Oczami Japończyka
wtorek, 14 stycznia 2014

Od czasu wprowadzenia wspólnej waluty euro obserwuje się swoistą polaryzację „gospodarczą” państw unijnych. Na jednym biegunie jest Grecja z jej prawdziwie „grecką tragedią”, a na drugim biegunie gospodarczym leżą Niemcy. Kraj ten regularnie notuje nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących, nadwyżkę handlową i niską stopę inflacji. Sytuacja godna pozazdroszczenia,  wydawałoby się, że obywatele mogą spać (i pracować) spokojnie… a tymczasem to właśnie Niemcy najsilniej forsują przestrzeganie zasady zrównoważonego budżetu (ograniczenia wydatków publicznych) i utrzymują strategię gospodarczą prowadzącą do deflacji. Już obserwuje się pierwsze efekty takiej polityki: z pozytywów trzeba przyznać, że w tym kraju utrzymuje się niska stopa bezrobocia (5,2%). Czyli ludzie mają pracę, jednak po dokładniejszej analizie obraz Niemiec wcale nie jest taki radosny: wraz z wprowadzeniem polityki „zrównoważonego budżetu” doszło do zahamowania wzrostu płac społeczeństwa.

http://jp.wsj.com/article/SB10001424052702303941704579122950886446312.html

Ta niekorzystna tendencja ma stały charakter, gdyż oznaki spadku tempa wzrostu płac w Niemczech obserwuje się już od trzech lat. Niemiecki federalny urząd statystyczny podał, iż w okresie kwiecień-czerwiec 2013 roku, płace nominalne wzrosły o 1,5%, ale to nie wystarczyło aby zrekompensować wzrost cen konsumpcyjnych. Realne tempo wzrostu płac w Niemczech z ostatnich trzech lat wynosiło kolejno: 1,5% w 2010 r., 1,2% w 2011, 0,5% w 2012. Niska stopa bezrobocia oznacza, że Niemcy mają pracę. Jednakże z punktu widzenia ich wynagrodzeń, ci pracownicy wcale nie stają się coraz bardziej zamożni…

Oczywiście sam już sam fakt niskiego poziomu bezrobocia jest dużym sukcesem gospodarki niemieckiej. Niemniej, pozwolę sobie przypomnieć, że neoliberałowie obiecują, iż w przypadku gdy w kraju jest stan „pełnego zatrudnienia”, to wtedy płace realne pracowników powinny wzrosnąć. A dzieje się wręcz przeciwnie… Oczywiście, w tym momencie wyznawcy teorii ekonomii neoklasycznej, mogą zakrzyknąć, że 5% poziom bezrobocia, chociaż jest bardzo niski, to jednak nie oznacza pełnego zatrudnienia i dlatego nie wzrastają płace. No cóż, 0,01% bezrobocie, także nie oznacza pełnego zatrudnienia, czyli praktycznie taki stan jest realnie nieosiągalny…

Wracając do Niemiec, gdyby obecnie kraj ten obrał drogę bodźca fiskalnego i w wielkim stylu rozpoczął realizację inwestycji infrastrukturalnych, to można by wtedy z prawdziwym spokojem oczekiwać dalszej poprawy na rynku pracy, a kto wie, może nawet zbliżenia się do poziomu „pełnego zatrudnienia”. Wtedy na pewno wzrósłby poziom płac w Niemczech. Jednak zmiana ta nie ucieszyłaby wszystkich! Jednocześnie pojawiliby się ludzie, którzy mieliby kłopoty. Ta grupa to „globalni inwestorzy” (w tym również kapitał niemiecki), którzy zrealizowali swoje inwestycje właśnie w Niemczech.

Dla globalnego kapitału zainwestowanego w Niemczech, im niższy poziom płac narodu niemieckiego, tym lepiej – gdyż wtedy wyższy jest zysk firmy. Sytuacja, w której dla przedsiębiorstwa pracują nisko opłacani pracownicy jest bardzo korzystna, bo daje pole do wzrostu dywidendy akcjonariuszy. Z tego samego powodu korzystne jest także obniżanie podatku korporacyjnego (CIT). Przy silnym lobby neoliberalnym, mało prawdopodobny jest wzrost  poziomu dochodów pracowników. Warto wreszcie zdać sobie sprawę, że poziom płac pracowników, który bezpośrednio przekłada się na poziom dochodu narodowego, jest dla kapitału globalnego wyłącznie kosztem, niczym więcej!

Prawda też jest taka, iż problem niskich wynagrodzeń w Niemczech nie musi być aż tak przygniatający dla społeczeństwa, gdyż Niemcy i tak są dość bogatym narodem. Opłaca się jednak mieć świadomość, że „globalny kapitał” tak samo zachowuje się i w innych krajach. Dla inwestorów poziom dochodów społeczeństwa nie jest niczym innym niż kosztem produkcji. Im jest on niższy, tym lepiej. Dlatego korporacje prowadzą agresywny lobbing wśród polityków, starając się wprowadzić w danym kraju rozwiązania prawne pozwalające im na „optymalizację kosztów”. Warto mieć świadomość, ze jednocześnie są to regulacje które ograniczają poziom dochodów społeczeństwa.

Istotnym wyznacznikiem charakterystycznym dla ekonomii neoliberalnej jest sposób w jaki postrzega się społeczeństwo. Czy ludzie to „siła nabywcza”, czy tylko „koszt” i nic więcej. Jeśli w pracowniku widzimy wyłącznie koszty, to naturalną strategią jest dążenie do ich minimalizacji. Wtedy w skali makroekonomicznej prowadzi się politykę redukcji wydatków socjalnych, redukcji inwestycji publicznych, strategię prowadzącą do deflacji. Taki kraj wpada w spiralę degradacji cywilizacyjnej i na końcu może obudzić się w mało prestiżowym towarzystwie krajów „rozwijających się”.

Wszystkim, czego potrzeba do odwrócenia tego trendu jest zmiana sposobu postrzegania ludzi jako „siły nabywczej”. Powinniśmy zrozumieć, że nie istniejemy w próżni ale, że jesteśmy częścią społeczeństwa danego kraju, dlatego opłaca się budować gospodarkę narodową „Oikos Nomos”. Dla naszego własnego dobra warto, aby w parlamencie zasiedli politycy rozumiejący znaczenie gospodarki narodowej i tacy, którym nieobce jest myślenie „logiczne”.

Reasumując: w gospodarce globalnej poziom dochodów ludzi jest traktowane wyłącznie jako koszt. Dlatego globalni inwestorzy bezwzględnie podejmują działania zmierzające do redukcji tych kosztów. To, co dzieje się ze społeczeństwem jest zupełnie poza zasięgiem ich zainteresowania. W gospodarce narodowej poziom dochodów ludności wyznacza ich siłę nabywczą. Dlatego, z tego punktu widzenia, opłacalne są wszelkie strategie gospodarcze, które prowadzą do zwiększenia bogactwa społeczeństwa. Niby szczegół, a efekty diametralnie różne… Dlatego ponawiam swoje pytanie: jakie społeczeństwo chcemy zbudować?



czwartek, 09 stycznia 2014

Aktualnie obowiązująca teoria ekonomiczna przekonuje o korzyściach płynących ze zmniejszania roli „rządu” w funkcjonowaniu państwa. Nic dziwnego, że pogląd ten dominuje wśród polityków państwa europejskich, czego wynikiem jest m. in. Dążenie za wszelką cenę do zrównoważenia budżetu.  Także japońska gospodarka od lat odnosiła szkody wywołane koniecznością równoważenia budżetu podczas deflacji. Na szczęście, coraz więcej ludzi zauważa przepaść  pomiędzy teorią, a rzeczywistymi skutkami takiego podejścia. Szczególnie cieszy ruch, jaki narodził się wśród młodych ludzi – studentów czołowych światowych uczelni ekonomicznych (London School of Economics, Cambridge, Essex, Mnchester, itd.), którzy w obliczu postępującej dewaluacji idei neoliberalnych, coraz mocniej domagają się wiedzy o innych, do tej pory pomijanych przez akademickie programy nauczania, teoriach ekonomicznych. Całą nadzieja w młodym pokoleniu!

http://www.theguardian.com/commentisfree/2013/nov/20/orthodox-economists-failed-market-test?commentpage=1

Niestety, zanim nastąpią zmiany, rząd i ekonomiści z pierwszych stron gazet, skupiają się na realizacji zasady zrównoważonego budżetu forsowanej przez ekonomię neoklasyczną. Konsekwentnie, postępując w myśl oszczędnościowych zaleceń neoliberałów, dochodzimy do sytuacji, gdy w kraju nie możemy nawet utrzymać istniejącej infrastruktury, poziomu edukacji, ochrony zdrowia - z obawy o wzrost długu. Społeczeństwo bezkrytycznie wspierające ten pomysł prowadzi do degradacji cywilizacyjnej swojego kraju i w końcu obudzi się w gronie państw „rozwijających się”. Nie można przejechać drogą – bo jest zbyt dziurawa, nie można przejść po moście – bo grozi zawaleniem… Czy w takim kraju chcemy żyć? Czy to jest kraj „rozwinięty”? Czy warto zmniejszać poziom zadłużenia publicznego kosztem bezpieczeństwa i komfortu życia społeczeństwa? Wreszcie dochodzimy do pytania: ważniejszy jest dług państwa czy obywatel? Człowiek, czy pieniądze?

Ale ludzi zafascynowanych przez chochlika o nazwie „polityka zrównoważonego budżetu” nie obchodzi, że drogi są dziurawe, a mosty zepsute… A tymczasem, wraz z degradacją infrastruktury, spada wzrost gospodarczy kraju! W państwie, w którym są problemy z przepływem ludzi i z logistyką, błyskawicznie obniża się tempo wzrostu gospodarczego.

Ponadto, gdy wydatki rządowe ograniczane są przez zasadę zrównoważonego budżetu, to powoduje spadek (lub brak wzrostu) przychodów krajowych, których źródłem były właśnie inwestycje publiczne. Więc jednocześnie dochód narodowy zmniejsza się o teoretycznie „zaoszczędzoną” w budżecie kwotę. Czy to są prawdziwe oszczędności?

Oczywiście są sytuacje, gdzie polityka zrównoważonego budżetu jest jak najbardziej pożądana. Dwa sztandarowe przykłady to:

- kraje borykających się z wysoką stopą inflacji,

- kraje o niskiej zdolności zasilania.

Dobrze znamy sytuację Grecji, która zwiększała swój poziom zadłużenia, a za pozyskane pieniądze kupowała towary importowane. W ten sposób, w sytuacji niskiej zdolności zasilania rodzimego przemysłu, stymulowała rozwój gospodarek zagranicznych.

Reasumując: są sytuacje, gdzie umiar rządu w wydawaniu pieniędzy jest jak najbardziej pożądany: w sytuacji wysokiej inflacji oraz gdy pieniądze te zasilają gospodarki zagraniczne. Jednakże z drugiej strony, rygorystyczne i bezwzględne trzymanie się zasady zrównoważonego budżetu może zepchnąć kraj w rozwoju cywilizacyjnym i znacząco pogorszyć warunki życia społeczeństwa.

 



czwartek, 19 grudnia 2013

Co stanowi główną ideę, wokół której narodziła się i rozwinęła teoria ekonomii neoklasycznej, która dalej stała się zaczynem do rozwoju myśli neoliberalnej i globalizmu? Otóż, upraszczając sprawę jest to – „efektywność”. Rozpatrując z punktu widzenia właśnie tej „efektywności”, opisywaną w moim poprzednim wpisie alternatywę „wielki” czy „mały” rząd, dochodzimy do wyboru: „efektywność” czy „bezpieczeństwo”. W tym kontekście przez bezpieczeństwo rozumiem wzmacnianie wytrzymałości kraju, czyli działania jakimi rząd próbuje przygotować kraj do przetrwania stanu wyjątkowego.

Ekonomia neoklasyczna i neoliberalizm koncentrują się na tym co jest tu i teraz, a więc po pierwsze – efektywność.  Dlatego zgodnie z założeniami ekonomii neoklasycznej, finanse rządowe muszą być zbilansowane. I jest to wymóg bezwzględny! Czyli nawet w przypadku katastrofalnego stanu infrastruktury publicznej, nie wolno jej naprawiać, jeżeli wiązałoby się to z odstąpieniem od zasady zrównoważonego budżetu. Jeżeli brakuje pieniędzy na leczenie, to trudno, budżet musi się zgadzać, a rząd najlepiej niech się do niczego nie wtrąca. Hmmm… czy naprawdę chcemy żyć w takim kraju?

Dlaczego dla zwolenników ekonomii neoklasycznej tak ważne jest wprowadzenie „małego rządu” i zachowanie równowagi budżetowej?

Ponieważ dla tej myśli ekonomicznej najważniejszy jest zysk – stąd tak popularne stało się hasło „bogaćmy się”. Celem działań ekonomii neoklasycznej jest „maksymalizacja efektywności”. Zgodnie z tym punktem widzenia, służby publiczne nie tworzą żadnego dobra. Dlatego neoliberałowie są ślepo przekonani, że służby publiczne są zawsze nieefektywne i nieużyteczne. Stąd, nawet ich działania służące przygotowaniu kraju na wypadek sytuacji wyjątkowej, są oceniane jako nieefektywne, po prostu jako strata pieniędzy.

Dlatego też wymagają, aby wydatki budżetowe mieściły się w obszarze wpływów podatkowych rządu. Uważa się, że dopóki finanse publiczne są w równowadze, dopóty rząd nie narusza zasobów prywatnych i nie przeszkadza w działalności przedsiębiorstwom prywatnym. Jest w Europie kraj, który właśnie próbuje wprowadzić tę zasadę zrównoważonego budżetu – to Niemcy.

http://www.asahi.com/shimen/articles/TKY201308060698.html

Niemcy wymagają także od innych europejskich krajów oszczędności, redukcji poziomów deficytu budżetowego. Robią to skutecznie za pośrednictwem struktur unijnych. W samych Niemczech już także widać pierwsze efekty tej polityki oszczędności. Drogi i mosty, kiedyś najlepsze w Europie, starzeją się, a rząd nie ma pieniędzy na ich naprawę. W porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej, Niemcy maja bardzo zdrowe finanse. To dlaczego tak uparcie trzymają się oszczędności?

W czerwcu tego roku, Niemiecki Instytut Badań Gospodarczych wydał niesamowity raport. Podsumowując: wielkość inwestycji krajowych nie wystarcza nawet do utrzymania krajowej infrastruktury na dotychczasowym poziomie. Ten brak środków silnie ogranicza wzrost gospodarczy kraju i powoduje stopniowy spadek jakości infrastruktury Niemiec. Przytoczę tylko kilka przykładów.

Sieć niemieckich autostrad słynęła z nieograniczonej jazdy. A obecnie… najpopularniejszy „autobahn” A1, ma na jednym z mostów wprowadzone ograniczenie prędkości do 60 km/h. Dlaczego? Ponieważ pojawiła się szczelina w moście, która wymaga naprawy, a nie ma na to pieniędzy.

Jedna „nitka” części linii autostrady A52 została zamknięta „na czas nieograniczony”. W Berlinie drogi publiczne są w tak złym stanie, że miejscami wprowadzono ograniczenie prędkości do 10 km/h. Z powodu złej jakości nawierzchni nawet zmieniono trasę niektórych autobusów. Przykłady można mnożyć i mnożyć: http://mobil.wochenblatt.de/nachrichten/kelheim/regionales/art1176,184392 Mimo to, niemiecki rząd, pomimo wcześniejszych planów, nie realizuje szeroko zakrojonych działań zmierzających do naprawy infrastruktury, gdyż byłoby to sprzeczne z zasadą zrównoważonego budżetu.

