną. Opieka społeczna i zdrowotna, edukacja oraz m. in. branża energetyczna, to działy, których istnienie jest niezbędne do zapewnienia bezpieczeństwa obywateli. Dlatego nie powinny być narażone na bankructwo w wyniku „wolnej konkurencji”. Podam przykład: mam mieszane uczucia, kiedy słyszę o tym, jak organizowana jest w Polsce służba zdrowia. Przerażają mnie butne słowa o konieczności generowania zysku np. przez szpitale, bo sprowadzać się to będzie do świadczenia tylko tych usług zdrowotnych, które są opłacalne. Czyli jeżeli szpital wyliczy, że opłaca mu się leczyć pacjentów z zawałem, a operacje wyrostka robaczkowego przynoszą straty, to co ma zrobić z chorymi generującymi „straty”? Odsyłać, leczyć na coś innego? Przecież szpital musi wykazać zysk! Często słyszę, jak w mediach piętnowani są dyrektorzy szpitali za zadłużenie zarządzanych placówek. Czy jest to właściwe podejście?

opieka zdrowotna, służba zdrowia

Oczywiście nie popieram marnowania pieniędzy. Jednak uważam, i z całą mocą to podkreślę – w każdym kraju istnieją branże, których powinniśmy bronić jako naród. Branże, od których nie powinno się oczekiwać przynoszenia zysku. I wreszcie, co bardzo ważne – branże, które bezwzględnie powinny pozostać w rękach danego narodu, branże których nie wolno wyprzedawać zagranicznym inwestorom. Bo w perspektywie długoterminowej, w przyszłości, może to przynieść pogorszenie warunków życia własnemu społeczeństwu...

służba zdrowia, opieka zdrowotna

 

Euroentuzjastyczny polski rząd niszczy państwo! Czytając o sprzedaży przez polski rząd największych polskich firm, np. Lotosu, ostatniego polskiego banku – PKO, ma wrażenie, że polscy politycy w szale zachwytu globalizmem, całkiem zapomnieli, że istnieją w państwie obszary, których przegrana konkurencyjna, może doprowadzić naród na skraj przepaści. Przede wszystkim mam na myśli: rolnictwo, ochronę zdrowia, edukację, przemysł obronny i budownictwo (infrastruktura). Utrata tych zdolności produkcyjnych, zniszczenie tych branż w danym kraju, uniemożliwi prawidłowe funkcjonowanie państwa i wypełnianie jego podstawowych zadań wobec swoich obywateli.

Ta specjalna ochrona jednak nie dotyczy wszystkich. Kto powinien być rzucony na „wzburzone morze” wolnej, globalnej konkurencji rynkowej? W pierwszej kolejności chciałbym tam widzieć tych wszystkich „komentatorów ekonomicznych”, których wypowiedzi mam okazję wysłuchiwać w telewizji, czy czytać w gazetach! Uważam, że nie będzie absolutnie żadnego problemu, jeżeli niektórzy, z tych „wszechwiedzących ekspertów” w końcu przegrają walkę konkurencyjną i wyczerpani odejdą w niebyt… Dla narodu nie byłoby w żaden sposób uciążliwe bądź szkodliwe, gdyby poddać ostrej konkurencji ekonomistów, polityków, a nawet celebrytów. Jeżeli któryś z nich przegra z konkurencją, to z pewnością nie zaszkodzi to społeczeństwu!

poniedziałek, 28 stycznia 2013

W poprzednim wpisie, opierając się na bilansie obrotów bieżących krajów strefy euro, pokazałem, że w ciągu 10 lat od momentu wprowadzenia wspólnej waluty, dramatycznie zwiększyła się różnica w rozwoju gospodarczym i bogactwie ekonomicznym pomiędzy państwami członkowskimi. Krótko mówiąc: bogatsze kraje znacznie wzbogaciły się kosztem gospodarek słabszych ekonomicznie, które obecnie są na skraju bankructwa. Uwaga! Jeżeli promujemy globalizm i wolny rynek, jeżeli Polska przyjmie euro, to to samo może zdarzyć się i tutaj!

 

Europa nie jest jedynym miejscem, gdzie Realny Globalizm zarzuca swoje sieci na zwykłych obywateli. Podobne i Japonia może wpaść w spiralę zadłużenia zagranicznego, jeżeli przyjmie układ TPP (Trans Pacific Partnership, który m. in. postuluje całkowite zniesienie barier celnych pomiędzy członkami sojuszu). Jako przykład rozpatrzmy rolnictwo. Wystarczy jeden fakt: na jednego rolnika w Australii przypada 1500 razy większa powierzchnia użytków rolnych niż na rolnika w Japonii. Przy takiej różnicy, nawet przy podjęciu ogromnego wysiłku i zastosowaniu najnowocześniejszych technologii nie ma mowy o zrównaniu szans! Różnica w wydajności będzie istnieć i nie ma żadnej możliwości, aby ją zniwelować. To wynika z samych warunków geograficznych, a tego się nie zmieni.

rolnik

Jeżeli Japonia dołączy do TPP, to produkty rolne z Australii lub Stanów Zjednoczonych zdominują nasz rynek i japońscy rolnicy będą bankrutować jeden po drugim. A wówczas neoliberałowie zakrzyknęliby zgodnie: „Przecież klęska japońskich rolników w warunkach wolnej konkurencji jest ich własną winą. Oni sami są za nią odpowiedzialni.” A potem uspokajaliby: Ponieważ działa „Prawo Saya”, to rolnicy, którzy zbankrutowali mogą natychmiast znaleźć inną pracę, dlatego stopa bezrobocia nie wzrośnie. A jeżeli jakiś rolnik pracy znaleźć nie może, to znaczy, że jest on „niedopasowany do pracy”, czyli należy mu zapewnić właściwe wykształcenie zawodowe. I teoretycznie problem jest rozwiązany. A jak to działa w praktyce? Wystarczy przejść się do jakiegokolwiek polskiego urzędu pracy…