A dlaczego dla rządu Niemiec kwestia utrzymania bilansu budżetowego stała się priorytetem ponad wszystko? Odpowiedź jest prosta – ponieważ zasadę tę wpisano do niemieckiej Konstytucji. Stało się to w 2009 r., po szoku związanym z bankructwem Lehman Brothers. Niemiecki parlament na fali ogromnych emocji i strachu, do własnej ustawy zasadniczej, wpisał zasadę hamującą poziom zadłużenia.

Od tej pory, zarówno rządy poszczególnych landów, jak i rząd federalny mają obowiązek zrównoważenia swoich dochodów i wydatków. Śruba wydatków jest coraz mocniej przykręcana, a od 2016 roku, rząd federalny Niemiec będzie mógł emitować obligacje o wartości nie większej niż 0,35% PKB.

Jakich efektów można się spodziewać? Oczywiście dalszej, pogłębiającej się ruiny infrastruktury krajowej. Jednak to dla rządu Niemiec nie ma większego znaczenia. Najlepiej spuentował to niemiecki minister infrastruktury, mówiąc iż: skoro jest to nakazane w ustawie zasadniczej, to tak ma być, a przestrzeganie prawa (do czegokolwiek by to nie prowadziło) jest cechą narodowego charakteru Niemców.

Warto zauważyć, że priorytetem działania rządu stały się inne wartości niż „gospodarka narodowa” – Oikos Nomos, czy nawet bezpieczeństwo publiczne we własnym kraju. Ta sytuacja jest po prostu… nienormalna.

Mogłoby się wydawać nam: „co mnie Niemcy obchodzą, niech u siebie robią co im się żywnie podoba”. „Wolnoć Tomku w swoim domku.” Niestety Niemcy zasadę zrównoważonego budżetu z powodzeniem narzucają innym krajom Unii Europejskiej. Do tej pory skutecznie oparła się im jedynie Wielka Brytania i Czechy. Zgodnie w ratyfikowaną przez rząd (również Polski) umową finansową (pakt fiskalny), w najbliższej przyszłości kraje muszą wpisać zasadę zrównoważonego budżetu do własnych Konstytucji.

Wracając do przykładu niemieckich autostrad – było świetnie, będzie gorzej. A w Polsce…?

 



wtorek, 17 grudnia 2013

Naczelnym postulatem szkoły neoliberalnej, jest dążenie do maksymalnego zmniejszenia zakresu władzy i kompetencji rządu. O ironio, mam wrażenie, że Parlament Europejski – wydawałoby się z haseł, że liberalny, wręcz przeciwnie – dąży do kontroli i zunifikowania życia Europejczyków pod każdym względem. Ale to tylko taka dygresja…

Istotne jest co innego: otóż ta cała dyskusja nad tym, czy lepszy jest „wielki” i „mały” rząd jest w większości przypadków jałowa i bezsensowna. Ujmując to w dosadnych słowach – rząd powinien być taki, jaki jest w danym momencie potrzebny! Czyli na przykład, kiedy państwo ma zdrową, dynamicznie rozwijającą się gospodarkę, to nic lepszego nie można zrobić, jak ograniczyć poziom interwencji rządu na rynku i pozwolić sektorowi prywatnemu rozwijać się samodzielnie.  Ponieważ, jak przekonuje szkoła neoliberalna: wydatki rządowe, w porównaniu z prywatnymi są zwykle mniej efektywne.

Ale nie zawsze życie to bajka. Zdarzają się sytuacje wyjątkowe: wojna, katastrofa naturalna, terroryzm, upadek gospodarki, masowe ubóstwo, itp. A wtedy panowie politycy powinni obudzić się z letargu i tak organizować kraj, aby wyprowadzić go z zagrożenia. Ponieważ to jest zadaniem rządu!

Wcale nie dziwię się Niemcom, że popierają ekonomię neoklasyczną – im powodzi się dobrze, a drugiej strony również rozumiem bezrobotnych Greków, czy Hiszpanów, że oczekują pomocy od państwa.

Dlatego, ta zażarta dyskusja, co lepsze: wielki czy mały rząd jest po prostu śmieszna. Kiedy można, to rząd powinien się wycofywać z życia gospodarczego, społecznego, a kiedy potrzeba, to interweniować. To wszystko, nic więcej…

Niestety populistyczna retoryka przeważa: z punktu widzenia ekonomii neoklasycznej, wszelkie wydatki rządowe to strata. Nawet, jeżeli służą one zabezpieczeniu kraju na przyszłość. Jeżeli neoliberałowie nie widzą palącej potrzeby wydatków tu i teraz, to je krytykują. Po prostu są zaprzysięgłymi zwolennikami „małego rządu” i żadne argumenty nie są w stanie ich przekonać.

Osobiście, nie jestem ani zwolennikiem „wielkiego rządu”, ani „małego rządu”. Zauważyłem, że w krajach o powszechnym dostatku, dla ludzi żyjących bezpiecznie i szczęśliwie, nie ma żadnego znaczenia, czy ich rząd jest „wielki” czy „mały”.

 



czwartek, 05 grudnia 2013

Dług publiczny Japonii stanowi obecnie ponad 200% rocznego PKB tego kraju. Grecja znalazła się w stanie zapaści finansowej w momencie, gdy jej dług sięgnął niecałych 160% PKB. Japonia, wydawałoby się przecież, że w znacznie gorszej sytuacji – daleka jest od takiego stanu. Co więcej, oprocentowanie japońskich obligacji należy do najniższych na świecie. Dlaczego? Przecież zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i mikroekonomią, wydawałoby się, że dług to dług i tak samo powinien obciążać gospodarkę.

Różnica pomiędzy długiem Grecji a Japonii dotyczy następujących kwestii:

(1)   Od kogo dany rząd pożyczył pieniądze?

Rząd Japonii pożycza pieniądze od Japończyków, rząd Grecji – od każdego chętnego, głównie od bogatych krajów „starej” Unii Europejskiej.

(2)   W jakiej walucie pożyczane są pieniądze?

Japońskie pożyczki denominowane są w walucie narodowej – japońskich jenach. Grecja po przyjęciu euro, zapożycza się we wspólnej walucie. A warto cały czas mieć świadomość, że euro jest dla państw unii walutowej, a szczególnie dla państw słabszych gospodarczo, jakby walutą obcą, gdyż nie mają one żadnego wpływu na jej kurs, ani prawa jej druku.

(3)   Na co wydano pożyczone pieniądze?

Japonia, zgodnie z nową polityką gospodarczą (Abenomics) przeznacza uzyskane środki na wzmocnienie zdolności zasilania kraju, czyli w uproszczeniu na rozwój przemysłu. Grecja z długu finansowała wypłaty pensji, emerytur, a te przeznaczano za zakup towarów importowanych. Co pogrążyło i tak już słaby przemysł krajowy.

(4)   Jak kształtuje się bilans na rachunku obrotów bieżących?

Rachunek obrotów bieżących – to krótko mówiąc bilans płatności kraju, czyli różnica zagranicznych transferów pieniężnych.  O ile Japonia jest krajem stale wypracowującym nadwyżkę, to Grecja – deficyt, pieniądze cały czas wypływają z rynku greckiego.

(5)   Jaka jest międzynarodowa pozycja inwestycyjna danego kraju?

Japonia jest krajem posiadającym aktywa zagraniczne netto, czyli więcej pieniędzy pożycza innym krajom, niż od nich. A Grecja wręcz przeciwnie – ma pasywa zagraniczne netto (dług), czyli jest pożyczkobiorcą.

Robiąc to zestawienie, bynajmniej nie chcę pokazać, że sytuacja gospodarcza Japonii jest kwitnąca – bo nie jest. Japonia ma problemy gospodarcze niezależnie od swojej bazy ekonomicznej.

Z porównania Grecji z Japonią, warto wyciągnąć jeden, kluczowy wniosek, iż to co najgroźniejsze w długu – to nie jest jego wielkość! A niestety, do tej pory (przed Abenomics) populistyczne media straszyły Japończyków właśnie wielkością tego długu, dlatego przez lata kraj nie był w stanie rozwiązać problemu deflacji.

Prawdziwą tragedią dla społeczeństwa greckiego stała się sytuacja, jaka nastąpiła po przyjęciu przez ten kraj wspólnej waluty – euro. Powstał swoisty raj dla importerów: otworzył się worek z kredytami, a brak wahań kursów walutowych gwarantował pewność transakcji – koszty importu nie wzrastały. Z drugiej strony, krajowe przedsiębiorstwa nie były w stanie wygrać konkurencji cenowej z wysokowydajnym przemysłem krajów rozwiniętych i bankrutowały. Grecja niestety nie wykorzystała udzielonych pożyczek na zwiększenie własnej zdolności zasilania (wzrost produktywności). Tylko za pożyczone z zagranicy pieniądze… kupowała zagraniczne towary. Warto w tym momencie, zamiast obarczać winą podobno leniwe, greckie społeczeństwo, zastanowić się, czy same mechanizmy funkcjonowania Unii Europejskiej, a w szczególności wspólnej waluty, nie generują takich efektów gospodarczych. Tym bardziej, że po Grecji finansowo upadła Hiszpania, Portugalia, Irlandia… itd. Wszystkie te kraje wypracowywały deficyt obrotów na swoim rachunku bieżącym i rozszerzały poziom swojego zadłużenia zagranicznego. Dlatego kryzys finansowy był w ich przypadku po prostu nieunikniony.

Warto jednocześnie zauważyć, że zarówno Hiszpania jak i Irlandia przed kryzysem finansowym, wypracowywały nadwyżkę budżetową! Co więcej, zanim Islandia wpadła w kryzys, przez cztery lata z rzędu, budżet rządu notował nadwyżki. Co za ironia: budżety w tych krajach były zdrowe! A mimo to się załamały. W przypadku Islandii, kraj pogrążyły prywatne instytucje finansowe, pożyczając i spekulując w walutach obcych. Wystarczyło, że Lehman Brothers ogłosił bankructwo, a korona Islandii drastycznie spadła na wartości. Spadek był tak znaczący, że praktycznie uniemożliwiał spłatę zadłużenia zagranicznego. Po znacjonalizowaniu przez rząd prywatnych instytucji finansowych, dług ten „przejęło” państwo i przygniecione wielkością deficytu, wpadło w stan ostrego kryzysu finansowego.

Historie tych państw mają jeden wspólny mianownik: o niebezpieczeństwie nie świadczy sama wielkość deficytu budżetowego, ale przede wszystkim to, w jakiej walucie ten deficyt się liczy. Znacznie ma kwota długu w obcych walutach zaciągnięta nie tylko przez rząd, ale również przez sektor prywatny. Oczywiście od bilansu płatności całego kraju zależy, czy w przyszłości ten dług będzie mógł być spłacony. A deficyt na rachunku bieżącym, niestety nie wróży krajowi zasobnej przyszłości…

Zasadniczo można przyjąć, że kraj zadłużony wyłącznie w swojej walucie narodowej nie jest zagrożony zapaścią finansową. Ponieważ w ostateczności, może tę walutę nawet wydrukować. Warto zwrócić uwagę, że większość krajów, które zagrożone są bankructwem, posiada dług w walucie obcej (przez taką rozumiem także euro), którego nie jest w stanie spłacić. Oczywiście, zapaść finansowa może także i zdarzyć się w kraju, w którym rząd pożyczył pieniądze we własnej walucie. A to za sprawa inflacji. W 1946 r., zaraz po zakończeniu II Wojny Światowej, Japonia wprowadziła „blokadę depozytów”, co de facto oznaczało zapaść finansową, w celu powstrzymania nadmiernej inflacji. Inflacja ta wzrastała wskutek olbrzymiej luki podażowej, jaka pojawiła się w gospodarce Japonii tuż po wojnie. Była one efektem zniszczeń wojennych, przez które krajowa zdolność zasilania Japonii została wręcz zdewastowana. Warto stąd nauczyć się jednej prawidłowości: skrajną inflację waluty narodowej powoduje brak krajowej zdolności zasilania. Prawidłowość ta działa także w drugą stronę: jeżeli popyt rynku wewnętrznego jest w stanie zaspokoić produkcja krajowa, to niezależnie od innych czynników (np. poziomu zadłużenia), krajowi nie musi grozić wysoka inflacja. Podsumowując: dopóty popyt krajowy może być zaspokojony przez krajową zdolność zasilania, to upadek finansowy takiego kraju jest mało prawdopodobny, o ile jego zadłużenie denominowane jest w walucie narodowej.

Dlatego, tym, co tak naprawdę powinno martwić Polaków jest ta część zadłużenia, która jest denominowana w walutach obcych. Dług zaciągnięty w walucie narodowej, nie stanowi niebezpieczeństwa dla finansów kraju, o ile choćby pośrednio służy rozwojowi krajowego przemysłu (zdolności zasilania). Co więcej, w sytuacji bardzo niskiego poziomu inflacji, racjonalna polityka rządu powinna stymulować gospodarkę narodową poprzez pożyczanie pieniędzy od społeczeństwa, a dalej ponownie wprowadzanie ich do dochodu narodowego. Oczywiście katastrofą jest sytuacja, gdy pieniądze te wypływają z kraju, bo wtedy stymulują gospodarki… innych państw. Mówiąc krótko: powinniśmy dbać o gospodarkę narodową.

Problem z zadłużeniem rządu polskiego, a właściwie częścią zagraniczną tego zadłużenia polega na tym, że przy stałym, wieloletnim deficycie obrotów bieżących w przyszłości po prostu nie będzie z czego oddać tych pieniędzy. Dlatego podstawowym zadaniem obecnego rządu, nie powinny być sztuczki księgowe, mające na celu przykrycie całkowitego polskiego zadłużenia, a praca nad tym, jak osiągnąć rzeczywiste zmniejszenie poziomu zadłużenia zagranicznego netto i deficytu na rachunku bieżącym. Czyli po prostu opracowanie strategii:

 - jak oddać pieniądze pożyczone do tego momentu z zagranicy ;

- i co zrobić, aby w przyszłości nie było potrzeby pożyczania pieniędzy z zagranicy;

Przy okazji warto pamiętać, że każdy import towarów i usług, jest równoznaczny z faktem wypływania pieniędzy z kraju. Czyjś wydatek – to dla drugiej strony dochód! A więc, kupując towary zagraniczne, przyczyniamy się do zmniejszenia własnego dochodu narodowego i poziomu oszczędności krajowych. Wobec tego, w sytuacji braku pieniędzy na rynku wewnętrznym, nie dziwmy się, że rząd ratuje budżet pożyczkami z zagranicy. Co tylko odracza nieunikniona katastrofę…

 



wtorek, 03 grudnia 2013

Pieniądze krążą po świecie. Cz. 2.

Transakcje pieniężne na całym świecie bilansują się, czyli całkowite saldo obrotów równa się zero.

Czyli jeżeli od całkowitej sumy dochodów Twoich i  „reszty świata” odejmiemy sumę Twoich wydatków i wydatków całego świata, to bilans wyjdzie na zero.

Analogicznie: jeżeli sumaryczną wartość zadłużenia Twojego i „reszty  świata” odejmiemy od kwoty oszczędności jakie są w posiadaniu Twoim i świata, to te wartości również się bilansują na zero.