Urząd Pracy

Ze zgrozą obserwują, że polityka bazująca na ekonomii neoliberalnej, której przejawem jest euroglobalizm lub transpacyficzny pakt TPP, nadal znajduje swoich wyznawców. A przecież jej zgubne efekty są widoczne na całym świecie.

sprawiedliwość

 

piątek, 25 stycznia 2013

Co wspólnego niosą ze sobą: pakt TPP, Globalizm, Fundamentalizm Rynkowy lub waluta Euro. Są to narzędzia i idee, które służą do ujednolicenia taryf, przepisów prawa i systemu społecznego w różnych państwach. Narzędzia te ingerują w istotne obszary organizacji państwa, naruszając suwerenność danego kraju. Propaganda globalizmu naucza, że wszelkie towary, usługi, również kapitał (inwestycje), ludzie (pracownicy) powinni swobodnie, bez jakichkolwiek barier poruszać się pomiędzy krajami. Kapitał nie powinien być w żaden sposób dyskryminowany w zależności od miejsca pochodzenia, czyli na przykład należy umożliwić wykup strategicznych branż w danym kraju przez zagranicznych inwestorów. A wszystkie przedsiębiorstwa, łącznie z sektorem usług publicznych powinny być w prywatnych rękach. Obiecuje, że efektem niczym nie ograniczonej konkurencji będzie wzrost gospodarczy.

Tak mamią nas ekonomiści neoklasyczni. A razem z nimi politycy, oficjalne media… Dlatego nic dziwnego, że opinia publiczna chętnie akceptuje na taki wyidealizowany obraz globalizmu, nie myśląc krytycznie o przewidywanych skutkach, o przyszłości.Realizacja polityki globalizmu przyniesie podział świata na dwie grupy: „przegranych” i „zwycięzców”.  Zresztą już widoczne są pierwsze efekty Realnego Globalizmu w Europie. Spójrzmy na gospodarkę państw, które posługują się wspólna walutą Euro. Poniższa tabela przedstawia wartość salda obrotów bieżących wybranych krajów strefy euro w stosunku do PKB od roku 2005 do 2009 (dane na podst. Eurostat oraz obserwatorfinansowy.pl). Dlaczego saldo obrotów bieżących jest tak ważnym wskaźnikiem? Ponieważ krótko mówiąc, obrazuje on efekt walki, konkurencji o dochodu pomiędzy poszczególnymi krajami. Bilans handlowy ma charakter naczyń połączonych: jeżeli jeden kraj wygrywa, to drugi musi stracić. Wartości te właściwie mówią same za siebie. Takie są fakty:

 

2005

2006

2007

2008

2009

Strefa euro

0,1

-0,1

0,1

-1,7

-0,6

Niemcy

5,1

6,5

7,6

6,7

4,9

Holandia

7,3

9,3

8,7

4,8

5,4

Finlandia

3,6

4,6

4,3

3,1

1,3

Austria

2,0

2,8

3,6

Grecja

-7,5

-11,3

-14,4

-14,6

-11,2

Hiszpania

-7,4

-9,0

-10,0

-9,7

-5,4

Portugalia

-9,4

-9,9

-9,4

-12,0

-10,3

 

Jeszcze bardziej przemawia wykres salda obrotów bieżących krajów strefy euro rok po roku, od momentu przyjęcia wspólnej waluty:

bilans na rachunku bieżącym krajów Unii strefy euro    bilans na rachunku bieżącym strefy euro

Czy mamy do czynienia z równowagą? Praktycznie już po trzech latach od wprowadzenia waluty euro, rok po roku kraje takie jak Niemcy i Holandia nieprzerwanie uzyskują nadwyżki handlowe kosztem innych państw (Grecja, Hiszpania), które zanotowały straty w tej samej kwocie. Tak właśnie w praktyce działa euro i realny globalizm! Jeszcze raz powtarzam - takie są fakty.

Samo wprowadzenie wspólnej waluty w Europie drastycznie podzieliło kraje Unii na „przegranych” i „zwycięzców” i przypieczętowało ich przyszłość. Niemcy oraz inne kraje o wysokiej wydajności produkcji, prawie od samego początku istnienia euro zaczęły zarabiać. I stan te trwa po dzień dzisiejszy. A jednocześnie państwa, które startowały z niższej pozycji (Grecja i Hiszpania), rok po roku zwiększały swój deficyt obrotów bieżących. A jak wiemy, deficyt obrotów bieżących jest niczym innym, jak nagromadzeniem zadłużenia zagranicznego netto (dług netto).

Główną przyczyną deficytu na rachunku bieżącym Grecji i Hiszpanii jest oczywiście deficyt handlowy, wygenerowany przez import produktów z krajów „zwycięskich” jak np. Niemcy. W normalnych warunkach, rząd danego kraju, obserwując te niekorzystne tendencje handlowe, aby zapobiec lub zmniejszyć deficyt handlu, powinien już we wczesnym etapie wprowadzić mechanizmu obronne, jak podwyżki taryf lub dewaluację kursu własnej waluty. Ale czy było to możliwe? Rządy państw „przegranych” już od początku miały związane ręce! Przecież w strefie euro zabronione jest stosowanie jakichkolwiek taryf pomiędzy krajami członkowskimi. Również nie można się ratować kursem waluty, bo ta jest wspólna z innymi krajami i wobec tego jej kurs jest jednakowy i stały we wszystkich krajach. Przejrzyjmy na oczy: od samego początku kraje te były skazane na porażkę. A czas tylko potwierdził tę tezę: zadłużenie wewnętrzne wzrastało, aż przekroczyło wszelkie bezpieczne limity. To doprowadziło do obecnego kryzysu finansowego. Tak właśnie kończy się Realny Globalizm!