Analizując przepływ pieniędzy warto rozróżnić dwie wartości:

- „bilans płatności” (inaczej równowaga fiskalna): to różnica pomiędzy przychodami a wydatkami;

- „aktywa finansowe netto” (majątek): to różnica pomiędzy całością zadłużenia a wielkością oszczędności;

Jak te wartości można odnieść do Polski?

Otóż sumując bilans płatności Polski i „reszty” świata - otrzymamy zero!

Podobnie zestawiając majątek, czyli aktywa (i pasywa) finansowe netto Polski, z aktywami/pasywami reszty świata, również bilans wyjdzie nam na zero!

O kondycji kraju świadczą także takie wartości jak: rachunek bieżący i aktywa zagraniczne netto. Krótko mówiąc:

- rachunek bieżący: to bilans płatności całego kraju, zarówno wydatków rządowych jak i sektora prywatnego;

- aktywa zagraniczne netto: oznaczają wartość finansową (majątek) całego kraju, (rządu wraz z sektorem prywatnym), posiadanym/zdeponowanym za granicą. Polska niestety posiada raczej pasywa zagraniczne netto.

Jeżeli dodamy wartość na rachunku bieżącym Polski do wartości „reszty świata”, to otrzymamy… plus/minus… zero!

Dalej, również suma aktywów zagranicznych netto Polski i reszty świata także da nam na kocu zero (bilansuje się).

Można to wyrazić innymi słowami: rachunek bieżący (saldo budżetowe) całego świata wynosi zero. Aktywa zagraniczne netto całego świata wynoszą zero.

Bilans całego świata wychodzi na zero i wartość aktywów netto na całym świecie także jest równa zero. Co z tego wynika? Otóż wyraźna staje się pewna prawda: aby istniały kraje powiększające swój majątek narodowy, stale wypracowujące dodatni bilans (np. Niemcy), muszą jednocześnie istnieć kraje o stałym deficycie aktywów (np. Grecja). Gospodarka światowa nie jest magiczną sceną dla iluzjonisty, który w cudowny sposób wyczarowuje królika z pustego kapelusza. Z pustego, to i Salomon nie naleje… Nadwyżka na rachunku bieżącym danego kraju nie powstaje z próżni. Zawsze, koniecznie, jednocześnie, musi istnieć kraj, który „wypracowuje” deficyt na swoim rachunku bieżącym. Jeden naród stale bogaci się, kosztem ubożenia drugiego społeczeństwa.

Dług jednego podmiotu jest zawsze majątkiem finansowym kogoś innego. Dług nie będący jednocześnie niczyim majątkiem – nie istnieje. Dlatego tak znienawidzony dług rządu, tak naprawdę jest jednocześnie majątkiem finansowym kogoś innego. Wzrost poziomu zadłużenia rządu niesie za sobą wzrost finansowych aktywów (majątku) podmiotu pozarządowego. Przez „podmiot pozarządowy” należy tu rozumieć zwykle sektor prywatny, czyli przedsiębiorstwa i osoby prywatne, niestety również zagraniczne.

Pozwolę sobie na dygresję: nieco innego rodzaju przykładem takiej zależności są, albo raczej były - OFE: wraz ze wzrastającym zadłużeniem rządu, rósł majątek zgromadzony na indywidualnych kontach prywatnych osób. Gdyby nie dziwne transfery za zarządzanie, bilans wyniósłby zero.

Z takiej perspektywy zadłużenie rządu nie wygląda już tak traumatycznie. Ale uwaga! Aby dług rządu stał się majątkiem społeczeństwa tego kraju, musi być spełniony jeden, podstawowy warunek: rząd musi zapożyczyć się we własnym kraju, u własnego społeczeństwa. Jeżeli rząd pożycza pieniądze z oszczędności innych krajów, to jego dług staje się oczywiście aktywami innego narodu. I tu jest pies pogrzebany! Właśnie na tym polega zasadnicza różnica pomiędzy sytuacją gwałtownie ubożejących Greków, a ciągle bogatych Japończyków, chociaż zadłużenie Grecji w stosunku do PKB stanowi zaledwie połowę tego w Japonii. Z ogromnym niepokojem obserwuję tendencję polskiego rządu do zadłużania się u podmiotów zagranicznych, w obcej walucie…

W przypadku Japonii, zawsze kiedy wzrasta dług rządu, rosną oszczędności w sektorze prywatnym. Ponieważ pieniądze nie wypływają z rynku wewnętrznego Japonii.

Reasumując:

- pasywa finansowe netto państwa, występują gdy aktywa finansowe rządu i sektora prywatnego, są mniejsze niż całkowita wartość zadłużenia,

- aktywa finansowe netto, to sytuacja gdy różnica pomiędzy aktywami finansowymi a całkowitym zadłużeniem ma wartość dodatnią;

W przypadku Japonii każdy wzrost poziomu zadłużenia rządu powoduje jeszcze wyższy wzrost poziomu oszczędności w sektorze prywatnym. Dzieje się tak, ponieważ przede wszystkim pieniądze te nie wypływają z rynku wewnętrznego. A „nadwyżka” pomiędzy długiem rządu, a poziomem oszczędności prywatnych (które rosną szybciej) – to właśnie aktywa zagraniczne netto.

Niestety w przypadku Polski sytuacja wygląda bardzo niepokojąco: Polska jest krajem od lat „wypracowującym” zagraniczny dług netto. To oznacza, że długu rządu jest stale więcej niż prywatnych oszczędności Polaków. Skąd polski rząd zdobywa pieniądze, skoro nie pozyskuje ich na rynku wewnętrznym? Pożycza pieniądze na „międzynarodowych rynkach finansowych”, czyli po prostu od innych krajów. Dlatego te pieniądze nie służą prostemu wzbogaceniu polskiego społeczeństwa, ale niestety stanowią prawdziwy dług krajowy. I to właśnie o tę część zadłużenia budżetowego należy się przede wszystkim martwić. Nie o „cały deficyt rządowy”, tylko właśnie o kwotę zadłużenia zagranicznego.

Kiedy analizujemy wysokość zadłużenia rządu, warto mieć świadomość, że tak naprawdę nie istnieją żadne magiczne poziomy, których nieprzekraczanie gwarantuje bezpieczeństwo gospodarcze kraju, lub powyżej których gospodarkę czeka gwarantowana katastrofa. Fakt, że deficyt budżetowy Polski narastająco nie przekroczył np. 60% wcale nie świadczy o sukcesie rządu. Z drugiej strony dług nawet powyżej 200% PKB, jak w Japonii, też nie przesądza o kłopotach finansowych. Kluczowe natomiast są trzy kwestie:

- od kogo pożyczone są pieniądze?

- w jakiej walucie pożyczono pieniądze?

- na co wydano pożyczone pieniądze?

- ponadto warto zastanowić się, dlaczego rząd musi pożyczać pieniądze z zagranicy?

Zamiast jałowych przepychanek nad wskaźnikami i liczbami, zamiast szukania winnych, opłacałoby się właśnie teraz przemyśleć strategię: jak można w Polsce zbudować strukturę gospodarczą, w której nie trzeba by było pożyczać pieniędzy z zagranicy, jak to dzieje się obecnie.

środa, 27 listopada 2013

Czyjś koszt, to dla drugiej strony dochód. Dlatego zarobek każdego z nas pochodzi z wydatków innej osoby. Aktywa finansowe jednej osoby/instytucji są jednocześnie zobowiązaniem finansowym dla kogoś innego. Warto mieć świadomość, że aktywa finansowe, nie będące jednocześnie niczyim zobowiązaniem, po prostu nie istnieją. Pieniądz cały czas krąży…

 

Dla przykładu, jeśli wydasz 1000 zł, to dokładnie o taką sumę wzrośnie dochód kogoś innego, lub kilku innych podmiotów, dając sumarycznie właśnie taką kwotę. Te 1000 zł nie zniknie ze świata,  ile oczywiście ich nie spalisz. Z punktu widzenia mikroekonomii, niestety pieniądze zniknęły z Twojego portfela, jednak patrząc na poziomie makro, po prostu przewędrowały do portfela innej osoby.

Rozważmy hipotetyczną sytuację, że na cały świat składają się tylko dwa byty: Ty i cała „reszta”. Zawsze, kiedy wydasz 1000 zł, to dochód/oszczędności całego świata „poza” Tobą wzrosną o 1000 zł. A z drugiej strony, kiedy uzyskasz dochód 1000 zł, t będzie znaczyło, że świat „poza” tobą poniósł wydatki w wysokości tego 1000 zł właśnie.

Załóżmy dalej, że na całym świecie istnieje tylko 100 000 zł. Kiedy Ty zarobisz 2000 zł i jednocześnie wydasz tylko 1000, a pozostały 1000 zaoszczędzisz, to zasoby reszty świata zmaleją do 99 000 zł. Wyobraź sobie, że tak co miesiąc oszczędzasz po 1000 zł. Wtedy po 100 miesiącach twoje oszczędności wzrosną d 100 000 zł. Jednocześnie jednak zasoby pieniężne „reszty” świata będą równe 0 zł. Ty jednak nadal chcesz oszczędzać, wtedy „reszta” świata musi jakoś zdobyć gotówkę. Albo pożyczy ją d Ciebie, albo „światowy bank centralny” dodrukuje tych pieniędzy, w celu zwiększenia ilości gotówki na świecie. Przecież banknot (pieniądz) formalnie jest długiem (pasywa) banku centralnego.

(Precyzyjnie mówiąc – banknot nie jest prawdziwym długiem, ponieważ bank centralny nie ma obowiązku jego spłaty. Jednak formalnie – banknot jest właśnie zobowiązaniem banku centralnego.)

Z powyższego eksperymentu myślowego wyraźnie widać, że wzrost czyjegoś poziomu oszczędności, skutkuje tym, że „reszta” świata ma mniej pieniędzy – musi zmniejszyć swój poziom oszczędności lub zaciągnąć dług. Logiczne? Logiczne!

A teraz podzielmy świat na dwa podmioty: rząd i wszystko poza rządem (społeczeństwo). Załóżmy, na całym świecie, ludzie oszczędzają miesięcznie po 500 zł „na głowę”. Wówczas dług rządów na całym świecie wzrasta  350 miliardów zł miesięcznie. (7,000,000,000 osób x 500 zł) Mamy wówczas sytuację, kiedy w ścisłym tego słowa znaczeniu „zadłużenie finansowe netto” rządów na całym świecie rośnie. (Zadłużenie finansowe netto, określa się jako „czysty dług”, czyli wartość długu pomniejszona ewentualne aktywa finansowe, jak akcje i depozyty. Analogicznie „aktywa finansowe netto” to wartość aktywów finansowych minus zobowiązania, czyli dług.)

Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego z 2010 roku, zadłużenie finansowe netto rządów na całym świecie sięgało kwoty 28,750 bilionów dolarów . Innymi słowy, oznacza to, że 28,750 bilionów dolarów znajduje się w zasobach aktywów finansowych prywatnych ludzi na całym świecie. Aktywa finansowe sektora prywatnego i finansowy dług netto rządów na całym świecie bilansują się (równają się).

Wyobraźmy sobie teraz, co takiego stałoby się, gdyby przed rządami na całym świecie postawić jedno zadanie: należy zmniejszyć dług poprzez robienie oszczędności. Ten, kto prześledził wcześniejszy eksperyment myślowy już wie, że wzrost oszczędności jednej strony oznacza, że u kogoś innego urósł dług. Rząd może oszczędzać tylko pozbawiając kogoś dochodu.

Czyli jeżeli rządy na całym świecie dążą do spłacenia swojego zadłużenia, to musi się to odbyć kosztem zmniejszenia poziomu oszczędności, bądź nawet zwiększenia poziomu zadłużenia, sektora prywatnego - ludzi. Podkreślam, jeżeli obowiązkiem rządu staje się wypracowanie nadwyżki budżetowej, to oznacza dla sektora prywatnego zmniejszenie poziomu oszczędności lub wzrost zadłużenia. Tak przy okazji takie właśnie kuriozalne zapisy istnieją w konstytucji Singapuru i w Niemczech. Co gorsza Niemcy wezwały inne kraje Unii Europejskiej do wpisania w swoje konstytucje obowiązku zrównoważenia budżetu.

Gdy faktycznie do tego dojdzie, będzie to oznaczało że, w celu zrównoważenia budżetu rządowego, całe społeczeństwo danego kraju, będzie musiało pozbywać się swoich oszczędności lub nawet zadłużać. Czyli wszyscy przeciwnicy zadłużenia rządowego, muszą zaakceptować zadłużenie własne. Gdyż aktywa finansowe sektora prywatnego i finansowy dług netto rządów na całym świecie bilansują się.

We współczesnym systemie ekonomicznym, ze stosunkowo dojrzałą gospodarką, ludzie mogą sobie pozwolić na stopniowy wzrost własnych oszczędności. A to oznacza mechanizm, w którym zawsze wzrasta dług rządu. Jeżeli natomiast absolutnie nie akceptujemy wzrostu poziomu zadłużenia rządowego, to trzeba przyjąć system, w którym to sektor prywatny nie może oszczędzać.  Coś za coś. Nie można zjeść ciastka i mieć ciastka. Alternatywą jest zbudowanie społeczeństwa wysokiego dobrobytu, jak w krajach północnej Europy (Szwecja, Norwegia). Tam nawet osoby bez jakichkolwiek oszczędności mają przez rząd zagwarantowane bezpieczeństwo.

Reasumując, zanim rozpocznie się bezwzględną krytykę deficytu budżetowego, warto najpierw przemyśleć, jakiego rodzaju społeczeństwo chcemy zbudować i jakie powinny być cele funkcjonowania państwa.

Dług, bądź deficyt fiskalny kraju sam w sobie jeszcze nie jest wielkim problemem. Jakby na to nie patrzeć, stan deficytu budżetowego jest… normalny. Raczej powinniśmy martwic się od kogo rząd pożyczył pieniądze, w jakiej walucie, i przede wszystkim - na co je wydał. Innymi słowy, naprawdę godne uwagi, bo niebezpieczne jest to, czy pieniądze, które pożyczył rząd nie wypływają z kraju?

 

czwartek, 21 listopada 2013

Deficyt budżetowy rządu jest powszechnie krytykowany, tymczasem znacznie groźniejszy jest deficyt na rachunku bieżącym, czyli różnica pomiędzy wartością produktów sprzedanych i kupionych zza granicy. I to on powinien być w centrum zainteresowania rządu, opozycji i dziennikarzy. Co więcej, istnieją sytuacje, kiedy nawet korzystne dla gospodarki narodowej jest zwiększenie deficytu budżetowego, o ile uzyskane środki służą do redukcji deficytu obrotów bieżących (eksport-import). A tymczasem opinia publiczna, pod dyktando Niemiec, przekonywana jest o bezwzględnej szkodliwości deficytu i koniec. Unia Europejska wymaga od państw członkowskich zrównoważenia budżetu, dając za przykład Niemcy, które we własnej konstytucji stworzyły zapis zabraniający wzrostu zadłużania państwa. Co gorzej Niemcy chcą wprowadzenia analogicznych zapisów w konstytucjach innych państw. Jedynie Wielka Brytania i Czechy sprzeciwiły się dyktatowi Niemiec.  Oba krajem skutecznie radzą sobie z kryzysem. Przypadek? Nie sądzę…

Rynek globalny funkcjonuje na zasadzie naczyń połączonych: w krajach notujących nadwyżki na rachunku bieżącym (eksport ˃ import), rośnie ilość pieniądza, pojawia się nadmiar oszczędności krajowych. Tymczasem w krajach mających deficyt na rachunku bieżącym (eksport ˂ import) pieniędzy brakuje. Globalizacja umożliwia przepływ kapitału, jedni zarabiają, a u innych zadłużenie zagraniczne rośnie… „Niewidzialna ręka rynku” pełni funkcję regulatora. Tylko, czy te regulacje są dla wszystkich korzystne?

„Bezpieczny” sposób zadłużania państwa ma miejsce wtedy, gdy rząd pożycza pieniądze z zasobów krajowych. Jednak jest to możliwe tylko wówczas, gdy poziom krajowych oszczędności jest wystarczająco wysoki. Jeżeli pieniędzy brakuje, jak to się działo np. w Grecji, to nie ma innego wyjścia, jak pożyczyć je z zagranicy. Niestety jest to strategia niebezpieczna dla kraju. Dlatego rząd powinien przede wszystkim dbać o wystarczający poziom oszczędności krajowych. A ten wzrasta, gdy … wzrasta dochód narodowy.

Czy można w Polsce znacząco zwiększyć dochód narodowy? Niestety w krajach o wysokim poziomie bezrobocia, ani dochód narodowy, ani poziom krajowych oszczędności - nie wzrasta. W tej sytuacji rząd, który umywa ręce od odpowiedzialności za sytuację na rynku pracy i ślepo wierzy w samoistne „wolnorynkowe” regulacje jest skrajnie nieodpowiedzialny. A jego strategia niestety jest bardzo niebezpieczna dla całego państwa.

Warto pamiętać, że sytuacja odwrotna - nadmierny poziom oszczędności krajowych - jest także niekorzystna dla gospodarki krajowej. Jeżeli, ani przedsiębiorstwa, ani gospodarstwa domowe nie inwestują i ograniczają konsumpcję, tak jak dzieje się właśnie w Japonii, to gospodarka wpada w spiralę deflacji. W kraju gromadzą się nadwyżki pieniądza. Jedyne co można z nimi zrobić, to zainwestować za granicą. Zachodzi tzw. eksport kapitału, właśnie do krajów borykających się z deficytem na rynku pieniężnym.

Podsumowując: zadłużenie rządu samo w sobie nie jest problemem, o ile jest to zadłużenie wewnątrzkrajowe i o ile – co najważniejsze – pozyskane pieniądze wydawane są racjonalnie.

Rząd niestety może te pieniądze po prostu zmarnować, wykorzystując je wyłącznie do zwiększenia popytu na konsumpcję dóbr importowanych, jak to właśnie czyniła Grecja.

Może także zainwestować je w celu zwiększenia poziomu krajowego „zasilania”, czyli np. w takie inwestycje kapitałowe, które zaowocują rozwojem nauki, techniki, krajowego przemysłu.

Czyli zadłużanie – TAK – ale z sensem!

Import, pogarszający saldo na rachunku bieżącym, jest we współczesnym świecie zjawiskiem powszechnym i nieuniknionym. Tymczasem warto mieć świadomość, że istnieją dwie podstawowe strategie importowe:

  1. Importowi podlegają produkty, których w żaden sposób nie można pozyskać na rynku wewnętrznym, np. kopaliny, surowce energetyczne.
  2. Importowane są towary, które można wyprodukować na rynku krajowym, niemniej te „z zagranicy” są tańsze, dlatego wypierają krajowe.

Chyba nie muszę przekonywać, która strategia przeważa w krajach bogatych, a którą radośnie zniszczyły własny przemysł kraje obecnie zagrożone bankructwem…

Czyli import - TAK – ale z sensem!

Nie jestem zwolennikiem beztroskiego zadłużania kraju. Niemniej dopuszczam sytuację, kiedy warto pożyczyć pieniądze z zagranicy, aby użyć ich do zwiększenia krajowego potencjału zasilania: produkcji i usług. Warto pamiętać, że kurs danej waluty na rynkach międzynarodowych, w dużej mierze zależy właśnie od zdolności zasilania w danym kraju. Nawet jeżeli znacznie zadłużymy budżet państwa, ale pieniądze te przyczynią się do rozwoju gospodarki krajowej, to wzrośnie „poziom zaufania rynków międzynarodowych”. W konsekwencji zmniejszy się potencjalne ryzyko niewypłacalności kraju. Dlatego wszelkie wydatki rządowe (inwestycje publiczne) powinny dawać pracę firmom krajowym, a nie jeszcze przyczyniać się do wzrostu deficytu na rachunku bieżącym!



piątek, 15 listopada 2013

Rząd decydując o zmianach funkcjonowania OFE, dokonuje dwóch posunięć:

- po pierwsze wywłaszcza część obywateli z posiadanego majątku, na rzecz innych grup społecznych;

- po drugie, zabraniając OFE inwestowania w obligacje na przyszłość, aktywnie kreuje trend wzrostu poziomu zadłużenia zagranicznego Polski.

Jeśli pieniądze na zakup obligacji rządowych pochodzą z oszczędności społeczeństwa, to po nastaniu pory wykupu tych obligacji, pieniądze te wracają z powrotem do obywateli i w sposób ciągły zasilają rynek krajowy. Zasadnicza różnica pojawia się wtedy, gdy kupno obligacji jest finansowane z oszczędności innych krajów. „Zarobek” z tych obligacji transferowany jest wówczas do innego narodu. Co więcej, państwo sprzedające swoje obligacje na „zagranicznych rynkach finansowych” narażone jest na spekulacje i poważnie zagrożone bankructwem – przykładem są kraje południa Europy. Dlatego OFE jako wewnątrz-krajowy inwestor, kupujący obligacje rządowe, wydaje się być bezpiecznym i bardzo pożądanym podmiotem. Oczywiście zasadność pobierania wielkich opłat za zarządzanie jest zupełnie inną kwestią.

Dlaczego zakup obligacji przez OFE był taki bezpieczny dla kraju? Ano dlatego, że w sytuacji podbramkowej, ratując kraj przed niewypłacalnością, państwo chcąc zdobyć fundusze na wykup obligacji, może po prostu wydrukować pieniądze. Przecież OFE kupowało obligacje denominowane w złotych polskich. Warto mieć świadomość, że taki „dodruk” pieniędzy jest posunięciem, na którym solidarnie traci całe społeczeństwo, gdyż automatycznie może spowodować znaczny ich spadek wartości waluty. Dlatego takie posunięcia są zarezerwowane dla sytuacji naprawdę wyjątkowej…

W Polsce, żadna sytuacja wyjątkowa, miejsca ostatnio nie miała. Katastrofalny stan budżetu państwa jest po prostu konsekwencją nieporadnego sposobu zarządzania krajem, gospodarką narodową. Rozumiem, że brakuje pieniędzy. W takim przypadku, jakiekolwiek obciążenia powinny być równomiernie rozłożone na całe społeczeństwo. A tymczasem rząd polski chce przeprowadzić posunięcie naprawdę bez precedensu: po prostu wywłaszczyć niewielką część społeczeństwa z posiadanego majątku. I tymi pieniędzmi tymczasowo załatać dziurę budżetową. Czy w Polsce obywatele są równi wobec prawa? Czy państwo jednakowo traktuje wszystkich Polaków? Sam premier Tusk przecież kiedyś walczył w imię „Solidarności”…

Jeszcze bardziej kuriozalny, wydaje się forsowany zapis, zabraniający krajowym OFE zakupu obligacji. Wobec tego, kto zadaniem rządu jest najbardziej pożądanym podmiotem kupującym obligacje krajowe, skoro nie własne społeczeństwo?

Kiedy „normalny” rząd pożycza pieniądze z zagranicy? Dopiero wtedy, gdy nie jest w stanie zebrać niezbędnej kwoty na rynku krajowym, czyli np. w sytuacji gdy poziom oszczędności społeczeństwa jest zbyt niski. A tymczasem polski rząd zabrania kupowania polskich obligacji za środki będące własnością Polaków! Do czego to doprowadzi? Komu będą sprzedawane polskie obligacje?

Pisałem poprzednio, że wielkość pożyczek rządowych sama w sobie nie wyznacznikiem wielkości problemu z tym długiem. Prawdziwe niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy rząd zadłuża się „za granicą” i w obcej walucie. Obserwując posunięcia rządu polskiego wobec OFE, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że rząd realizuje jakąś samobójczą strategię: czyżby aktywnie dążył do zwiększenia puli zadłużenia zagranicznego?



piątek, 08 listopada 2013

Aby oszacować prawdziwy problem z długiem budżetowym, należy zadać trzy podstawowe pytania:

1.  Od kogo rząd pożyczył pieniądze?

2. W jakiej walucie rząd pożyczył pieniądze?

3. Na co rząd wydał pożyczone pieniądze?

Jak to wygląda w Polsce? Niestety dług budżetowy rządu polskiego jest w dużej części finansowany przez instytucje międzynarodowe. Sytuacja ta nawet zaniepokoiła Komisję Europejską, która ostrzegła rząd, iż taka struktura długu wystawia kraj na niebezpieczeństwo spekulacji ze strony „międzynarodowych rynków finansowych”.  Innymi słowy siedzimy na minie, która nie wiadomo kiedy wybuchnie…  A na co przeznaczane są pieniądze? Na bieżącą konsumpcję? Czy na stymulowanie wzrostu gospodarczego, rozwój przemysłu, który pozwoliłoby w przyszłości na spłacenie tego długu? … Pozwolę sobie nawet nie odpowiadać na to pytanie. W tej perspektywie, nawet niskie oprocentowanie tego długu, czym chwali się minister Rostowski wydaje się sprawą prawdziwie drugorzędną.

Różnice pomiędzy długiem Polski, Grecji a Japonii są ogromne i bynajmniej nie dotyczą przede wszystkim wielkości kwoty tego zadłużenia. Rząd Japonii zaciąganym długiem chce finansować długoterminowe inwestycje publiczne. Działanie takie ma na celu zachęcenie sektora prywatnego do inwestycji i w efekcie pobudzenie całej gospodarki. Oczywiście również w Japonii jest bardzo silne lobby zwolenników ekonomii neoklasycznej, którzy są bezkompromisowymi zwolennikami zrównoważenia budżetu i wymagają tłumienia zadłużenia rządu. Stanowią oni bardzo silną opozycję wobec przeprowadzanych reform.

Dlaczego Japonia z ponad 200% zadłużeniem nie jest zagrożona bankructwem? Przyczyn jest kilka. Warto zwrócić uwagę, że pomimo tak wysokiego poziomu zadłużenia wysokość odsetek długoterminowych obligacji rządowych Japonii nie przekracza 1%. Dlatego obsługa tego długu nie jest jakoś specjalnie dokuczliwa dla gospodarki. Rzeczywistym problemem gospodarki Japonii nie jest dług, a jest deflacja.

W strefie euro sytuacja jest bardzo „nienaturalna” i niebezpieczna, gdyż państwa posługują się walutą, która w rzeczywistości jest walutą obcą. Dlatego rządy (np. Grecji) początkowo bardzo łatwo otrzymywały pożyczki z ryków międzynarodowych, za które finansowały wydatki bieżące. Pieniądze które trafiały do obywateli, dalej były wydawane na konsumpcję, czyli często na zakup dóbr z importu. Czyli pieniądze – euro - „wypływały” w rynku krajowego. Rząd znajdując swój kraj w stanie niedoboru pieniądza, znowu zaciągał pożyczkę i… sytuacja się powtarzała. Dlatego wzrost długu w walucie euro doprowadził do zapaści finansowej Grecję, Hiszpanię, itd., itd. Widać na podatnie tego przykładu, że pożyczanie pieniędzy „zza granicy” jest dość niebezpieczne. Dlaczego wobec tego rządy decydują się za zaciąganie długów u zagranicznych wierzycieli? Kolejne pytanie: czym różni się zaciąganie długu wewnątrz kraju od długu u zagranicznych wierzycieli? Przecież pieniądze tak czy tak trzeba oddać.

Otóż rozważmy saldo oszczędności i inwestycji.

Najpierw wyobraźmy sobie sytuację czysto hipotetyczną, gdy nie istnieje obrót kapitału, towarów ani usług w skali globalnej. Czyli pieniądze krążą jedynie w obrębie danego kraju. Wówczas wszystkie inwestycje krajowe, łącznie z publicznymi, finansowane są wyłącznie ze środków krajowych. Banki mogą obracać jedynie środkami zgromadzonymi przez naród (gospodarstwa domowe i krajowe przedsiębiorstwa). Wówczas rząd, realizując inwestycje publiczne, będzie wykorzystywał oszczędności narodu. Co ważne, w sytuacji gdy wykorzystywany będzie krajowy potencjał produkcyjny, wszystkie wydatki rządowe (pensje, koszty inwestycji) będą tworzyły dochód narodowy. Czyli pieniądze pozostaną w kraju!

Schemat przepływu pieniądza:

Naród (kredytodawca) → Bank (kredytobiorca i kredytodawca) → Rząd (kredytobiorca) → Wydatki budżetowe → Dochód Narodowy

W powyższym schemacie pieniędzy w kraju nie ubywa!

A co dzieje się, gdy wydatki rządowe przeznaczone na pensje sfery budżetowej, idą do gospodarstw domowych, które dochód swój przeznaczają na zakup produktów importowanych? Wówczas dochody te (pieniądze) przekazywane są na zewnątrz gospodarki krajowej. Innymi słowy – pieniądze znikają z kraju. Wypływanie pieniędzy z kraju oznacza automatycznie zmniejszanie się poziomu krajowych oszczędności. Wtedy dochodzi do sytuacji, gdy rząd chcąc sfinansować swoje wydatki nie może niezbędnego kapitału zebrać na rynku krajowym . I wtedy szuka pieniądza na rynkach zagranicznych. Czyli inaczej: finansuje wydatki krajowe dzięki oszczędnościom pozyskanym od innych państw.

A to już zaczyna być sytuacja potencjalnie niebezpieczna. Dlatego, aby uniknąć spirali zadłużenia zagranicznego rządy próbują zredukować swoje wydatki. Obniżają płace sfery budżetowej i zasiłki (zwykle tych najsłabszych grup – nauczycieli, emerytów czy rencistów). Próby oszczędności na silniejszych grupach społecznych (górnikach, służbach mundurowych) zwykle wywołują silne protesty i kończą się… przegranymi wyborami. W Grecji, w której tradycyjnie istniały bardzo silne związki zawodowe politycy przez długie lata prowadzili politykę „schlebiania publiczności”. Efektem jest upadek finansowy całego kraju. Przykre to, ale to właśnie obywatele Grecji, w demokratycznych wyborach, wybierali sobie takich, a nie innych polityków…

W przypadku nagłego zmniejszenia się dochodów podatkowych rządu, trudno równie nagle zmniejszyć wydatki budżetowe (liczbę policjantów, strażaków, lekarzy, szpitali, itd.). Dlatego rząd musi wydawać obligacje (zaciągać dług). Niemniej warto pamiętać, że jeśli pieniądze na zakup tych obligacji będą pochodziły z oszczędności krajowych i zostaną wydane na rynku krajowym, czyli wrócą do narodu, to ryzyko zapaści finansowej państwa jest minimalne. Prawdziwy problem z długiem pojawia się wtedy, gdy rząd zza granicy pozyskuje pieniądze, aby za nie kupować zagraniczne produkty.

Dlatego ponownie rzucam do rozważenia pytanie: czym należy się przede wszystkim martwić – deficytem budżetowym, czy deficytem na rachunku bieżącym?