szczęście

Hiszpania i Grecja, pozbawione jakiejkolwiek ochrony, jakiejkolwiek tarczy w postaci możliwości wprowadzania taryf lub wpływania na kurs waluty we własnym kraju, wystawiły swoje gospodarki na jednostronnie ofensywny eksport Niemiec. A to spowodowało rozszerzenie skali zadłużenia zagranicznego w sposób niezrównoważony. A teraz kraje te są pogrążone w kryzysie finansowym. Jednak Niemcy, jak powiedziała kanclerz Merkel nie czują się niczemu winne. Tłumaczą, że przecież: w efekcie konkurencji na wolnym rynku, opierając się na tych samych zasadach, my Niemcy wygraliśmy, a te kraje po prostu przegrały. Aby temu zapobiec, kraje te powinny po prostu zwiększać swoją wydajność i wytwarzać lepsze produkty niż Niemcy. Sytuacja, w której znalazły się obecnie Grecja i Hiszpania, to ich własna wina.

To brzmi jak opowieść o „przegranych” i „zwycięzcach” między państwami. Oby los Grecji i Hiszpanii stał się przestrogą dla Polski! Co zrobić, aby Polska nie podzieliła ich losu?

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Widmo krąży po Europie… widmo deflacji!

Ze zgrozą zauważam i w Europie tendencję do wystąpienia deflacji. Japonia od prawie 20 lat boryka się z deflacją. Uważam, że można skorzystać z tych doświadczeń i nie powtarzać naszych błędów.

błędy

A co w takiej sytuacji proponują europejscy neoliberałowie?

Otóż neoliberałowie głośno mówią, że: „gospodarka rośnie przez reformę struktury przemysłowej każdego kraju oraz zwiększenie konkurencji na rynku”. Przekonują, iż to dzięki konkurencji możemy wyeliminować ze społeczeństwa nieefektywne przedsiębiorstwa i przenieść ich pracowników do biznesu „sukcesu”. A w ten sposób zwiększa się wydajność całego społeczeństwa i w efekcie wzrasta gospodarka.

Neoliberałowie promują następujący łańcuch wydarzeń:

→ Przeprowadzenie deregulacji i promowanie wolnej konkurencji. → Uspokajają, że firmy, które przegrały konkurencję i zbankrutowały, nie były społeczeństwu potrzebne. → Dalej obiecują, że ludzie, którzy utracili swoje miejsca pracy, przejdą do biznesu, który się rozwija i potrzebuje nowych pracowników. W najgorszym razie będą wymagali przeszkolenia do nowego zawodu. → A efektem wprowadzenia gospodarki neoliberalnej będzie poprawa wydajności społeczeństwa i wzrost gospodarki.

ekonomia

Na pierwszy rzut oka ten ciąg wydarzeń przyczynowo - skutkowych brzmi prawdopodobnie i rozsądnie. Ale uwaga! Podczas starcia z wydajniejszą gospodarką, podczas spowolnienia gospodarczego w danym kraju, takie działania spowodują dokładnie odwrotny wynik. Przedsiębiorstwa w słabszym, mniej wydajnym kraju w wyniku „wolnej konkurencji” po kolei będą bankrutować. W rezultacie zmniejszy się ilość miejsc pracy i w całym społeczeństwie dojdzie do wzrostu bezrobocia. Ilość krajowych firm spada, to trudniej ludziom jest znaleźć pracę. Szczególnie dotyka to młodych ludzi. Ponieważ dochody całego narodu spadają, to również spada konsumpcja na rynku wewnętrznym. A to oznacza zmniejszanie się gospodarki. Tak pokazuje rzeczywistość. W warunkach deflacji, kryzysu, wolny rynek nie działa! Oto prawdziwa sekwencja wydarzeń:

→ Bankructwo jednej firmy pociąga za sobą kolejne. → W społeczeństwie rośnie poziom bezrobocia. → Bezrobotni, a szczególnie młodzi ludzie, pomimo wysiłków i szczerych chęci nie mogą znaleźć pracy. → Spada dochód całego narodu. → Spada konsumpcja całego społeczeństwa. → Gospodarka krajowa kurczy się.

Dla potwierdzenia rzeczywistych efektów działania polityki neoliberalnej na gospodarkę krajową, proszę przyjrzeć się Japonii. Tam zrealizował się ten drugi scenariusz! Nawet taką gospodarkę neoliberałowie są w stanie doprowadzić do upadku! Przez 20 lat od zaistnienia deflacji, kolejne rządy działające pod dyktando neoliberałów, wciągały ten kraj w coraz większe kłopoty finansowe. Takie są fakty! A w Europie, gdzie Grecja i Hiszpania borykają się z kryzysem gospodarczym, gdzie widoczne są symptomy deflacji – rządy tych krajów  są zmuszane przez Europejski bank centralny i głównego wierzyciela – Niemcy do oszczędności, a jednocześnie poprzez uczestnictwo w Unii Europejskiej muszą utrzymać zasady wolnego rynku, wolnej konkurencji. Czy efektem zamierania własnego przemysłu może być wzrost dobrobytu narodu, jak obiecują neoliberałowie? Obawiam się, że powtórzy się scenariusz ostatni…

W zdrowym państwie politycy niezależnie od wyznawanej frakcji politycznej, prawicowa czy lewicowa, reformatorska bądź konserwatywna, wszyscy dążą do rozwoju własnej gospodarki narodowej. Mają różne drogi, ale w centrum swojego działania, swoich myśli, zawsze mają dobro społeczeństwa, które powierzyło im odpowiedzialność za własne życie. Ale to, co dziś obserwuję na świecie jest zatrważające. To, co dzieje się na szczytach władzy, to walka pomiędzy globalnym kapitałem, a gospodarka narodową! Powiem wprost: to walka pomiędzy zdrajcami własnego narodu a patriotami!