środa, 06 listopada 2013

Powszechnie utarło się krytykować deficyt budżetowy rządu. W zasadzie opinia publiczna jest przekonana, że najgorsze, co rząd może zrobić krajowi, to zwiększać zadłużenie budżetu państwa. Zastanówmy się, na czym polega problem? Deficyt budżetowy powstaje wtedy, gdy dochody rządu (np. VAT, CIT, podatek dochodowy) są niewystarczające do finansowania działalności państwa, a więc np. do wypłat rent, emerytur, płacenia za opiekę zdrowotną, czy edukację obywateli. Wówczas brakujące środki rząd zdobywa poprzez emisję obligacji skarbowych. Jeżeli sytuacja taka powtarza się z roku na rok, to całkowite zadłużenie budżetu państwa wzrasta. Powszechnie stosowanym wskaźnikiem porównującym wielkość zadłużenia kraju jest procentowa wartość wielkości długu wobec rocznego Produktu Krajowego Brutto tego kraju.

Czy jest to wskaźnik miarodajny? Porównując procentową wartość zadłużenia Japonii i Grecji zauważamy, że dług Japonii znacznie przekroczył już 200% w stosunku do PKB. Na tym tle Grecja ze swoim zadłużeniem sięgającym 160% wydaje się być spokojniejszą przystanią. Wobec tego: dlaczego to Grecja, a nie Japonia jest w stanie upadłości? Różnic pomiędzy długiem greckim, a japońskim jest wiele, ale największy z nich dotyczy – waluty. Dług Japonii jest prawie w 100% denominowany w walucie krajowej - japońskich jenach. Grecja swój dług zaciągnęła w euro. To „euro” niby jest walutą Grecji, ale jednocześnie funkcjonuje na terenie państwa jak waluta obca.

Różnica pomiędzy długiem Japonii a Grecji polega także na tym, że japoński rząd pożyczył pieniądze z oszczędności swojego społeczeństwa. Grecja natomiast finansowała swój dług pieniędzmi innych krajów, np. Niemiec i Francji. I to jest kolejna, fundamentalna różnica.

Można zapytać: i co z tego wynika? Otóż bardzo wiele.

Ponieważ dług japońskiego rządu jest denominowany w jenach, to możliwość zapaści finansowej Japonii, z powodu tego długu, jest niemal zerowa. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że za japońskie jeny można kupować produkty wyłącznie na terenie Japonii. Dlatego pieniądze nie znikają z kraju. Co innego w krajach posługujących się wspólną walutą: zarówno banki, przedsiębiorcy, jak i „prywatni” ludzie mogą swobodnie dokonywać zakupów w dowolnym kraju unii walutowej. W efekcie, na rynku greckim krąży coraz mniej pieniądza. Jeszcze większe niebezpieczeństwo na swój kraj ściąga rząd, który pożycza pieniądze w obcej walucie. A niestety taki zwyczaj ma minister Rostowski…

Po drugie, w sytuacji „podbramkowej”, gdyby zdarzyła się jakaś katastrofa gospodarcza, to w najgorszym wypadku obligacje rządowe może wykupić Centralny Bank Japonii, mający prawo emisji jena. Innymi słowy, ten bank może przejąć dług budżetu, a to miałoby ten sam efekt, jakby zadłużenie rządu po prostu zniknęło. Dodruk pieniędzy przez bank centralny może nieść za sobą ryzyko ogromnej inflacji. Jednak Japonia to nie Zimbabwe. Od ponad dwudziestu lat Japonia zmaga się z deflacją. Dlatego bardzo pożądana jest polityka stymulująca powstanie umiarkowanej inflacji. W tym wpisie nie chcę opisywać czym jest deflacja, dlatego wracam do problemu deficytu budżetowego.

Śledząc głosy opinii publicznej widzę, że większość ludzi wychodzi z założenia, że zadłużenie rządowe jest samo w sobie szkodliwe dla gospodarki. Tymczasem jest to wielkie nieporozumienie. W zdrowej gospodarce kapitalistycznej, ktoś musi pożyczać pieniądze i wykorzystywać je na inwestycje lub chociażby do konsumpcji. Jeżeli nagle przerwano by pożyczanie pieniędzy, to gospodarka po prostu by stanęła.

Przeanalizujmy prosty model: pan Kowalski część swojego wynagrodzenia oszczędza i lokuje w banku na lokacie terminowej. Dla rodziny Kowalskich pieniądze w banku są majątkiem. Ale dla banku, który musi potem je oddać panu Kowalskiemu w jeszcze większej kwocie, są po prostu formą długu, należności do spłacenia. Dlatego bank, aby być w stanie wypłacić Kowalskim wartość lokaty wraz z odsetkami musi te dodatkowe pieniądze po prostu zarobić. A zarabia je w ten sposób, że pożycza innym… Zazwyczaj, z banku pożyczają pieniądze firmy. Przedsiębiorstwa zdobyte fundusze przeznaczają na inwestycje (budują fabryki, dokonują inwestycji kapitałowych, itp.). Dzięki temu, w kraju rozwija się produkcja towarów i usług. I tutaj dochodzimy do kolejnego problemu występującego w Unii, a w szczególności w Polsce – czy banki zagraniczne, w razie potrzeby, nie będą transferowały pieniędzy z Polski za granicę, co utrudni polskim przedsiębiorcom dostęp do kapitału i przez to spowoduje upadek gospodarki?  Jak na razie europejskie centrale przekonują, że absolutnie nie, ale prawdę poznamy w potrzebie…

A teraz sytuacja przeciwna. Co, gdyby nikt nie chciał pożyczyć pieniędzy? Wtedy to bank miałby problem. Posiadane depozyty stałyby się dla banków tylko obciążeniem. Wtedy, ratując banki przed upadkiem, może wkroczyć rząd i pożyczyć z banków pieniądze dla realizacji inwestycji publicznych.

Każde pęknięcie bańki gospodarczej i nadejście kryzysu, skutkuje tym, że zarówno przedsiębiorstwa jak i gospodarstwa domowe przestają zaciągać kredyty. A nawet, jeśli tylko są w stanie, to zaczynają szybciej spłacać swoje zadłużenie. Dlatego duże ilości pieniędzy zaczynają wracać do banków. Innymi słowy – wartość obciążeń dla banków (oszczędności obywateli i firm zdeponowane na kontach) – wzrasta. Doskonale zjawisko to było widoczne w strefie euro po pęknięciu ostatniej bańki. Szczególnym przypadkiem jest Japonia, gdzie stan ten utrzymuje się nadal, chociaż bańka pękła już 20 lat temu…

Reasumując: nasze depozyty bankowe są dla nas aktywami, a dla banku odwrotnie – zobowiązaniami finansowymi. Pieniądze te musi ktoś pożyczyć. A podczas deflacji oraz spowolnienia gospodarczego – popyt na kredyty maleje. Aby nie dopuścić do „zatrzymania się” gospodarki, rząd powinien być wtedy pożyczkobiorcą i emitować obligacje skarbowe. Innymi słowy – wtedy w interesie kraju jest zadłużanie budżetu. Większość ludzi traktuje dług jak zło najgorsze i nie rozróżnia, czy to pożycza rząd, przedsiębiorstwa, czy też gospodarstwa domowe. Warto pamiętać jednak, że jeśli nikt nie miałby długu, nikt by nie inwestował, ani nie konsumował. W takim stanie gospodarka kapitalistyczna po prostu nie działa. Tyle kwestii finansowych. Natomiast zupełnie innym problemem, chociaż równie istotnym, jest sposób rozporządzania tymi pieniędzmi, szczególnie przez instytucje rządowe. Ale to jest temat na inny wpis.

Zamiast martwić się deficytem budżetowym rządu, należy raczej martwić się deficytem na rachunku bieżącym.

 



poniedziałek, 28 października 2013

Budowa w Polsce dróg czy lotnisk przez zagraniczne korporacje, ani nie przyczynia się do rozwoju przemysłu krajowego, ani nie stymuluje polskich firm do innowacyjności. Przecież wtedy krajowi podwykonawcy wynajmowani są najwyżej do najprostszych prac, bądź ich zadaniem jest zaopatrzenie placu budowy w surowce. Problemami konstrukcyjnymi, bardziej złożonymi zajmują się „rodzimi”, stali pracownicy. Do kraju pochodzenia firmy jest też transferowany zysk z inwestycji. Kraje, w których nie rozwija się przemysł krajowy, a produkcja oparta jest na firmach zagranicznych – są źródłem najtańszej siły roboczej i niczym więcej. Naród nie bogaci się.

 

Jeżeli Polacy chcą w Polsce żyć bezpiecznie i dostatnio, to powinni przede wszystkim myśleć o gospodarce narodowej – Oikos Nomos. Oczywiście z punktu widzenia mikroekonomii, z punktu widzenia gospodarstwa domowego – mając do wyboru dwa produkty, każdy wolałby wybrać ten lepszy lub tańszy. Dlatego „mikroekonomicznie” promowanie importu wydaje się korzystne. Dlatego właśnie istnieją ludzie bezkompromisowo wspierający wolny handel i zniesienie taryf. Ale już patrząc z długoterminowej perspektywy dobra całego kraju – wolny rynek i brak taryf nie zawsze są dobre i korzystne. Ponieważ import jest jednoznaczny z przeniesieniem poza granice własnego kraju miejsc pracy i dochodów. Reasumując, chcę podkreślić, że eliminacja taryf i swobodny import są wspaniałe wyłącznie wtedy, kiedy naród ma wystarczające dochody. Zazwyczaj taki luksus mają kraje wypracowujące nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących, o niskiej stopie bezrobocia. Dlatego nie potrafię zrozumieć Polaków, którzy w swoim kraju – wysokiego deficytu handlowego i wysokiego poziomu bezrobocia – nadal promują hasła o wolnym rynku, a jako widomą korzyść z tego posunięcia, wskazują na możliwość taniego zakupu rzeczy z importu. Być może są to ludzie sami bardzo dobrze sytuowani, dla których problem braku dochodów jest zupełnie abstrakcyjny. Albo są to „beznarodowcy” zupełnie nie zainteresowani gospodarką krajową, dla których fakt emigracji zarobkowej dwóch milionów Polaków nie stanowi żadnego problemu… Zazwyczaj to tacy właśnie „obywatele świata”, globalni akcjonariusze, są wyznawcami neoliberalizmu.

Czyjeś wydatki to dla drugiej strony dochód. Innymi słowy to Ty wybierasz, kto uzyska dochód z Twojego zakupu. Działa to także w druga stronę: bo to wydatki innych ludzi mają szansę stać się Twoim dochodem. W gospodarce narodowej, kiedy obrót zachodzi na rynku wewnętrznym, pieniądze nie znikają z tego rynku. Przeciwnie, Twoje wydatki stają się bardzo ważne, ponieważ tworzą one dochód sąsiada. A ten sąsiad może potem „zwrócić” je na Twoje konto dokonując innego zakupu. Co jest bardzo ważne, warto mieć świadomość, że przywożone z zagranicy towary i usługi stają się dochodem zagranicy. Pieniądze wydane na zakup dóbr importowanych znikają z rynku krajowego. Oznacza to, że jeżeli dany kraj jest uzależniony od importu, to powoduje wypływ pieniędzy z tego kraju. A czym to się kończy widać na przykładzie chociażby Grecji… Mikroekonomicznie myśląc, kiedy zauważamy, że produkty importowane są tańsze od krajowych, to wybieramy te tańsze. A jeżeli wszyscy myślą i robią tak samo, to oczywistą konsekwencją jest spadek sprzedaży przedsiębiorstw krajowych i ich bankructwo. Być może właśnie firma, w której Ty pracujesz zbankrutuje… A to pozbawi Ciebie wszelkich dochodów. Chcąc zaoszczędzić zarobione pieniądze – kupowaliśmy tanie, importowane produkty, a w rezultacie zbankrutował nasz pracodawca, a to pozbawiło nas źródła pieniędzy…

Jednostka może, zachowując się ze swojego punktu widzenia, jak najbardziej logiczne, oszczędnie i rozsądne - wywrzeć zły wpływ na funkcjonowanie społeczeństwa jako całości.  Taką sytuację określa się mianem „błędnego założenia” (fallacy of composition). Aby zneutralizować właśnie te „błędne założenia”, to właśnie politycy powinni przede wszystkim dbać o gospodarkę narodową (makroekonomicznie).

Jeżeli przedsiębiorstwa krajowe zaspokajałyby popyt krajowy, to wtedy wydatki społeczeństwa nie znikałaby z kraju, a stanowiły dochód narodowy. Niestety wysoki poziom importu, taki jak ma miejsce w Polsce oznacza, że krajowa zdolność zasilania nie jest w stanie zaspokoić wewnętrznego popytu danego kraju. Czyli strategia gospodarcza rządu Polski powinna dążyć do poprawy zasilania w tym kraju. Innymi słowy wymagany jest rozwój przemysłu krajowego. Ale aby to zrobić rząd musiałby dokonać pewnych niepopularnych na „wolnym unijnym rynku” posunięć: stworzyć ograniczenia przywozowe, nakładać cła na towary importowane, a także rozwijać infrastrukturę służącą aktywizacji przemysłu krajowego, a nie tylko ułatwieniom w podróżach polityków pomiędzy Sejmem a miejscem zamieszkania. Warto zwrócić uwagę, że byłoby to w opozycji z koncepcją Unii Europejskiej. Czyli to warunki, jakie narzuca funkcjonowanie Polski w ramach Unii Europejskiej same w sobie są mechanizmem utrudniającym wzrost bogactwa narodowego kraju.

W czyim interesie jest ta Unia? Kto na tym zyskał?

 

piątek, 25 października 2013

Japonia jest krajem o ogromnym potencjale zasilania. Jej potencjał produkcyjny zdecydowanie przewyższa popyt krajowy. Dlatego też aktywnie eksportuje swoje wyroby do innych krajów. Jednak popyt światowy od kilku lat maleje. Dlatego ani w kraju, ani za granicą, przedsiębiorstwa japońskie nie mogą znaleźć zbytu w takiej skali, jaka pozwoliłaby na pełne wykorzystanie potencjalnej zdolności zasilania japońskiego przemysłu. Dlatego japoński rząd koncentruje się obecnie na rynku wewnętrznym i stara się tworzyć popyt krajowy. Po prostu realizuje strategię tworzenia efektywnego popytu poprzez falę inwestycji publicznych. Co ważne i odmienne od Polski – inwestycji, które mają wpływ na PKB Japonii.

 

W dużym kontraście pozostaje polityka Niemiec wobec Unii Europejskiej. Niemcy w stopniu nieporównywalnie większym niż Japonia uzależnieni są od eksportu swoich towarów. A kiedy popyt np. greckich konsumentów na towary niemieckie spada – to kanclerz Angela Merkel wymaga od rządu Grecji oszczędności w… sektorze publicznym. Kto wobec tego ma wygenerować impuls stymulujący grecką gospodarkę? Gospodarstwa domowe zagrożone bezrobociem? Emeryci dostający coraz niższe emerytury?

A co z Polską? Polska wśród państw Europy jest krajem stosunkowo dużym i posiadającym (jeszcze) dość liczną populację. A tam, gdzie mieszka dużo ludzi, jest zwykle duży popyt. Faktem jest, że Polska stanowi w Europie bardzo atrakcyjny rynek. Jednakże, jeśli zaspokojenie popytu krajowego opiera się w dużej części na towarach importowanych, to potencjalna zdolność zasilania Polski nie ulegnie poprawie. Innymi słowy, gdy będziemy nadal dużo importować, to bogactwo narodowe nie wzrośnie. A czy wyjściem jest tak polecana przez neoliberałów specjalizacja? (Liberałowie twierdzą, że każdy kraj powinien specjalizować się w produkcji, tego co potrafi najlepiej, a resztę importować.) No cóż, czy społeczeństwo polskie ma szansę na dobrobyt specjalizując się, jak to się do tej pory dzieje, w prostych, nisko płatnych pracach? W XIX wieku kolonie zamorskie też miały swoje specjalizacje (produkcja bananów, cukru, herbaty…) – czy taka polityka zapewniła im rozwój i dobrobyt społeczeństwa?