zdrajcy narodu

Najwyższy czas, abyśmy przejrzeli na oczy i przypomnieli sobie, że ekonomia, to „Oikos Nomos”, czyli efektywne zarządzanie własnym domem. Celem działań polskich polityków powinno być dobro Polski, a nie żadnego innego kraju, ani tworów ponadnarodowych. Każda decyzja powinna być analizowana przez pryzmat korzyści społeczeństwa polskiego, bo to przed polskim narodem, ci politycy zobowiązali się do efektywnego zarządzania krajem.

polscy politycy

Osobiście nie jestem Polakiem i nie mam prawa głosu w Polsce. Jednak tak długo już mieszkam w tym kraju, że go pokochałem. I chciałbym, żeby wszyscy Polacy pamiętali, że ekonomia to „Oikos Nomos”, bo tylko z takim nastawieniem można poprawić własny kraj. Efektywne zarządzanie własnym domem, „Oikos Nomos” to klucz do dobrobytu i szczęścia narodu.

piątek, 18 stycznia 2013

Zaciekli zwolennicy gospodarki globalnej przekonywali (i nadal próbują), że wspólny rynek i jedna waluta mogą wszystkim państwom należącym do Unii Europejskiej zapewnić rozwój gospodarczy i wzrost zamożności obywateli. A kiedy po latach rzeczywistość negatywnie zweryfikowała te obietnice (upadek ekonomiczny państw słabszych), to twierdzą, że przyczyną są …zbyt słabe związki gospodarcze pomiędzy tymi krajami! Chcę zwrócić uwagę na to, że sam pomysł Unii, a szczególnie wspólnej waluty, jakkolwiek szczytny i idealistyczny, z góry podzielił należące do niej kraje europejskie na „wygrane” i „przegrane”.

Politycy nadal wmawiają, że w Unii Europejskiej jednakowo dba się o dobro jej wszystkich członków. Że wspólna ekonomia unijna (gr. „oikonomia” - Oikos Nomos) przyniesie rozwój wszystkim państwom, bo „Oikos”- dom rozciąga się na wszystkie kraje unijne. Cóż za hipokryzja! Jeśli tak jest, to wobec tego w imię solidarności społecznej Niemcy nie powinni wzdragać się przed dopłacaniem np. do greckich emerytów. Przecież wewnątrz każdego kraju działa opieka społeczna, która przeznacza część naszych podatków na wspomaganie ludzi chorych, na edukowanie dzieci, itd. Jeśli kraje Unii tworzą „Oikos” – wspólny dom (jak deklarują politycy), to mają obowiązek ratować tych, którym życie się zawaliło (Grecję, Portugalię, czy Hiszpanię). Oznacza to, że zamiast pożyczać im pieniądze, powinny dać im takie fundusze, które uzdrowiłyby ich sytuację finansową. Bo tak pomaga się w rodzinie.

pomoc

Czy tak się dzieje naprawdę? Czy bogate państwa członkowskie naprawdę chętnie współpracują i pomagają Grecji bez zastrzeżeń? Czy słyszymy, jak Niemcy czy Holendrzy chętnie chcą płacić większe podatki, aby je później przekazać Grekom?Czy faktycznie ekonomia, dbanie o wspólny dom – dotyczy wszystkich krajów Unii? Czy faktycznie dla Niemca „Oikos” to także grecka wyspa Rodos?

Oczywista bzdura! Jest to nieprawdopodobne. W rzeczywistości zarówno Niemcy jak i Europejski Bank Centralny wymuszają na krajach w kryzysie dalsze wyrzeczenia. Domagają się wprowadzenia daleko idących oszczędności. Dlatego rząd Grecji musi zmniejszyć wartość emerytur, pensji, ograniczać liczbę pracowników itd. Skutkiem tych działań jest skrajne ubożenie społeczeństwa, gwałtowny wzrost bezrobocia… W efekcie tego Grecy płacą mniejsze podatki do budżetu, a budżet musi płacić większe zasiłki. Aby dotrzymać warunków uzyskania pożyczki finansowej rząd grecki znowu musi robić oszczędności i znowu obniża wynagrodzenia, zwiększa podatki… W ten sposób zwykli ludzie, 99% społeczeństwa jest coraz biedniejsze. Tak właśnie nakręca się spirala deflacji. A Grecja jest zmuszona do takiego postępowania poprzez dyktat Europejskiego Banku Centralnego oraz Niemiec!

Unia Europejska

Te wymuszone działania „oszczędnościowe” prowadzą do szybkiego zmniejszania się gospodarki krajowej. Maleje dochód narodowy, spada siła nabywcza społeczeństwa, nasila się fala upadłości firm, wzrasta bezrobocie, itd. Pętla się zaciska. I niestety rząd Grecji, Hiszpanii, czy Portugalii nie ma sposobu na rozwiązanie własnego problemu finansowego. Nie może wiele zrobić gdyż jest pozbawiony podstawowego prawa każdego suwerennego kraju – prawa prowadzenia własnej polityki pieniężnej – prawa emisji pieniądza. Nie może nawet stymulować gospodarki poprzez inwestycje publiczne, gdyż ma ograniczone możliwości zwiększania limitu wydatków publicznych (emisji obligacji). A Unia Europejska mówi „trzeba walczyć” i jednocześnie pęta im ręce i nogi.

Podsumowując: pomysł wspólnego rynku i jednej waluty euro w Unii Europejskiej, wyrósł z idei globalizmu, która zakłada, że najwłaściwszym postępowaniem jest polityka neoliberalna. To stoi w podstawowej sprzeczności z koncepcją ekonomii – zarządzania domem „Oikos Nomos”. Globalizm na pozycji uprzywilejowanej stawia rynek, wolny rynek, a nie dany kraj. W globalnym świecie nie ma miejsca na opiekę nad społeczeństwem, na dbanie o dobro własnego narodu. W globalnej ekonomii liczy się dobro indywidualne, zysk anonimowego, bezpaństwowego akcjonariusza. Prawdziwa ekonomia „Oikos Nomos” stawia w centrum swoich zabiegów obywateli konkretnego państwa. Dla prawdziwej ekonomii bohaterem jest naród!

globalizm. Unia Europejska, politycy

środa, 16 stycznia 2013

Co jest ostateczną i główną przyczyną kryzysu w Grecji i Hiszpanii?  

Otóż kraje te wyraziły zgodę na straszliwe warunki – zgodę na przyjęcie razem z innymi państwami wspólnej waluty Euro. W efekcie planując działania dla własnej gospodarki, mają związane ręce, gdyż nawet nie są w stanie skorzystać z wahań kursowych, które mogłyby ich produkcje przemysłową uczynić bardziej konkurencyjną. Są prawdziwie bezradne!

bezradność

Polska na szczęście zachowała własną walutę, dzięki czemu rząd realizując własną politykę pieniężną może pobudzać gospodarkę narodową. Płynny kurs własnej waluty może działać jako rodzaj buforu wspierającego gospodarkę narodową. Na przykład słaby kurs złotego pobudza eksport, gdyż produkty z Polski są tanie, a jednocześnie utrudnia import, gdyż dobra importowane są stosunkowo drogie. A z drugiej strony mocny kurs waluty, chociaż utrudnia eksport, to obniża koszty obsługi długu na rynku międzynarodowym oraz powoduje spadek kosztów importu np. surowców przemysłowych, co także może korzystnie wpływać na rodzimą gospodarkę. Płynny kurs krajowej waluty to kluczowe narzędzie do walki z kryzysem, umożliwiające rozwój własnego przemysłu. 

A tymczasem w strefie euro… Grecja i Hiszpania są w kryzysie, chociaż są głosy, że jeszcze najgorsze przed nimi, że ten kryzys jeszcze nie dotarł do ostrej fazy. Jakie narzędzia mają rządy tych krajów do walki z kryzysem, do poprawy warunków życia swojego społeczeństwa, do rozwoju własnej gospodarki, przemysłu? Nie mają nawet podstawowego narzędzia suwerennych państw jakim jest możliwość prowadzenia własnej polityki pieniężnej! Ten przywilej, tę władzę ma Europejski Bank Centralny. Co więcej członkowie Unii Europejskiej przyjmują traktat narzucający limit zadłużenia wewnętrznego do 60% Produktu Krajowego Brutto (narastająco). Wniosek nasuwa się tylko jeden: rządy krajów Unii Europejskiej strefy euro utraciły środki kontroli gospodarki własnych krajów. A kto kontroluje te gospodarki? Ten, kto ma w ręce kompetencje i klucz do prowadzenia polityki pieniężnej – Europejski Bank Centralny! Oto rzeczywiste centrum władzy w Unii.

Co w sytuacji rosnącego bezrobocia, upadającej gospodarki, ubożejącego społeczeństwa może zrobić Grecja? Tańczyć, jak jej zagra Parlament Europejski i Europejski Bank Centralny…

Premier Donald Tusk straszy Polaków powstaniem Unii „dwóch prędkości” i dlatego jest zdeterminowany narzucić swojemu narodowi walutę euro. Panie premierze, którą prędkość wybiera Pan dla rodaków: Grecji czy Hiszpanii? Przecież szansy na równorzędną konkurencję z Niemcami na razie chyba nie ma?

premier Donald Tusk

Przyjmując walutę euro rząd danego kraju, który przypominam jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo i dobrobyt swojego narodu, automatycznie przenosi swoje uprawnienia, swoją władzę na trzecią stronę - Europejski Bank Centralny. I od tej pory nie ma żadnych podstaw aby twierdzić, że państwa używające euro są suwerenne! Nie stanowią o sobie, gdyż pozbyły się podstawowych narzędzi kształtowania własnej gospodarki. To już nie jest „Oikos Nomos” – ekonomia - nie zarządzają własnym domem! 

poniedziałek, 14 stycznia 2013

ekonomia

W języku japońskim słowo „ekonomia” to „Keizai”. Słowo to jest skróconą formą „Keisei-zaimin”. „Keisei” znaczy „rządzić krajem”, a „zaimin” – „uratować naród”. A więc w języku japońskim pojęcie ekonomia – keizai, to takie „rządzenie krajem, aby naród mógł żyć bezpiecznie i szczęśliwie”.

A jak jest w Polsce? Etymologicznie słowo ekonomia pochodzi od greckiego „oikonomia”. A to z kolei jest złożeniem dwóch słów: „oikos” (dom) oraz „nomos” (prawo, porządek, zarządzanie). Innymi słowy ekonomia – oikos nomos – to zarządzanie domem wprowadzające prawo i porządek, a więc zarządzanie domem z mądrością. I chcę podkreślić, że ekonomia w centrum stawia dom, a więc państwo/kraj będące największą formą wspólnoty ludzkiej. Czyli ekonomia odnosi się do niczego innego jak do zarządzania konkretnym państwem. I niezależnie od tego czy jesteśmy w Azji, czy w Europie, na Wschodzie, czy na Zachodzie, prawdziwe znaczenie „ekonomii” to odpowiedzialność za bezpieczeństwo i szczęśliwe życie ludzi danego kraju.

ekonomia

W państwach demokratycznych, zarówno w Polsce jak i Japonii, naród wybiera swoich przedstawicieli i powierza im rządzenie krajem. Politycy tworzą prawa, a rząd jest odpowiedzialny za to, aby administracja publiczna działała zgodnie z tym prawem. Natomiast sądy stoją na straży przestrzegania tego prawa i  sprawiedliwości. Ten trójpodział władzy, to podstawowa zasada działania funkcjonowania państwa demokratycznego. Wszystko opiera się na tworzeniu i przestrzeganiu prawa. A prawa każdego kraju tworzone są w oparciu o historię, kulturę i obyczaje panujące w danym społeczeństwie.