W czyim interesie działa „wolny rynek”? Dlaczego opinia publiczna tak usilnie przekonywana jest o wyższości gospodarki liberalnej i globalnej nad gospodarka narodową? Otóż we współczesnej rzeczywistości gospodarczej popyt światowy jest niższy od podaży. Wewnętrzne zapotrzebowanie na produkty w krajach wysokorozwiniętych jest niewystarczające, wobec istniejącego w tych krajach potencjału produkcyjnego. Dlatego próbują one „ukraść” część zapotrzebowania z rynków innych krajów. Dlatego tak bardzo promowana jest koncepcja wspólnego, wolnego rynku. Warto jednak nie być naiwnym i mieć świadomość, że ten „wolny rynek” tworzony jest w interesie krajów o wysokiej produktywności. Po prostu rozwiniętym korporacjom, globalnym przedsiębiorstwom, wygodniej i łatwiej jest zwiększać sprzedaż swoich produktów, jeżeli nie istnieją bariery handlowe.

Oczywiście, całkowite zamknięcie kraju na wzór na przykład Korei Północnej jest bezwzględnie szkodliwe. Dlatego warto także mieć świadomość, iż: wolny handel, globalizacja, rezygnacja z taryf, deregulacja, liberalizacja ruchu towarów, ludzi i pieniędzy są niezbędne dla prawidłowego rozwoju kraju, pod warunkiem, że stosuje się je „w pewnym stopniu”.

Jednak wciąż wściekle promuje się te pomysły szerokiej „opinii publicznej”. A przecież wystarczy odrobina rozsądku i logicznego myślenia: jeżeli firmy zagraniczne będą wygrywać przetargi na realizację zamówień publicznych, to w końcu spowoduje to bankructwo i likwidację przemysłu krajowego. Jeżeli pójdzie tak dalej, to niedługo w Polsce zniknie na przykład cała gałąź przemysłu specjalizująca się w budowaniu dróg i autostrad. Taki sam mechanizm wykorzystują firmy o bogatym, zagranicznym zapleczu finansowym, które próbują złamać krajowe przedsiębiorstwa rolnicze i przetwórstwa żywności, rybołówcze, ochrony zdrowia, energetyczne, itd. Czyli wszystkie te gałęzie, które są podstawą przemysłu państwa. Ta aktywność globalnych korporacji uzyskała już specyficzną nazwę: „rent seeking”, co w wolnym tłumaczeniu na polski oznacza „pogoń za zyskiem”.

Liberałowie na wszystko mają jedno wytłumaczenie: „instytucje lub przedsiębiorstwa państwowe są nieefektywne, dlatego wszystko powinno być powierzone sektorowi prywatnemu”. I większość ludzi, łatwo przyjmuje tę argumentację. Tym bardziej, że niestety działalność polskich, państwowych instytucji pozostawia wiele do życzenia. Jednak konsekwencją takiej logiki jest sytuacja, gdzie fundamenty państwa zależą do kapitału zagranicznego. A to już stanowi niebezpieczeństwo dla jego istnienia. Czy Polska przez bezmyślność, krótkowzroczność i egoizm neoliberalnych „elit” politycznych znowu ma zniknąć z mapy Europy? Co bardziej się opłaca: poprawić nieskuteczną działalność rządu, usprawnić polskie przedsiębiorstwa działające w obszarach strategicznych, czy też lekką ręką sprzedać je kupcom zagranicznym i chwalić się przed wyborcami sukcesami w prywatyzacji?

środa, 23 października 2013

PKB – Produkt Krajowy Brutto – często wskaźnik ten używany jest przez ekonomistów i polityków na poparcie swoich słów o poprawie gospodarki, bądź o szalejącym kryzysie – w zależności od głoszonej tezy. A ta zwykle zależy od tego, czy słuchamy przedstawicieli partii rządzącej, czy opozycji. Aby rozsądzić, kto ma rację, a kto po prostu manipuluje opinią publiczną, warto wiedzieć co oznacza ten wskaźnik i jak się go szacuje. Kto zna podstawy ekonomii, tego nie jest łatwo oszukać.

 

Istnieją trzy twarze PKB:

 Według jednej, jest to suma wartości towarów i usług wytworzonych w danym kraju na przestrzeni roku. Wtedy na PKB patrzymy z punktu widzenia produkcji.

Według drugiej, od strony wydatków: PKB to suma wszystkich wydatków krajowych. Wliczają się tu wydatki gospodarstw domowych, przedsiębiorstw oraz wydatki rządowe, o ile są czynione na rzecz podmiotów krajowych.

Trzeci sposób szacowania PKB, polega na zsumowaniu całkowitego, rocznego dochodu krajowego. Dochodu jaki osiągają gospodarstwa domowe, przedsiębiorstwa i budżet państwa, czyli wtedy szacujemy PKB od strony dystrybucji.

PKB = produkt krajowy brutto = wydatki krajowe brutto = dochód krajowy brutto

Z punktu widzenia księgowości PKB stanowi „rachunek zysków i strat”, na kształt „Profit and Loss Statement”, jakim posługują się przedsiębiorstwa. Innymi słowy jest sumą przepływu. Giełda papierów wartościowych, w celu oceny przedsiębiorstwa posługuje się sprawozdaniami finansowymi, tzw. „bilansem”. Gdybyśmy przełożyli to na płaszczyznę PKB, to bilans spółki byłby równoznaczny z „bogactwem narodowym”. Mamy trzy podstawowe rodzaje tego bogactwa: „aktywa produkcyjne”, „aktywa rzeczowe majątku nieprodukcyjnego” oraz „aktywa zagraniczne netto”.

„Aktywa produkcyjne”: są to rzeczowe aktywa trwałe, wytworzone w czasie produkcji oraz wartości niematerialne i prawne. Przykładowo rzeczowe aktywa trwałe to: towary, drogi, autostrady, lotniska, porty, kolej, mosty, budynki (fabryki i mieszkania). Do wartości niematerialnych i prawnych zalicza się m. in. znaki towarowe i patenty.

„Rzeczowe aktywa nieprodukcyjne”: to materialne dobra, które nie powstały w wyniku produkcji. Przykładowo są to grunty, tereny wędkarskie, zasoby naturalne.

„Aktywa zagraniczne netto”: to różnica pomiędzy wartością aktywów danego państwa, a jego zobowiązań wobec podmiotów zagranicznych. Jeżeli wartość ta jest ujemna, to oznacza, że kraj ma zadłużenie zagraniczne netto (dług zagraniczny).

Co szczególnie warto podkreślić, to fakt iż wszystkie bogactwa narodowe kraju są źródłem tworzenia PKB.

Tak w uproszczeniu działa gospodarka: Aby wyprodukować towary (aktywa produkcyjne), należy najpierw zbudować fabrykę (aktywa produkcyjne) na działce gruntu (rzeczowe aktywa nieprodukcyjne). Wytworzone towary dostarczane są do odbiorców, konsumentów ciężarówkami (aktywa produkcyjne), jadą po drogach (aktywa produkcyjne). Śledząc ten tor produkcji, łatwo sobie unaocznić fakt, iż jeżeli nie przygotujemy potrzebnych aktywów produkcyjnych we własnym kraju, to w tym kraju nie będzie funkcjonować  działalność gospodarcza.

Ciekawym przykładem jest Arabia Saudyjska – kraj bogaty, dzięki posiadanej rezerwie ropy naftowej. Czyli państwo posiadające przebogate „nieproduktywne rzeczowe aktywa trwałe”. Ale z drugiej strony, czy znamy jakieś produkty „Made in Saudi Arabia”? Kraj ten na polu produkcji po prostu nie jest aktywny. Dla swojego funkcjonowania wykorzystuje jedynie bogactwo krajowe i na tym poprzestaje.

Polska jest niestety krajem nieposiadającym szczególnie bogatych „nieproduktywnych rzeczowych aktywów trwałych”. I we współczesnych warunkach geopolitycznych raczej nie ma szans na zmianę tej sytuacji. Przecież nie wypowie żadnemu krajowi wojny, aby zdobyć nowe terytoria, gdzie mieszczą się pokłady ropy naftowej, gazu, czy też np. bogate łowiska. Ponadto, jeśli chodzi o aktywa zagraniczne, to Polska jest dłużnikiem zagranicznym netto. Oznacza to, że więcej pieniędzy pożycza od obcych państw niż udziela własnych pożyczek.

Czyli, co Polska może zrobić, aby zwiększyć własne bogactwo narodowe? Nie ma innej drogi, jak zwiększenie własnych „aktywów produkcyjnych”. Szczególnie ważne jest, aby w obszarze całego kraju stworzyć bogatą infrastrukturę, zbudować wszystko to, co pomoże społeczeństwu rozwinąć własną działalność produkcyjną, czyli autostrady, mosty, porty, lotniska, siec kolejową, fabryki i mieszkania. Te wszystkie dobra zaliczane są do majątku narodowego Polski, jako jej „aktywa produkcyjne”.

Co warto podkreślić, to fakt iż pieniądze same w sobie nie są bogactwem narodowym.Bogactwo narodowe stanowią te czynniki, które stanowią fundament, podstawę produkcji. Czyli te wszystkie dobra, dzięki którym społeczeństwo danego kraju może pracować i  produkować towary (fabryki, drogi, mieszkania, itd.). Prawdziwe bogaty jest dopiero taki kraj, w którym system ten sprawnie funkcjonuje. Idąc dalej, warto zauważyć, że w dobrze prosperującym, bogatym kraju, popyt krajowy może zostać w pełni zaspokojony przez krajowy potencjał podaży.

 

piątek, 18 października 2013

Po pierwsze gospodarka!

Polska jest krajem deficytów na rachunku bieżącym (eksport<import), co powoduje stały wypływ pieniędzy za granicę i narzuca konieczność finansowania części działalności państwa (edukacja, opieka zdrowotna, emerytury itd.) za pomocą pożyczek zaciąganych w walucie obcej. Sytuacja ekonomiczna takiego kraju jest niekorzystna: rosnący dług zagraniczny naraża Polskę na niebezpieczeństwo spekulacji ze strony „międzynarodowych rynków finansowych”, co w konsekwencji może zaprowadzić państwo na skraj bankructwa. Z drugiej strony, niski potencjał zasilania krajowego (produkcji), czego odzwierciedleniem jest przewaga importu nad eksportem, oznacza małą ilość miejsc pracy dla Polaków. A skutkiem tej sytuacji jest obserwowany rosnący poziom bezrobocia i dramatycznie wysoki poziom emigracji zarobkowej. Krajobraz jak po bitwie… O ironio! Przecież nie opisuję kraju właśnie doświadczył wojny, tylko podobno państwo odnoszące same sukcesy na arenie międzynarodowej. Przynajmniej tym chwalą się politycy…

Teraz nie potrzeba polityki na rzecz Unii Europejskiej, tylko pracy na rzecz Polski. Jak poprawić stan budżetu i gospodarki kraju? Rząd niestety koncentruje się na działaniach doraźnych i wręcz szkodliwych – po pierwsze - podwyższa podatki. Niestety wzrost stawki podatkowej, w obecnej sytuacji gospodarczej kraju przyniesie… spadek wpływów podatkowych budżetu. Tak było w Japonii i lekcję tę również przerabiała wcześniej Polska. Mądry Polak po szkodzie??? Drugim, sztandarowym kierunkiem działań rządu, zmierzającym do zwiększenia wpływów budżetowych jest „uszczelnianie systemu podatkowego”. Co teoretycznie ma służyć ograniczeniu oszustw i nadużyć, a w rzeczywistości oznacza po prostu wzrost represyjności organów podatkowych. Wobec nas – zwykłych ludzi. I wreszcie trzecia strategia rządu opiera się na wirtuozerskich zapisach księgowych ministra Rostowskiego, który trzeba przyznać, bardzo sprawnie czaruje rzeczywistość. Panowie! Nie tędy droga!

Rozwiązanie jest w zasięgu ręki. W celu zmniejszenia deficytu obrotów bieżących, należy zwiększać konkurencyjność eksportu. Aby osiągnąć wzrost konkurencyjności eksportu należy wzmocnić krajowy potencjał produkcyjny. A wzmocnienie krajowego potencjału produkcyjnego osiągnie się poprzez pielęgnowanie i wzmacnianie krajowego przemysłu.

Od czasu przemian ustrojowych w Polsce obserwuję natomiast zjawisko wręcz odwrotne: krajowe przedsiębiorstwa są z góry uważane za gorsze, a lekiem na całe zło jest przemysł zagraniczny. I to jest obowiązujący od lat, główny nurt polityki gospodarczej Polski. Owszem, poprzez wzrost inwestycji zagranicznych, przy pomocy zagranicznego kapitału, można osiągnąć poprawę krajowego zasilania. Aby przyciągnąć takich inwestorów rząd w sposób konsekwentny forsuje zmiany prawa krajowego eliminujące cła, liberalizujące przepływy kapitału, wprowadza deregulację i na fali euro-hura-optymizmu, całkowicie otwiera rynek krajowy. Owszem, ruchy te przyciągnęły jakieś inwestycje zagraniczne. Niestety prawdą jest także, że w wyniku tych krótkowzrocznych decyzji, Polska stała się łatwym celem dla globalizmu. Globalni akcjonariusze wymagają od zarządu firm zysku, a ten kierując się rachunkiem ekonomicznym przenosi produkcję tam gdzie jest taniej. Cieszymy się, że fabrykę z Włoch przeniesiono do Polski. Bo koszty pracy w Polsce są niższe. A za chwilę powędruje ona na Ukrainę, potem do Bangladeszu, czy gdzieś do Afryki. Czy Polska jest w stanie rywalizować z Bangladeszem na polu kosztów pracy? Do czego więc prowadzi polityka uzależnienia przemysłu krajowego od inwestycji zagranicznych?

Podstawą gospodarki państwa powinien być rozwój przemysłu krajowego. Co więcej, zasadniczo popyt wewnętrzny powinien być zaspokajany właśnie poprzez zdolności zasilania tego kraju. To jest gospodarka narodowa! Rząd ma do dyspozycji wiele narzędzi, które może wykorzystać w celu wzmocnienia, rozwinięcia przemysłu krajowego. Czasem przydatne może być prawo do ustanawiania taryf (cła). Czasem, na pewne produkty, korzystne jest wprowadzanie limitów i ograniczeń przywozowych. Ponadto niektóre przepisy prawne powinny regulować przepływy kapitałowe (inwestycje bezpośrednie, inwestycje portfelowe = akcje). Wystarczy podpatrzeć jak radzą sobie bogate kraje Europy, choćby najbliżsi, zachodni sąsiedzi Polski…

Do zadań rządu należy również przygotowanie i rozwój infrastruktury krajowej (drogi, porty, mosty, kolej) oraz dbałość o bezpieczeństwo i dobrobyt społeczeństwa (edukacja, energetyka, ochrona zdrowia, bezpieczeństwo publiczne, obronność). A także dbałość o bezpieczeństwa prawne ludzi, tak aby każdy czuł się komfortowo rozliczając podatki, prowadząc firmę, itd. To wcale nie oznacza, że rząd powinien w jakiś szczególny sposób dofinansowywać te branże, ani tworzyć specjalne, państwowe firmy. Rząd powinien przygotować miejsce dla działalności prywatnych firm krajowych (infrastruktura) i jasno, jednoznacznie określić reguły ich konkurencji (regulacje).

Kolejnym narzędziem, jakie powinno służyć rozwojowi krajowej zdolności zasilania są tak powszechnie krytykowane inwestycje publiczne. Muszę przyznać, że ta krytyka nie jest bezzasadna. Dlaczego w Polsce inwestycje publiczne są bezużyteczne, a wręcz szkodliwe? Ponieważ rząd zabierając od narodu pieniądze (podatki), wydaje je na rzecz firm zagranicznych. To zagraniczne firmy mają zysk z budowy polskich autostrad, zakupu nowych pociągów, itd. itd. Podobno polskie firmy już nawet nie przystępują do dużych przetargów budowlanych… Ograniczenia tych wydatków nie są idealnym posunięciem. Bo przecież, czy dobrym posunięciem jest rezygnacja z budowy drogi, albo czy mamy tak długo jeździć starymi pociągami, aż te się rozsypią na torach? Rezygnacja z inwestycji publicznych przyniosłaby pogorszenie warunków życia Polaków. Dlatego cięcie wydatków rządowych jest działaniem krótkowzrocznym. Właściwą strategią jest umiejętne użycie tych wydatków, tak, aby zaowocowały poprawą potencjalnej zdolności zasilania kraju i wzrostem dochodu narodowego.

W obecnej, trudnej sytuacji gospodarczej Polski, rząd dążąc do zmniejszenia deficytu na rachunku bieżącym, powinien przede wszystkim skoncentrować się na działaniach zmierzających do poprawy krajowego potencjału produkcyjnego. A to bynajmniej nie jest polityka oszczędności. Strategia ta jest dokładnym przeciwieństwem zachowania gospodarstw domowych w kryzysie. Gdy w rodzinie zmniejsza się dochód, to należy zmniejszyć wydatki. Jeżeli w tej samej rodzinie wzrośnie dochód, to dodatkowe pieniądze można bezpiecznie przeznaczyć na konsumpcję. W makroekonomii jest na odwrót: gdy w państwie maleją wpływy budżetowe, to rząd powinien zadbać o wzrost dochodu narodowego. A nie podwyższać podatki, czy oszczędzać na wydatkach społecznych. Polityka oszczędnościowa rządu powinna natomiast zostać wdrożona w sytuacji wzrostów gospodarczych, czyli w momencie, gdy dochód narodowy rośnie. Ot i cała tajemnica.

środa, 16 października 2013

Poprzednio zwróciłem uwagę, iż analizując rachunek bieżący, spotykamy się z pięcioma wariantami gospodarczymi:

A. Kraj posiada własną walutę i wypracowuje nadwyżki na rachunku bieżącym;

B. Kraj wypracowuje nadwyżki na rachunku bieżącym oraz posługuje się wspólną walutą – euro (np. Niemcy)

C1. Kraj ma deficyt na rachunku bieżącym i własną walutę (np. Polska)

C2. Kraj ma deficyt na rachunku bieżącym, posługuje się własną walutą i waluta ta jest jednocześnie używana jako podstawowa waluta rozliczeniowa na rynkach międzynarodowych (USA).

D. Kraj ma deficyt na rachunku bieżącym i wspólną walutę (np. Grecja).

 

Przedstawicielem grupy A jest np. Japonia. W warunkach normalnej, rozwijającej się gospodarki, nadwyżka na rachunku bieżącym – generuje nadwyżkę oszczędności krajowych. Ponieważ w Japonii panuje deflacja, przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe – nie inwestują i ograniczają konsumpcję, a tymczasem oszczędności rosną. Dlatego teraz rząd japoński wprowadza akcję szeroko zakrojonych inwestycji publicznych. Działania te mają na celu stymulację inwestycji prywatnych oraz osiągnięcie efektu psychologicznego – poprawy zaufania i nastrojów konsumentów. Jest to strategia Keynesa i w tym przypadku jest słuszna. Z drugiej strony, faktem jest, że budżet Japonii ma obecnie zadłużenie sięgające 200% PKB. Dlatego strategia stymulacji gospodarki ma wielu przeciwników, którzy straszą bankructwem. Czy mają rację? Otóż krytyka ta jest jednak bezzasadna, gdyż dług Japonii zawarty jest w japońskiej walucie.

 

Przedstawicielem grupy B są Niemcy. Tak długo, jak długo nie wzrośnie inflacja, kraj ten nie będzie miał problemów finansowych. Jedynym problemem jest struktura samej waluty – euro oraz samej gospodarki, która w przeważającej części uzależniona jest od eksportu. Dlatego Niemcy, nie oglądając się na interes innych narodów, zrobią wszystko, aby zabezpieczyć swoje wpływy eksportowe. Zresztą, jest to normalna strategia, bo każdy, przyzwoity rząd powinien przede wszystkim pracować w interesie swojego kraju, a nie dla dobra instytucji międzynarodowych.

 

Przedstawicielem grupy D jest Grecja. O gospodarce tego kraju (a raczej jej braku) już wiele zostało powiedziane, dlatego zajmę się wyłącznie kwestiami finansowymi. Grecy deponują swoje oszczędności w greckich bankach. I co dalej dzieje się z tymi pieniędzmi? Banki szukają dla nich najkorzystniejszych i najbezpieczniejszych inwestycji. Pieniądze te wcale nie muszą zasilać greckich kredytobiorców, ani banki nie muszą kupować obligacji greckich, ale mogą na przykład posłużyć do zakupu obligacji… niemieckich. W strefie euro fundusze rządowe każdego kraju, muszą funkcjonować na międzynarodowych rynkach finansowych. Tam o ich wycenie decydują agencje ratingowe i mityczne „zaufanie rynku”. Jakiekolwiek zachwianie poziomem tego „zaufania” skutkuje gwałtownym wzrostem stóp procentowych i niebezpieczeństwem katastrofy finansowej kraju.

Niestety Grecja zawsze miała niską zdolność zasilania (niski poziom rozwoju przemysłu), a od czasu pęknięcia „bańki” gospodarczej i realizacji zaleceń „oszczędnościowych” wymuszonych przez Unię i Bank Centralny, sytuacja kraju stała się wręcz katastrofalna. Grecja wpada w pułapkę deflacji. CPI (wskaźnik cen konsumpcyjnych) w Grecji, w miesiącach: czerwcu, lipcu i sierpniu tego roku, wynosił kolejno: -0,2%, -1,6%, -1,7%. W poprzednim roku, analogiczne wartości wynosiły: -0,3%, -0,5%, -1,0%. Deflacja staje się coraz silniejsza. Dlatego w interesie społeczeństwa Greckiego, byłoby wprowadzenie przez rząd polityki stymulacji gospodarki (podobnie jak w Japonii), co pozwoliłoby na wzrost gospodarki i zmniejszenie bezrobocia. Więc w tym kraju potrzeba polityki keynesowskiej. Zamiast tego rząd… podnosi podatki. Zresztą nie ma innego wyjścia. Przecież nie ma tak jak Japonia, czy Polska prawa do emisji własnej waluty. Dlatego musi słuchać zaleceń Europejskiego Banku Centralnego. A ten, działając w interesie wierzycieli, a nie społeczeństwa greckiego, oczekuje wyrzeczeń i wymaga oszczędności. Dlatego grecki rząd nie może wprowadzić pakietu stymulującego własną gospodarkę, bo nie może zdobyć/wyemitować na ten cel pieniędzy. Gdyby tak zrobił, to gospodarka innego kraju wpadłaby w kłopoty – to Niemcy.

Bo, jak napisałem wcześniej,  w kraju z grupy B, tak długo, jak długo nie wzrośnie inflacja - nie wystąpią problemu finansowe. Dlatego Niemcy stanowią silną opozycję przeciwko zwiększeniu na rynku ilości pieniądza, zamiast tego wymagają od rządów innych państw oszczędności fiskalnych. Posługując się populistycznym hasłem o: „zmniejszaniu wydatków budżetowych” strategia ta łatwo uzyskuje poparcie opinii publicznej. Uważam, że czystym populizmem i największym kłamstwem, jakim karmi się społeczeństwa, jest wysnuwanie analogii pomiędzy gospodarstwem domowym (mikroekonomia), a gospodarką narodową (makroekonomia). Jeżeli politycy myślą, że te obie „ekonomie” rządzą się tymi samymi prawami, to jest duży problem… A efektem tej pomyłki jest stale malejąca gospodarka państw strefy euro i biedniejące społeczeństwa Zjednoczonej Europy.

Jeśli chodzi słów o Polskę – kraj należy do grupy C-1. Polska jest krajem deficytów na rachunku bieżącym. Ponieważ kwota przywozu jest niższa od kwot transferowanych za granicę, to pieniądze wypływają z kraju, a to automatycznie oznacza, że Polska ma niski poziom oszczędności krajowych. Dlatego rząd, chcąc sfinansować wydatki budżetowe (opieka zdrowotna, edukacja, emerytury, itd.) za pomocą obligacji, musi je emitować w obcej walucie. A potem musi spłacić ten dług w tej samej walucie, w której pożyczył. Potencjalnie gospodarka tego kraju narażona jest na spekulacje ze strony „międzynarodowych rynków finansowych” oraz zagrożona bankructwem na wzór Grecji. W celu wyeliminowania takiego zagrożenia, należy zmniejszyć deficyt na rachunku bieżącym. W praktyce, dzieje się to poprzez wzrost eksportu. Innymi słowy, dochodzimy do najważniejszego – w Polsce trzeba rozwinąć krajowy potencjał produkcyjny.

 

Każdy kraj ma inną sytuację gospodarczą i inne posunięcia leżą w jego interesie. Nie ma się co dziwić, że Niemcy za wszelką cenę będą bronić się przed dodrukiem euro (inflacją) i wymagać od południa Europy oszczędności, mimo, że dla społeczeństwa Grecji czy Portugalii, ratunkiem byłby pakiet stymulacji gospodarki. Czyli strategia wręcz przeciwna. „W polityce międzynarodowej nie ma przyjaźni, są tylko interesy.” Dlatego robi mi się po prostu niedobrze, gdy ze strony polskich polityków słyszę hasła o konieczności współdziałania na rzecz „Unii Europejskiej”. A gdzie dobro Polski?

piątek, 11 października 2013

Rząd każdego kraju, ustala budżet w taki sposób, aby zapewnić stabilność finansową kraju. Ponieważ sytuacja gospodarcza każdego państwa jest inna, to nie ma „jedynie słusznej” strategii gospodarczej, która sprawdziłaby się w każdym kraju, na całym świecie. Recepty na ożywienie gospodarki powinny zależeć od kondycji fizycznej i stanu zdrowia każdego kraju.

Tak jak lekarz, na podstawie obserwacji pacjenta, po charakterystycznych objawach, jest w stanie rozpoznać trapiąca go chorobę, tak  społeczeństwo może zanalizować stan gospodarki państwa, na podstawie ważnych wskaźników gospodarczych.

Jednym z najistotniejszych jest rachunek bieżący.

Wyjaśniając w „pigułce”: na rachunek bieżący składają się cztery parametry:

- bilans handlowy kraju, czyli różnica pomiędzy eksportem a importem;

- saldo międzynarodowych transferów pieniężnych na rachunkach bankowych;

- saldo innych dochodów wynikające np. z wpływu odsetek, dywidend, itp.;

- saldo innych transferów bieżących, czyli np. wpływająca do kraju pomoc zagraniczna;

Mając przed oczami dane dotyczące krajowego rachunku bieżącego, na co warto zwrócić uwagę? Przede wszystkim na to, czy widnieją na nim nadwyżki, czy też deficyt. To jest prostsze niż sądzimy!

Strategia gospodarcza, jaką rząd powinien realizować w kraju, powinna być właśnie uzależniona od tego wskaźnika, oraz dodatkowo od faktu, czy kraj posiada własną walutę, czy też nie.

Analizując rachunek bieżący, możemy mieć pięć różnych sytuacji:

A. Kraj posiada własną walutę i wypracowuje nadwyżki na rachunku bieżącym (np. Japonia). Sytuacja idealna i bezpieczna pod względem finansowym, tak długo, jak długo w tym kraju będzie utrzymywać się niska stopa inflacji. Jej wysokość może być skutecznie kontrolowana: rząd może emitować obligacje, a bank centralny, w razie potrzeby powinien je skupować. To jest doskonały moment, aby poprzez stymulowanie wzrostu gospodarczego, rząd dążył do konsolidacji fiskalnej, czyli do redukcji długu publicznego w stosunku do PKB.

 

B. Kraj wypracowuje nadwyżki na rachunku bieżącym oraz posługuje się wspólną walutą – euro (np. Niemcy). Również w tym przypadku nie wystąpią problemy finansowe, o ile nie wzrośnie stopa inflacji. Ale jest niebezpieczeństwo, że budżet takiego kraju będzie zmuszony „dopłacać” za utrzymanie wspólnej waluty, w chwili gdy inne gospodarki, posługujące się tą samą walutą, wpadną w stan ostrej recesji. Przy czym nie jest to raczej problem natury finansowej, ale politycznej. Należałoby przeanalizować raczej sposób i sens funkcjonowania wspólnej waluty, niż wprowadzać jakieś „reformy strukturalne”.

 

C1. Kraj ma deficyt na rachunku bieżącym i własną walutę (np. Polska). Rząd w takiej sytuacji powinien skoncentrować się na dwóch zadaniach:

- wzrost krajowej zdolności zasilania (poprzez rozwój krajowego przemysłu);

- redukcja deficytu na rachunku bieżącym (poprzez… rozwój krajowego przemysłu);

W niektórych okolicznościach, może być konieczny wzrost poziomu zadłużenia walutowego, o ile poziom oszczędności krajowych jest zbyt niski. Wtedy rząd musi emitować obligacje w walucie obcej. To jednak powoduje ryzyko zapaści finansowej w przyszłości.

C2. Kraj ma deficyt na rachunku bieżącym, posługuje się własną walutą i waluta ta jest jednocześnie używana jako podstawowa waluta rozliczeniowa na rynkach międzynarodowych (USA). Powiem krótko – bankructwo takiego kraju jest praktycznie niemożliwe. Oczywiście istnieje prawdopodobieństwo nagłego zwyżkowania inflacji w tym kraju. Jednakże fakt posiadania prawa do druku waluty kluczowej dla całej, światowej gospodarki stawia ten kraj w pozycji uprzywilejowanej.

 

D. Kraj ma deficyt na rachunku bieżącym i wspólną walutę (np. Grecja). Sytuacja ta jest bardzo groźna, gdyż słabszy wzrost gospodarczy, automatycznie zmniejsza dochody podatkowe budżetu, a to prowadzi do zapaści finansowej kraju. Należałoby natychmiast rozszerzyć krajowy potencjał produkcyjny (reformy strukturalne), albo wycofać się ze strefy wspólnej waluty.

 

Ciąg dalszy nastąpi…

 

środa, 09 października 2013

Grecja, posługując się walutą euro nie posiada prawa do emisji własnej waluty, a więc nie działa tam opisana przeze mnie wcześniej funkcja regulacji kursu walutowego. Jako członek Unii Europejskiej, Grecja także nie ma prawa do ustanawiania taryf. Z drugiej strony, w społeczeństwie greckim narasta wynikająca z bezrobocia i narastającej biedy, frustracja i niezadowolenie. W kraju krąży coraz mniej pieniędzy, gdyż szybko „wyciekają” one za granicę, wskutek importu. Próbując ratować sytuację, grecki rząd emituje obligacje rządowe. Ponieważ poziom oszczędności Greków jest zbyt niski, by wystarczył do wykupu tych obligacji, to rząd Grecji zmuszony jest sprzedać je za granicę. Euro, będąc walutą „europejską” cieszy się dużym zaufaniem inwestorów, dlatego Grecja nie ma większych problemów ze sprzedażą swoich obligacji.