Polska ekonomia

Przez ostatnie lata świat opanowały hasła globalizmu i gospodarki „globalnej”. Jak ta idea ma się do prawdziwej ekonomii – oikos nomos? Otóż gospodarka „globalna” stoi w ostrej sprzeczności z tym, na czym opiera się prawdziwa ekonomia! Ponieważ idea globalizmu domaga się wyeliminowania ceł i wszelkich taryf pomiędzy krajami, a próbując stworzyć jednolity, duży rynek w Europie, ingeruje w wewnętrzne sprawy państw i ogranicza ich poziom samostanowienia, wolności.

Polska ekonomia Tusk

Globaliści w pięknych słowach i jeszcze piękniejszymi obietnicami zachęcają do swobodnej konkurencji po ujednoliceniu warunków handlowych w Unii Europejskiej. Ale potrzebna jest tu chwila refleksji nad sytuacją gospodarczą poszczególnych państw Unii. Otóż wśród uczestników „wolnego handlu” mamy zarówno kraje silne, o wysokiej produktywności, rozwiniętym przemyśle (np. Niemcy) oraz kraje słabsze (np. Grecja, Hiszpania). Jednak wymiana handlowa prowadzona jest między nimi na identycznych warunkach. Czy przy tak odmiennych „warunkach wyjściowych” te same reguły dla wszystkich graczy są sprawiedliwe? Globaliści twierdzą, że nikt nie ma prawa narzekać ani się skarżyć. Konkludują, że po prostu są lepsze firmy, silniejsze gospodarki  i te wygrywają, a przegrywają te gorsze firmy, słabsze gospodarki. I uważają, że to wyjaśnienie wszystkich rozgrzesza!

Uważam, że to nie jest sprawiedliwe, ponieważ wynik tej walki handlowej był do przewidzenia jeszcze zanim konkurencja się rozpoczęła. To tak, jakbyśmy obserwowali walkę pomiędzy zawodowym bokserem, a pierwszoklasistą. Czy jeżeli obu zawodników będą obowiązywać te same reguły, to walka pomiędzy nimi będzie na prawdę sprawiedliwa? A przegrany będzie sam sobie winien, bo mógł się lepiej starać? I czy my mamy czyste sumienie organizując tę walkę? A jednak prawie nikt nie ma takich wątpliwości, kiedy podobna walka organizowana odbywa się na poziomie handlu. Kiedy pod pozorem „wolnego handlu” przysłowiowy Dawid staje do boju z Goliatem. Pierwsze efekty wolnego handlu, jaki jest wymuszony wewnątrz strefy euro, już są widoczne w postaci kryzysu, za jaki zapłacą Grecy i Hiszpanie. I to niestety zapłacą zwykli ludzie, a nie ci, którzy im ten los zgotowali. Politycy, nadal z pieśnią na ustach o zaletach globalnej polityki i handlu, będą brylować na salonach Unii Europejskiej.

środa, 09 stycznia 2013

Wspólna waluta i pełna deregulacja, to system uniemożliwiający Grecji rozwiązanie problemu na własną rękę i spłatę długów.

Jestem przekonany, że Grecja po odłączeniu od strefy euro i dewaluacji kursu własnej waluty, byłaby w stanie ozdrowić własną gospodarkę i spłacić zadłużenie zagraniczne, w rozsądnym przedziale czasu. Jednak na dzień dzisiejszy, realia czynią ten krok niemożliwym, zarówno z ekonomicznego punktu widzenia, jak i z powodów zapewnienia bezpieczeństwa i stabilności na kontynencie europejskim.

 unia europejska

Prawdopodobnie również dla Polski przystąpienie do Unii Europejskiej było pożądane z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego. Jeśli to prawda, to należałoby ją uczciwie wyjaśnić opinii publicznej. Zamiast lansować powierzchowne opinie, o tym, jak to włączenie w struktury unijne jest korzystne dla gospodarki narodowej. Ale rząd Polski jest zdeterminowany, aby iść dalej. I tu powinniśmy poważnie się zastanowić, czy przyjęcie przez Polskę waluty euro, nie jest pułapką bez wyjścia, która zgotuje Polsce taki sam los, z jakim obecnie boryka się Grecja i Hiszpania.

politycy a polacy

Reasumując moje poprzednie wpisy dotyczące Grecji: przyczyną upadłości finansowej Grecji nie jest wyłącznie „lenistwo” Greków, jak to lansują media. Problemem jest sam system ekonomiczny, jaki panuje wśród krajów strefy euro, który skutecznie hamuje, a nawet cofa rozwój gospodarczy krajów słabiej rozwiniętych.