A jednak pojawia się duży problem: otóż zapożyczone z zagranicy pieniądze, używane były w celach czysto konsumpcyjnych: do wypłaty emerytur i pensji pracowników służby cywilnej. Nie wykorzystywano ich dla poprawy zdolności produkcyjnych kraju. W efekcie, ludzie dalej kupowali importowane towary. Czyli za pieniądze łatwo pożyczone z zagranicy, kupowali zagraniczne produkty. Pozwolę sobie tutaj na dygresję: czy Polska, pieniądze z tzw. funduszy unijnych, wykorzystuje w celu rozwoju własnych mocy produkcyjnych, czy też wspiera nimi przedsiębiorstwa zagraniczne? Odpowiedź niestety byłaby bardzo gorzka… Co nam pozostanie po tych inwestycjach? Stadiony i długi?

Wracając do Grecji. A co potem? Potem taka Grecja musi spłacić ten dług, oczywiście również w euro. Tylko nie ma czym…

W najgorszym przypadku, kraje posiadające własną walutę, jak Japonia czy Polska, mogą ja wydrukować. Owszem, taki ruch spowodowałby gwałtowny spadek zaufania inwestorów i wzrost stóp procentowych. Ale z drugiej strony, pożyczkodawcy, licząc się z taką ewentualnością, byliby bardziej ostrożni, a potem bardziej skłonni do negocjacji… Tymczasem w Grecji jest impas – kraj nie może wydrukować własnej waluty, a pożyczkodawcy ze spokojem śledzą kurs euro.

Sytuacja, kiedy rząd ma dużo długów jest poważnym problemem. Ale, kiedy te długi na dodatek, nie są w walucie krajowej – to już katastrofa.

Rezygnacja kraju z własnej waluty, to straszna decyzja. I to nie tylko z uwagi na wynikającą z tego utratę części suwerenności. Przede wszystkim, z powodu utraty narzędzi do ratowania gospodarki kraju, w warunkach silnej recesji.

Trzeba również mieć świadomość, że masowy dodruk obligacji rządowych może doprowadzić nawet do załamania waluty. Jednak kraj w tej sytuacji nie zginie. Co więcej, spadek wartości lokalnej waluty, powoduje wzrost konkurencyjności eksportu. Owszem, rzucenie na rynek dużej ilości pieniędzy wprowadza chaos na rynku, początkowo gospodarka takiego kraju gwałtownie maleje. Ale jest poważna szansa, ze właśnie eksport doprowadzi do jej uzdrowienia. Takie przemiany przeszła na przykład Korea Południowa i Rosja.

Ale na pewno nie zdarzy się to w Grecji, gdyż nie ma możliwości znacznej deprecjacji waluty euro. Grecja nie ma więc żadnych szans na ożywienie krajowego przemysłu dzięki ruchom na rynku walutowym.

Obecnie, w wyniku kurczenia się gospodarki Grecji, dług tego kraju przekroczył 160% PKB. Aby go spłacić, Grecja musi zdobyć pieniądze z rynku międzynarodowego. Czyli musi wypracować nadwyżkę w wymianie handlowej z innymi krajami. Jednak w praktyce wspieranie eksportu jest niemożliwe, dopóki Grecja posługuje się ta samą walutą, co kraje o wysokowydajnym przemyśle. Jedynym rozwiązaniem dla Grecji, jest obecnie odejście od tej waluty.

Zresztą euro, nie jest jedyną przeszkodą na drodze do uzdrowienia i rozwoju Grecji. Przecież jest ona członkiem strefy wolnego handlu, jaka panuje w Unii Europejskiej. Hasło „strefa wolnego handlu” - brzmi bardzo atrakcyjnie. W rzeczywistości oznacza brutalną walkę o przetrwanie. Tylko naiwni sądzą, że na „wolnym rynku” obowiązuje hasło: „pomagajmy sobie nawzajem i rośnijmy razem”. Mądre i silne kraje uczestniczące w takim rynku zwracają jedynie uwagę na własne interesy narodowe. Jeśli ani politycy, ani krajowe prawo, ani rodzimy przemysł nie są dobrze przygotowani do brutalnej walki, do wygrania w tej walce, to nie powinni dołączać kraju do strefy wolnego handlu, czy do strefy wspólnej waluty. Kto rozpoczyna wojnę tylko po to, aby wyniszczyć własny kraj?

piątek, 04 października 2013

 

Jak dochodzi do niewypłacalności kraju?

 

Poprzednio zwróciłem uwagę na fakt, że brak własnej, krajowej waluty pozwala na nieustanny, łatwy import towarów. Czyli przyjęcie euro likwiduje główne hamulce, chroniące kraj przed nadmiernym deficytem handlowym.  Przez co brak jest mechanizmów stymulujących rozwój przemysłu w danym kraju.

Ale to nie jest jedyny mankament płynący z posługiwania się euro.

W takim kraju jak Grecja, nieustannie borykającym się z gigantycznym deficytem handlowym, dochodzi do braku waluty euro. Bo przecież trzeba płacić za importowane towary. W rezultacie zapasy pieniądza topnieją i w końcu ich po prostu brakuje.

Będąc w sytuacji podbramkowej, każdy normalny kraj, decyduje się na dodruk pieniądza. Jest to decyzja trudna, ale konieczna. Ale taka Grecja tego zrobić nie może. Dlaczego? Ponieważ prawo do emisji euro posiada jedynie Europejski Bank Centralny.  Kraje posługujące się ta waluta nie mają prawa do jej drukowania. To jest dość kuriozalna sytuacja, gdyż niby euro jest walutą krajową Grecji. Ale z drugiej strony jest walutą obcą – gdyż Grecja nie ma prawa do prowadzenia polityki pieniężnej, m. in. do emisji pieniądza. Czyli dochodzimy do sytuacji, w której po prostu brakuje pieniędzy.

Rozważmy, co dzieje się w kraju, w którym na rynku jest zbyt mało pieniądza? Podstawowe prawo ekonomii mówi, że jeżeli jakiegoś towaru jest za mało, to jego wartość rośnie. Czyli patrząc z punktu widzenia obrotu pieniądzem, powinna wzrosnąć jego wartość, czyli ceny powinny spaść. Takie zjawisko nastąpiło właśnie w Japonii: gdy podaż pieniądza była niewystarczająca – wystąpiła deflacja.

A co z Grecją, która posługuje się euro?

Najpierw wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację, gdy wszyscy Grecy pracują jedynie w firmach krajowych. Ich wynagrodzenie pochodzi od „wartości dodanej”, którą dana firma wyprodukowała.

Spójrzmy na cały rynek, co jest równe sumie wszystkich produktów wytworzonych w Grecji?

Produkt Krajowy Brutto = Wydatki Krajowe Brutto = Dochód Narodowy Brutto

Czyli, gdybyśmy mieli do czynienia z całkowicie samowystarczalną i izolowaną gospodarką narodową, to wszystkie wydatki w tym kraju posłużyłyby do zakupu produktów i usług wytworzonych również w tym kraju. W ten sposób pieniądze w niezmniejszonej ilości krążyłyby na rynku krajowym. Czyli pieniądze wydane na pensje jeszcze raz wróciłyby do firmy. W oparciu o nie odbywałaby się produkcja. Której sprzedaż zapewniłaby zysk i znowu część pieniędzy z „wartości dodanej” powędrowałaby do ludzi w postaci pensji.

Jednak jest to sytuacja nierealna. A już w szczególności kraje pozbawione bogactw naturalnych są skazane na import i to w dużym zakresie. Warto jednak zawsze mieć świadomość, że gdy zapłacimy za zakup towarów importowanych, to część naszych wydatków automatycznie zasili konta innych krajów i nie wróci do naszej, krajowej gospodarki. Każdy wydatek, to dla drugiej strony dochód. Zakup dóbr importowanych, oznacza przeniesienia dochodu do innych krajów.

 

Produkt Krajowy Brutto = konsumpcja gospodarstw domowych + inwestycje przedsiębiorstw + wydatki rządowe na rzecz podmiotów krajowych + eksport netto

 

eksport netto = eksport – import

 

Wracając do Grecji – konieczność eksportu oznacza, że pieniądze, które pierwotnie powinny wrócić do greckiej firmy, wędrują za granicę. Czyli ilość pieniądza na rynku krajowym zmniejszyła się. Mniej pieniędzy na rynku, to mniejsza konsumpcja. Spadła sprzedaż greckich przedsiębiorstw, wobec tego zmalały zyski firm. W następnym etapie zmalała cała kwota, jaka miała być wypłacona Grekom  w postaci wynagrodzeń. Płace spadają – gospodarka zwalnia. Nadchodzi recesja… co widać, słychać i czuć w Grecji już od kilku dobrych lat.

Co mnie szczególnie boli, to fakt, że taki scenariusz wcale nie jest nieunikniony!

Aby uniknąć recesji normalny kraj i przyzwoity rząd stara się powstrzymać import. Na przykład stosując do tego celu cła. Podatek nakładany na zagraniczne produkty z jednej strony hamuje ich zakup, a więc i import. Przez co zwalnia wypływ pieniędzy za granicę. Z drugiej strony, w sytuacji niedoborów na rynku, krajowi przedsiębiorcy starają się zwiększyć własną produkcję. Albo rozwinąć eksport w innej branży, co pozwoliłoby na tańsze „zaopatrzenie się” w niezbędne waluty. Tak więc cła są doskonałym narzędziem, z jednej strony, hamującym zwiększanie deficytu handlowego, a z drugiej równoważącym strategie zaspokojenia wewnętrznego popytu.

Czy taki mechanizm „uzdrowienia” gospodarki można zastosować w Grecji, albo w Polsce?

Ano nie, gdyż Unia Europejska stanowi wolny rynek, strefę wolnego handlu. Dlatego żaden kraj członkowski nie ma prawa do dowolnego ustanawiania taryf. Czyli nie ma mowy, aby w ten sposób zapobiec wypływowi pieniędzy z kraju za granicę. Co prawda kraje bogate i mądrze rządzone, jak np. Niemcy i tak mają „swoje” sposoby na ograniczenie importu. Ale taka już Grecja – po prostu poległa na arenie gospodarczej.

Z pieśnią na ustach o chwale Zjednoczonej Europy poległa zresztą nie tylko Grecja.

Kto następny?

 

środa, 02 października 2013

Przedstawię jeden z mechanizmów funkcjonujących w Unii Europejskiej, który odpowiedzialny jest za upadek gospodarki wielu krajów. Aby nie prowokować nikogo do pozamerytorycznych tyrad i bezproduktywnych rozważań czy to wina liberalizmu, czy socjalizmu, takiej czy innej ekipy politycznej – rozważania swoje skoncentruję na problemie Grecji. A uważny czytelnik na pewno dostrzeże analogie z Polską.

Zastanówmy się co jest pierwotną przyczyną zapaści finansowej Grecji? Proponuję odłożyć na bok emocjonalne argumenty o jakoby narodowym lenistwie i genetycznej skłonności do oszukiwania. Otóż u podstaw tej „greckiej tragedii” leży nic innego jak brak zdolności produkcyjnych krajowego przemysłu (niska potencjalna podaż). I już w teraz, niestety, podobieństwo z Polską staje się widoczne…

Rynek Grecji w olbrzymiej części zaopatrywany jest przez towary importowane. I trwa to od wielu lat, a szczególnie intensywnie od momentu przyjęcia wspólnej waluty euro. Grecja jest krajem deficytów handlowych. Oznacza to, że produkcja (podaż) krajowa nie zaspokaja potrzeb (popytu) mieszkających tam ludzi. Czyli jest ot stan, w którym krajowe zdolności produkcyjne (zdolności zasilania rynku) są niewystarczające. Mamy otwarty rynek, wobec tego łatwo uzupełnia niedobory poprzez import produktów z innych krajów.

Kiedy przedsiębiorstwa działające w kraju posiadającym własną walutę dokonują transakcji zagranicznych, to w celu ich opłacenia muszą zakupić walutę kraju, z którego importują. Czyli np. gdyby Polak chciał z Japonii kupić kimono, to aby za nie zapłacić, musi najpierw za złotówki kupić japońskie jeny. Oczywiście w opisywanym przypadku dzieje się to na olbrzymią skalę. Dlatego normalnym zjawiskiem jest, że waluta kraju, w którym nagminnie panuje deficyt handlowy ma więcej sprzedających niż kupujących. Przedsiębiorstwa chcą wymienić tę walutę na pieniądz innych krajów, aby dokonać potrzebnych zakupów. W normalnej sytuacji, wartość takiej waluty ciągle spada.

A gdy dochodzi do obniżenia wartości krajowej waluty, to automatycznie cena importowanych towarów rośnie. Wyższa cena – to mniej chętnych do zakupu. Dlatego import od pewnej granicy jest naturalnie tłumiony. Przyzwoity rząd, będzie w takiej sytuacji, starał się wzmocnić krajowe zdolności produkcyjne. Aby w przyszłości krajowy, tańszy przemysł był w stanie zaspokoić popyt społeczeństwa.

Niższa wartość własnej waluty oznacza także wzrost cenowej konkurencyjności produktów z tego kraju na rynku międzynarodowym. Gdy wzrośnie eksport, w kraju znowu pojawi się zapas dewiz, umożliwiający przywóz dóbr, jakich dany kraj nie jest w stanie wyprodukować, np. surowców energetycznych, itd.

Na zdrowym rynku walutowym tak właśnie działa funkcja regulacji. Deprecjacja (osłabienie wartości) danej waluty stymuluje eksport i tłumi import, co wzmacnia moce produkcyjne kraju i poprawia saldo na rachunku bieżącym. Natomiast  aprecjacja (wzrost wartości) odwrotnie – schładza eksport, itd. itd. Stąd możliwe jest zachowanie płynnej równowagi pomiędzy gospodarkami różnych państw. Tak właśnie działa normalny, wolny handel.

Przyjęcie przez kraj wspólnej waluty euro – uniemożliwia zadziałanie tych mechanizmów w celu zatrzymania deficytu handlowego.

Dlaczego? Ponieważ walutą tą rozlicza się wiele państw. Dlatego kurs euro na rynku walutowym jest wypadkową bilansu handlowego tych wszystkich krajów. Czyli jak w omawianej sytuacji: chociaż Grecja ma znaczny deficyt handlowy, to nadwyżka handlowa Niemiec równoważy wartość kursu wspólnej waluty. W związku z tym wartość euro pozostaje na stałym poziomie, czyli cena towarów importowanych do Grecji nie wzrasta.

Wtedy naturalna wydaje się decyzja przedsiębiorców: ponieważ towary importowane są tańsze od krajowych, to należy zlikwidować własną produkcję i kupować je za granicą. Czyli mechanizm wspólnej waluty ułatwia niczym nie skrępowany import, pomimo gigantycznego deficytu handlowego w danym kraju.

I co chcę pokreślić: wspólna waluta gwarantuje łatwe zasilanie rynku danego kraju. Przez co nie istnieją mechanizmy stymulujące rozwój przemysłu krajowego. To jest wielki problem!

Wielki jak rzesza 1,4 miliona bezrobotnych, bez środków do życia, w 11 milionowej populacji Grecji.

Euro witaj nam?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8