Warto, aby Polacy przeanalizowali tę sytuację, ponieważ jest tam pewne podobieństwo: Polacy są nawet bardziej pracowici niż Grecy, ale uwaga – ich poziom produktywności jest niższy! Dlatego jest wielka możliwość, wielkie niebezpieczeństwo, że po przyjęciu wspólnej waluty z krajami o wysokiej produktywności, Polska po kilku/kilkunastu latach stanie na krawędzi tak jak Grecja. Niestety wydajność pracy, jakość przemysłu Polski jest na znacznie niższym poziomie, niż np. w Niemczech. Wobec tego firmy polskie nie będą w stanie nawiązać równorzędnej walki konkurencyjnej z niemieckimi, a w sytuacji braku jakiejkolwiek ochrony rynku wewnętrznego , jak to ma miejsce w Grecji, dojdzie do deindustrializacji kraju i ubożenia społeczeństwa polskiego. Jeżeli chcemy, aby Polska była silnym, rozwiniętym krajem, to na pierwszym miejscu powinniśmy zadbać o gospodarkę narodową (Oikos Nomos). A to jest absolutnie niemożliwe po przyjęciu wspólnej waluty euro.

made in Poland

Powtarzam: euro-globalizm nie służy gospodarkom narodowym, to jest kapitalizm nastawiony na zysk akcjonariusza! Sama idea globalizmu spycha w niebyt takie fenomeny jak naród czy państwo. Kiedy w społeczeństwie zaczyna brakować poczucia dumy narodowej, patriotyzmu, to niestety taki kraj łatwo pada ofiarą globalizmu. Obserwując nastroje społeczne, olbrzymią falę emigracji „za chlebem” młodych ludzi, myślę, że jest to już dla Polski ostatni moment, aby obudzić się. Jeszcze nie jest za późno, jeszcze Polska ma szansę stać się krajem dobrobytu dla swoich rodaków, a nie tylko dla obcych akcjonariuszy! Oby tylko nie wpadła w pułapkę euro!

Polska

poniedziałek, 07 stycznia 2013

Podsumowując poprzednie wpisy - problem polegał na tym, że Grecja nie zwiększała swojej produktywności i dopuściła do niczym nie ograniczonego importu dóbr konsumpcyjnych. Dlaczego kolejne rządy Grecji nic z tym nie robiły? Może nic nie były w stanie zrobić?

bezradność, waluta euro

Rozważmy taką sytuację - społeczeństwo greckie potrzebowało samochodów. Miało dwie możliwości: albo inwestować w swoim kraju i uruchamiać produkcję „od zera”, albo importować samochody od uznanych producentów.  Gdyby Grecja posługiwała się własną walutą, to import aut byłby utrudniony z uwagi na ich cenę. Samochody importowane byłyby po prostu za drogie dla przeciętnego Greka. A sytuacja popytu na rynku możliwe, że wykształciłaby niewielkiego rodzimego producenta, który byłby w stanie zaspokoić potrzeby społeczeństwa. Istniałaby także możliwość przyciągnięcia do Grecji zagranicznego inwestora i stworzenia w Grecji fabryki produkującej np. Ople czy Citroeny. Niski koszt produkcji, rozliczany w krajowej walucie, mógłby być zachętą do takich inwestycji. W ten sposób wzrósłby poziom zatrudnienia, a Grecy nauczyliby się efektywnych technologii produkcji. Co więcej, w celu wspierania krajowego przemysłu i samochodów „Made in Greece” rząd mógłby wprowadzić taryfy importowe. Chroniłoby to sprzedaż tych aut na rodzimym rynku. A dopiero po osiągnięciu przez greckich producentów poziomu (jakości i ceny) porównywalnego ze światowymi, uwolnić rynek samochodów eliminując stawki taryfowe. Ale to dopiero wtedy, gdy greccy producenci byliby w stanie nawiązać równorzędną konkurencję.

Ale po przyjęciu euro, waluty którą także posługują się także kraje o wysoko rozwiniętej produktywności, okazało się że znacznie tańszy od krajowych inwestycji jest bezpośredni zakup aut z zagranicy. I koniec tematu…

niemieckie samochody

Samochód jest tu tylko przykładem, jednym z wielu. W przypadku produktów, na które jest popyt w społeczeństwie danego kraju, polityka gospodarcza nie powinna opierać się na ich imporcie! Do czego to prowadzi właśnie obserwujemy w Grecji. Rządy danego kraju powinny chronić rodzimych wytwórców, dbać o rozwój branży za pomocą ceł i innych przepisów. Bo tylko taka strategia da pracę rodakom i zapewni im środki na zakup tych produktów. Tylko rozwój rodzimego przemysłu zapewni wpływy do budżetu państwa. Ale zdaje się, że nikt w Unii Europejskiej tego nie dostrzega…

polski przemysł, kryzys

Głównym powodem utrzymującej się niskiej produktywności Grecji, głównym hamulcem rozwoju tego kraju, było przystąpienie do Unii Europejskiej i do strefy euro! Bo w grupie tych państw zaleca się pełne zniesienie ceł, totalną deregulację, i największą pułapkę – wspólną walutę.

Łatwo mówiąc, wspólna waluta euro stworzyła system, w którym można łatwo pożyczać do Niemiec pieniądze, aby za nie kupować niemieckie produkty. I gospodarka się kręci, tylko że jest to wyłącznie gospodarka niemiecka… Jak to możliwe, że rządzący Polską jeszcze tego nie zauważyli, kto najbardziej korzysta na tym systemie? Z przerażeniem słucham o determinacji polskiego premiera do rezygnacji z polskiej waluty – Złotego.

przyjęcie euro przez polskę

piątek, 04 stycznia 2013

Naród Grecji wręcz uwielbia konsumpcję. Większe obroty w Grecji wytwarza handel niż turystyka! Z dostępnych danych wynika, że konsumpcja indywidualna stanowi aż 74% PKB Grecji. To wyższy poziom niż w USA, które uważa się za swoistą świątynię konsumpcjonizmu. Czyli na kontynencie europejskim Grecja stała się swoistym supermocarstwem konsumpcyjnym.

Z innych greckich „ciekawostek” warto odnotować bardzo słabo rozwinięty transport publiczny, przez co Grecy stali się społeczeństwem mocno zmotoryzowanym. Po prostu samochód jest im niezbędny w codziennym życiu. Dlatego przez 10 lat od 1997 roku ilość samochodów jeżdżących po drogach Grecji zwiększyła się aż czterokrotnie!

Załączam wykres za: http://transportretort.wordpress.com/2011/02/14/who-owns-the-most-cars-in-europe/

Wzrost liczby samochodów w państwach Unii Europejskiej

Ale czy w Grecji istnieją rodzime firmy motoryzacyjne, mogące zarobić dzięki wzrostowi popytu na rynku wewnętrznym? Po miastach jeżdżą wyłącznie zagraniczne samochody: niemieckie, japońskie, włoskie i koreańskie.

A teraz zastanówmy się: jaki przemysł rozwinął naród tak uwielbiający konsumpcję i potrzebujący samochodów? Nie produkuje samochodów, nie posiada własnych liczących się marek sprzętu AGD i IT… Jest jasne, że takie społeczeństwo próbując zaspokoić swoje potrzeby musi prawie wszystko importować! Oczywiście, w wyniku tego pęcznieje deficyt handlowy. 

deficyt handlowy Grecji

Deficyt handlowy prowadzi do ujemnego bilansu obrotów bieżących oraz do wzrostu zadłużenia zagranicznego netto. Kraje w stanie deficytu na rachunku bieżącym mają bardzo niski poziom środków krajowych.  Dlatego w sytuacji potrzeby inwestycji publicznych, rząd takiego kraju nie jest w stanie pozyskać funduszy z rynku wewnętrznego, tylko jest zmuszony sprzedawać emitowane obligacje na międzynarodowych rynkach finansowych.

Podsumowując również poprzedni wpis w Grecji mają miejsce dwa fakty: po pierwsze - Grecja nie zwiększała swojej produktywności, a po drugie -dopuściła do niczym nie ograniczonego importu dóbr konsumpcyjnych.

Dlaczego kolejne rządy Grecji nic z tym nie robiły? Może nic nie były w stanie zrobić? Dlaczego? 

Gdyby Grecja posiadała własną walutę zamiast euro, to mogłaby być ona czynnikiem hamującym niekorzystny bilans handlowy. Spadek kursu greckiej waluty powodowałby zmniejszenie się poziomu importu, a z drugiej strony stymulował eksport, czyli w efekcie deficyt handlowy kraju kurczyłby się. Jednakże jest to scenariusz czysto hipotetyczny, gdyż Grecja jest członkiem strefy euro. A w związku z tym, w Grecji nie funkcjonują żadne mechanizmy chroniące rynek wewnętrzny. Grecja mogła bez jakichkolwiek przeszkód importować niemieckie samochody, włoskie produkty AGD, francuskie wina itd., itd. W rezultacie doszło do obecnego kryzysu.

czwartek, 03 stycznia 2013

Część 1 - Cała prawda o produktywności.  

Większość wypowiedzi w mediach za wystąpienie kryzysu w Grecji oskarża samych Greków. Zwykle słyszy się krótkie posumowanie:  „Grecy sami doprowadzili swój kraj na skraj bankructwa, gdyż są leniwi, nie pracują i unikają płacenia podatków”. I niestety większość opinii publicznej podziela to zdanie. A wystarczy spojrzeć na dane OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju), poniżej przedstawiam wykres obrazujący średni, tygodniowy czas pracy w krajach Unii Europejskiej. Wynika z niego, że najdłużej pracują… właśnie Grecy!

 tygodniowy czas pracy państw Unii 2011

 

(Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostat)

W rzeczywistości, rozpatrując samą długość pracy, to Grecy pracują dłużej niż Niemcy, czy nawet Japończycy. Co ciekawe, najkrócej pracują – najbogatsi!

A więc skąd ten atak na przeciętnych Greków, że nie są pracowici? Może dlatego, że pracownicy budowlani w Grecji, w okresie letnim korzystają z przerwy – sjesty? A może dlatego, że spędzanie przez mieszkańców Aten weekendów na plażach – kojarzy nam się z wiecznymi wakacjami? A więc może to tylko nasze uprzedzenie, oparte na stereotypach i podsycane przez sensacyjne doniesienia medialne.

Uważam, że spędzanie weekendów na plaży jest całkiem zrozumiałe, bo jak można nie skorzystać mając 30 minut drogi samochodem od cudownych plaż morza Egejskiego?

Jednak jest coś prawdziwego w stwierdzeniu, że Grecy mniej pracują, ale wtedy musimy rozważyć inną definicję tej pracowitości. Godzinowo Grecy z pewnością pracują dłużej od Japończyków czy Niemców. Ale z punktu widzenia dochodów narodowych - poziom produktu Krajowego Brutto w przeliczeniu na 1 osobę, jeżeli przyjmiemy dla Greków wartość 1, to przeciętnego Niemca wynosi on 1,48, a u Japończyka – 1,56. Grecy pracują dłużej niż Niemcy czy Japończycy, a mimo to podczas swojej pracy wytwarzają produkty o mniejszej wartości. I tu jest cały pies pogrzebany! Bo niestety realia są takie, że Grecy muszą się „napracować” a i tak wytwarzają mniej niż Niemcy. Niestety Polska w tym zestawieniu też nie zajmuje godnej pozycji…

produktywność, PKB na godzinę pracy, wydajność pracy

 

Grecy, podobnie jak Polacy pomimo tego, że mają długie godziny pracy, to osiągają niskie dochody. Czyli to produktywność jest niska. Innymi słowy problemem Grecji nie jest lenistwo, a mała wydajność.

Ale nie tylko to jest przyczyną obecnej katastrofalnej sytuacji finansowej tego kraju...